wtorek, 1 listopada 2016

Róża Eden



Witam! Kolejny miesiąc, kolejna miniaturka. Tym razem Tuna. Zapraszam!
----------------------------------------------
Wieczór, godzina kiedy wszyscy powinni spać, Pokój Życzeń. Historia dalej się toczy. Po środku pomieszczenia stoją naprzeciw siebie dwie nieporadne istoty. Albo poradne … Tylko o tym nie wiedzą. Ona – wariatka, jakiej świat nie znał, Pomyluna Lovegood, wiecznie uśmiechnięta dziewczyna. On- tajemniczy Ślizgon, Theodore Nott, mroczny chłopak bez uśmiechu. 

Spoglądają na siebie oceniającym wzrokiem. Sala, w której się znajdują jest wielkim pomieszczeniem, z tysiącami luster i ich odbić. Mieszane kolory czerni i pastelowej brzoskwini. Drewniane, twarde podłoże. Powolna muzyka wpadająca w ucho. Idealnie relaksująca dla wszystkich ludzi potrzebujących spokoju i odprężenia, taka, która zawiera emocje w samej sobie. Oni już kiedyś się widzieli.

 Dwoje ludzi myślących tak samo, ale trochę inaczej. Dwoje ludzi w Pokoju Życzeń z takim samym marzeniem, ale jednak innym. Przyglądają się sobie, szmaragd przeciwko akmarynowi. Walka między zielonym, a niebieskim. Muzyka gra co raz głośniej, tak samo jak ich emocje wzrastają. Nott zaczesał do tyłu swoje kruczoczarne włosy nadal pozostawiając je w artystycznym nieładzie i lekko odchylił głowę do tyłu, a Lovegood zamknęła powieki, delektując się dźwiękiem skrzypiec. 

Raz, dwa, trzy. 

Bujają się w tył i w przód, na prawo i lewo. Narastała presja, dziwna sytuacja pomiędzy dziwnymi ludźmi. Złapali się za ręce, nadal niepewnie, wczuwając się w nuty muzyki, by odpowiednio rozpocząć kroki. Jeszcze trochę bujania, dokładniejszy uścisk i zaczęło się. Nott lekko pochylił Lovegood do tyłu, odrzucając jej długie loki, a ona oddała się całkowicie grawitacji. Cicho się zaśmiała, czując jak puszcza od ziemi jedną ze swoich stóp. Postawił ją do pionu i obrót, w którym jej sukienka zafalowała w powietrzu. W chwili przerwy styknęli się czołami, czując własne oddechy, mieszające się ze sobą. Jakby wymieszać cukier i sól.
Raz, dwa, trzy.

 Dobrze przemyślane kroki stąpały na pięknej drewnianej posadce, a każde odbicie miało inną perspektywę, było samo w sobie wyjątkowe. Nott korzystając z nieuwagi Krukonki uśmiechnął się i oderwał dziewczynę od ziemi, podnosząc ją do góry. Poczuła się szczęśliwa i wolna. To tak jakby latała. Jakby zrobiła coś, czego inni nie mogą zrobić. Dwoje ludzi poczuli więź między sobą, zrozumienie i pełną swobodę. Chłopak, który nigdy się nie uśmiechał, uśmiechnął się, a dziewczyna, która zawsze chciała latać, macha stopami w powietrzu. Przez przypadek się spotkali, przez przypadek są w tym samym miejscu, gdzie tańczą, a nigdy nie zatańczyliby przy innych. Imię chłopaka rozpowszechniło się  po sali, jak echo w lesie. Słychać było śmiech i czuć było radość. W sumie nie wiadomo czy to przypadek czy przeznaczenie…

Raz, dwa, trzy.

Zanurzył swoją głowę w jej włosach, wdychając słodki zapach truskawek, dziewczyna niekoniecznie rozumiejąc co się dzieje, cały czas się śmiała. Czuła na swoich biodrach ręce ucznia Slytherinu, miała lekkie dreszcze przebiegające po jej plecach. Muzyka trochę zwolniła, wtuliła się w tors chłopaka, pozwalając się wyciszyć, by po chwili znów wirować w powietrzu. Zdjęła buty, odrzucając je za siebie. Mocno trzymała ramiona Notta, aby nie spaść, choć była pewna, że ten Ślizgon nie pozwoliłby jej stracić równowagi. Powoli jego perfumy napełniały ja całą od środka. Miały cudowny zapach mięty, mchu dębowego i ambry.

Raz, dwa, trzy.

Piosenka na chwilę stanęła, tak jak oni. Luna przyjrzała się jego głębokim rysom, a on jej zaróżowionym policzkom, które stały się odcieniem róży „Eden”. Dziewczyna lekko uchyliła usta, chcąc coś powiedzieć, lecz po chwili poczuła jego palec, dając do zrozumienia, że nie potrzeba żadnych słów, że słowa często burzą magię między ludźmi, że mają potężną moc, która czasami wszystko psuje, zamiast naprawiać. Otarł delikatnie jej policzek, bojąc się, że jej skóra jest bardzo wrażliwa  na dotyk, chociażby ten najbardziej delikatny, jaki człowiek może zrobić. Nie wiedział co robi i co będzie dalej. W tej chwili marzył tylko o tym, by ta chwila nigdy się nie skończyła. Aby trwała wiecznie i żeby mógł wiecznie patrzeć na ta dziwną osobę, jaką jest Luna. Muzyka dalej nie grała, jakby zatrzymała się w miejscu, dokładni jak oni. Tak jak oni chcieli… To był Pokój Życzeń. Chłopak przybliżył się jeszcze bardziej, spojrzał się przez chwilę w jej rozbawione oczy, w których wciąż widniała iskierka radości. Zawahał się, lecz przymknął powieki, złapał dziewczynę mocniej, a jej podbródek podtrzymał swoją dłonią. Musnął jej wargi. Najpierw powoli, aby dać dziewczynie czas na jakikolwiek sprzeciw, lec z nic takiego nie miało miejsca. Całował ją. Pomieszczenie zaszło mgłą, jakby powoli cofało się w czasie. Wszystko zaczęło wirować, a ich ciała rozmywały się jak piasek z plaży. 

Theodore obudził się w łóżku. Już się nie uśmiechał. Przed oczami miał Pomylunę w tej pięknej pastelowo brzoskwiniowej sukience, która wiecznie się śmiała. Czuł jakby jeszcze przed chwilą dotykał swoimi ustami jej wargi, jak tańczył i podnosił ją do góry, bo była niezwykle lekka. W uszach dzwoniła mu ta sama muzyka. Podniósł się z łóżka, poprawił włosy i sięgnął po srebrny zegarek, cenna pamiątka dumnej rodziny Nottów. Cyfry pokazywały grubo po godzinie drugiej w nocy. W dormitorium panowała ciemność i przeraźliwa cisza, lecz dało jednak się dojrzeć jasną czuprynę Malfoya. Wstał i nie wiedzieć czemu skierował się ku Pokojowi Życzeń. Szedł ciemnym korytarzem, wiedząc, że za wszelką cenę musi tam iść. Rozglądał się po bokach, widząc śpiące twarze znanych czarodziejów z portretów. Niektóre lekko pochrapywały. Na sobie miał luźny T-shirt i ciemnozielone dresy, które nijak się trzymały do garnituru w tym śnie…  Dotarł na siódme piętro, obrócił się i zobaczył ją. W różowej koszuli nocnej z jakimiś kolorowymi księżycami.
- Theodore? – zapytała, a jej cichy głos  Nott słyszał dwa razy głośniej.
- Luna?
- Miałeś ten sen?
-Miałem… O czym myślisz?
- O tym, że bardzo potrzebuje lustrzanej komnaty, gdzie będę mogła zatańczyć w brzoskwiniowej sukni  z przystojnym Ślizgonem i latać w powietrzu. A ty?
- Myślę o spokojnej muzyce, zapachu truskawek i odcieniu róży „Eden” – uśmiechnął się, a przed nimi ukazały się drzwi, które zapraszały do środka. 
 Chłopak wziął pod rękę, delikatną dłoń Luny, a z każdym krokiem zmieniały im się stroje, fryzury i nastrój.
- Teraz już wiem czego szukałem od początku szkoły… - szepnął. – Ciebie… To ty byłaś tą nieznajomą w moich snach. To dlatego zawsze się interesowałem co robisz i nienawidziłem jak ktoś się z ciebie śmiał, choć zdarzało się, że i ja nim byłem… Do teraz. Bo już odkryłem to co chciałem odkryć – powiedział i uszczypnął się.
- Co robisz?
- Sprawdzam czy to nie następny sen… Złuda. Sprawdzam czy to się dzieje naprawdę, że już się nic nie rozmaże.
- Na pewno nie…
- Historia dalej się toczy – szepnęli razem i spojrzeli sobie w oczy, wiedząc już, że odkryli to, nad czym zawsze się zastanawiali. 

Czyli siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz