piątek, 13 stycznia 2017

Czy szczęście jest ulotne?



Witam! Zapraszam na trochę filozofii ♥
-------------------------------------------------------------- 

Jestem Anastazja. Jestem szczęśliwa. Jestem młoda. Jestem piękna. Jestem po studiach. Tak powiedzmy w skrócie przedstawia się mój profil. Jeszcze zapomniałabym dodać, że pałam zdrowiem, bo tego oczywiście nie może zabraknąć w opisie. Ludzie się na mnie patrzą jakbym była jakąś stukniętą do samego dna wariatką. Kolorowe buty, zielone podkolanówki, wszystko takie radosne. Nawet włosy mam różowe… Czy to nie słodkie? 

Uwielbiam deszcz… No i burzę, oczywiście. Kto by nie lubił burzy, gdyby nie był mną, prawda?  Chodzę sobie po asfalcie ( niestety szarym ) i często się zastanawiam czemu nie jest on niebieski… Jak niebo… Ciekawe czy wtedy ludzie nie chorowaliby tak często na depresję? Wszędzie pesymistki. Ewentualnie realistki. Ja jestem przecież radosna. Taka wariatka. Haha… 

Moje buciki robią się powoli brudne od błota. Schylam się ku górze i zamykam oczy. Niebieskie oczy… Zimne krople deszczu spływają mi po policzkach, pojawiają się dreszcze. Spoglądam na prawo i widzę samotną kobietę, siedzącą na schodach. Chyba płacze… Nic, idę dalej. 

Mój wzrok przyciąga dziecko szukające pieska. Pełno wisi ulotek o takim malutkim, czarnym piesku, który rzekomo się zgubił. Wyrazy współczucia, ale tak naprawdę nic to nie da.

Deszcz przestał padać, chmury szybko się przeciągnęły w inną stronę miasta. Szkoda, ale przynajmniej widać tęczę na asfalcie. Gdzieś w końcu musi być jak na niebie jej niema. Słońce wychodzi zza chmur, jeszcze chwila i zupełnie przedstawi nam swą okazałość. Ja jestem jak takie słońce. Wychodzę cała kolorowa w moim śmiesznym ubranku wśród czarnych płaszczy innych ludzi. Przedzieram się przez nie, mimo że one nie chcą mnie przepuścić. Do tego ten wzrok, przepełniony wyrazem obrzydzenia i nietolerancji.

Z daleka widzę jakąś młodą, nastoletnią osóbkę stojącą na pomoście. Jest to chyba jakiś zakapturzony chłopak. Trzyma on  w ręku kłódkę przyczepioną do prętu, ociera ostatnią łzę przemoczonym rękawem i odchodzi. Tylko gdzie? Najwyraźniej metalowa kłódka nie gwarantuję wiecznej miłości…

Ktoś nagle mnie popycha. Widzę czerwoną ze złości odwróconą ku mnie twarz i wypowiada niezrozumiałe zdania. Tam  na pewno nie było słowa „przepraszam”, a liczyłam na jakiś postęp u ludzi.

Zimno, zimno i jeszcze raz zimno. Zapomniałam powiedzieć, że jest zima, tylko śniegu jeszcze nie było. Czekam na niego z takim utęsknieniem, bo w sumie… Słońce jest zawsze, deszcz nam nie znika, wiatr ciągle wieje, tęcza się pojawia, burze dość często są , tylko śniegu nie ma. Czyżby zbliżało się globalne ocieplenie planety? Mam nadzieję, że nie, bo chyba wiecie jaki to byłby skutek?

Jedzie zielony autobus (ooo, coś kolorowego) i wiezie ciężkich ludzi w jedną stronę i później w drugą. Taka huśtawka. Niestety byłam dość blisko drogi i kałuża po chwili oblała mnie po zewnętrznej stronie kurtki. Usłyszałam jakiś chichot… Czy to takie śmieszne patrzeć na zmarzniętą osobę w dodatku przemoczoną do suchej nitki przeraźliwie chłodną wodą? Uśmiechnęłam się tylko w kierunku człowieka i odeszłam.  Nie będę traciła czasu na prostych ludzi.

Widzę malutkiego kotka grzebiącego coś w śmietniku. Szuka nędznego jedzenia wyrzuconego przez istotę ludzką. Podbiegam do niego. Mam pozwolić, żeby to zwierzę było takie samotne? Nigdy. Biorę go, przy okazji wyciągając maślaną bułkę kupioną w sklepie, niedaleko parku. Giciuś zamruczał – tak dałam mu na imię. 

Teraz już nie idę całkiem sama przez drogę. Ja i kotek. Kolorowa dziewczyna i szary przyjaciel. Kątem oka zobaczyłam jakąś parę nastolatków wskazujących na mnie palcem. Brak szacunku, ich problem.

Jeszcze chwila i dotrę do mojego ulubionego miejsca. Jest to lekki pagórek na obrzeżach miasta, zazwyczaj nikt tam nie chodzi, więc mogę spokojnie pisać wiersze. 

Dotarłam. Prosto przede mną postawiona jest tabliczka z napisem : Trwa praca robocza. Prosimy nie wchodzić na teren. Długopis mi spadł, kartki uciekły…  Nic nie mogę zrobić, muszę wracać tą samą ponurą drogą do mojego kolorowego domu, więc jestem z powrotem z kotkiem.  Nieraz mam wrażenie, że mój zapał do życia gaśnie, bo czy to nie jest tak, że jak ludzie są smutni to zarażają jednego po drugim swoją rozpaczą? Jak fala zabiera piasek z plaży, to tak samo zabiera szczęście z duszy? Albo jak ludzie robią sobie na złość, to nie jest podobnie do błyskawicy niszczącej drzewo, trzęsienia ziemi i rozpadających skał? Na to każdy z nas musi sam sobie odpowiedzieć, bo nikt nie zna lepiej odpowiedzi niż my sami.