wtorek, 2 sierpnia 2016

Te wschody



 Oto ukazała się następna miniaturka. Tym razem pairing nietypowy, ponieważ jest to Tuna i mogę śmiało powiedzieć, że jest to moje drugie ulubione (zaraz po Dralunie) połączenie. Zapraszam i czekam na komentarze. Pozdrawiam~ Arbuzek 
------------------------------------------------------------------                             
Na brzegu jeziora stała średniego wzrostu, blond włosa dziewczyna. Ma ona duże, błękitne oczy i bladą twarz, skierowaną w stronę ciepłego słońca. Malinowe usta składały się w lekki uśmiech co dodawały jej uroku, a na szyi miała zawieszony naszyjnik zrobiony z korków od kremowego piwa. Ubrana była dość dziwacznie. Długie loki opadały jej na krótki czerwono-zielony podkoszulek co kompletnie nie kontrastowało się z niebieskimi rurkami podciągniętymi do połowy łydek. Jej bose stopy zanurzone były w zimnej tafli czystej wody, co sprawiało lekkie ciarki na plecach dziewczyny. Jej rozmarzony wyraz twarzy sprawiał, że każdy odnosił wrażenie jakby była w innym, swoim świecie, a kto wie… Może właśnie tak było? Niestety rozmyślanie dziewczyny przerwały szydercze śmiechy i docinki Ślizgonów.
- Co tam Lovegood?! Szukasz sobie tych chrapaków krętonogich?- zaśmiał się jakiś potężny szóstoroczny.
- To nie są chrapaki krętonogie tylko krętoROgie.
- Pomyluna! Uważaj na buty! – krzyknęła Parkinson i przywołała zaklęciem trampki dziewczyny, by po chwili wrzucić je z chlustem do głębokiego, zielonawego jeziora. – Ciekawe czy teraz je znajdziesz?
- A jak tam twój ojciec, co? Nie mogę się doczekać nowego artykułu Żonglera, aby spalić go w kominku. Wiesz… Idealnie się do tego nadaje!
- Żongler będzie wydany za dwa dni – uśmiechnęła się pogodnie w stronę chłopaka. – Nie wiedziałam, że ma takie wzięcie!
-  Chcesz trochę polewitować w powietrzu? – zapytała słodko starsza siostra Astorii Greengrass, Daphne. – Myślę, że doskonale by cię to orzeźwiło – Na jej twarzy pojawił się paskudny uśmieszek, a w palcach zręcznie przemycała różdżkę. Była trochę starsza od Luny, która powoli obróciła się w kierunku Ślizgonki.
- Może wtedy poczuję się jak motyl…- zamyśliła się i spojrzała w przestrzeń. Dość daleko znajdowała się od innych uczniów na błoniach, którzy przesiadywali w tym czasie w cieniach drzew. Wiosna była upalna, a słońce atakowało promieniami w każdy żywy punkt na ziemi. Lovegood wiedziała, że nie ma najmniejszych szans na obronę. Po co więc miała wyciągać różdżkę? Kątem oka zobaczyła siedzącego chłopaka na kamieniu. Nie śmiał się. Twarz miał opanowaną. Widać było, że jest lekko zniesmaczony zaistniałą sytuacją. Spoglądał na nią zmęczonym, ale i burzliwym wzrokiem. Nie rozpoznawała go. Ciemne włosy, ułożone w pewnym artystycznym nieładzie, głębokie rysy twarzy, blada skóra… Wydawałoby, że jest z innego domu, gdyby nie zdradziecki mundurek Slytherinu z herbem węża.
- Levicorpus!
Dziewczyna zawisła w powietrzu. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie, że spada w dół. W niekończący się dół… Włosy falowały na ciepłym wietrze. Przez chwilę myślała, że jest sama i próbowała wyłączyć się od ciągłych śmiechów i obelg Ślizgonów. Nawet się zaśmiała, ale tylko na chwilkę, bo po chwili poczuła na twarzy zimny strumień wody wywołany zaklęciem „Aquamenti”. Woda dostała się do gardła co spowodowało zakrztuszenie się dziewczyny. Otworzyła gwałtownie oczy i zobaczyła przed sobą oblicze Daphne.
- Orzeźwiło?
- Wiesz co? Dziwnie wyglądasz do góry nogami – powiedziała łagodnie, ale stanowczo.
 Cześć uczniów ze Slytherinu przestało się głupio uśmiechać i spojrzało się na „miss” ich domu. Może to nie była jakaś wielka obelga, ale Luna dobrze wiedziała, że mogła sobie darować. Greengrass zacisnęła mocno wargi (podobnie jak profesor McGonagall, gdy jest wściekła) i nerwowo poprawiła swoje włosy. Podniosła różdżkę na wysokości twarzy Pomyluny
- Avis– wypowiedziała cichym szeptem, a piękne ptaki zaczęły krążyć wokół Krukonki.
Wiedziała co za moment się stanie. Długo nie mogła zachwycać się kolorowymi zwierzętami, ponieważ usłyszała następne zaklęcie, które sprawiło, że już nie były tak dobre jak przed chwilą. Poczuła  mocne uderzenie w okolicy pępka… Boli. Ostry dziób lekko przebił delikatną skórę jasnowłosej, a strużka krwi pozostawiła ślad na podkoszulku dziewczyny. Następny cios w mostek i jeszcze jeden. Kropelka łzy osunęła się po bladym policzku. Luna Lovegood nie była przyzwyczajona do robienia krzywdy, dlatego każde uderzenie sprawiało jej nie tyle ból fizyczny co psychiczny. Nie mogła znieść pojęcia czemu ludzie są źli i robią krzywdę innym. Przypomniał jej się Harry i Voldemort. Ona wyraźnie czuje, że niedługo będzie wojna. Wojna o dobro i zło. I po jakiej wtedy stronie będzie walczyła taka Greengrass? Usłyszała głośny rechot Parkinson i donośny głos jakiegoś chłopca. Znowu otworzyła oczy. Otwieranie oczu to tak jak kasować i tworzyć świat. W ciągu minuty przeciętnie mrugamy 25 razy. Ptaki zniknęły, ale nadal lewitowała do góry nogami w powietrzu. Jakby ktoś trzymał ją za chudą kostkę.
- Dobra, przestańcie się na niej wyżywać. Za mało mamy rzeczy do robienia? – powiedział brunet, którego wcześniej Luna przyuważyła na kamieniu. – Daphne, to nie koniec świata, że ktoś śmiał zaszydzić z twojej urody, więc weź się w garść i panuj nad emocjami, bo mało mamy ujemnych punktów? Liberacorpus.
Luna opadła na soczyście zieloną trawę i powoli podniosła się na rękach. Usiadła i usłyszała:
- Do następnego razu Pomyluno – zawarczała Ślizgonka i razem z innymi odeszła pośmiać się z pierwszoroczniaków. Jednak nie wszyscy poszli. Nie każdy miał tak pozbawione uczuć ego. Do Luny podszedł ten sam chłopak i podał jej rękę , aby pomóc wstać Krukonce.
- Theodore. Theodore Nott. Ty jesteś Luna Lovegood, tak?
- Pseudonim per „Pomyluna” – uśmiechnęła się. – Dziękuję. Przynajmniej nie każdy Ślizgon ma taki stosunek do innych.
- To znaczy… Po prostu nie ma sensu wyżywanie się na takich jak ty – powiedział, a na jego twarzy pojawił się niezrozumiany grymas.
- Takich jak ja… W sumie masz rację. Wiem, że odstaję od reszty. Wybryk natury… Inaczej urodzona, ale to nie jest takie złe jak się wydaje. Dziwny czyli inaczej wyjątkowy… Niezrozumiany. Nie każdy rozumie sens tego co robię, ale czy to ważne? Powinniśmy robić to na co mamy ochotę, a nie to czego od nas oczekują. To nasze życie… A pamiętaj. Żyje się tylko raz.
- To znaczy – zastanowił się. -  Nie to miałem na myśli, ale nie mam teraz czasu. Muszę iść … I tak już pewnie będę miał problemy, ale nic. Może kiedyś porozmawiamy. Do zobaczenia… Lu… Lovegood – pożegnał się i lekko podenerwowany odszedł w kierunku Hogwartu. Tym razem dziewczyna dobrze zapamięta chłopaka. I te jego zielone oczy, bo może kiedyś nadejdzie chwila i porozmawiają?

                                            ***

Od całego wydarzenia, gdy lewitowała w powietrzu, dziś mijał pełny miesiąc. Słońce powoli wschodziło, przekazując światu cały swój dobytek, każdy promień i blask, który oświetlał ponury krajobraz nocy. Luna ziewnęła przeciągle, sięgając do torebki po kruche ciasteczko i rozpływając się w aksamitnym smaku świeżej maliny. Dokładnie co miesiąc przychodziła samotnie do wieży astronomicznej, aby powitać nadchodzące trzydzieści bądź trzydzieści jeden dni na nowo. W ten sposób była pewna, że wszystko będzie się układało, a każdy wschód i zachód słońca będzie wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju. Ułożyła się w wygodnym miejscu , spoglądając na to samo jezioro, gdzie doszło do przykrego incydentu i powoli, ospale zamknęła oczy, wyobrażając siebie jako ptak. Wolny ptak. Uniosła wysoko ręce i wykonała jeden, jednolity ruch ramionami. Jakby miała skrzydła. Poczuła lekki podmuch wiatru, coraz silniejszy… I silniejszy… Nagle ktoś ją złapał, odpychając gwałtownie do tyłu i dopiero teraz zauważyła, że stała na krawędzi balkonu. Nawet by nie zauważyła, gdyby spadła. Odchyliła głowę do tyłu, spoglądając na zielone oczy, które już kiedyś widziała i uśmiechnęła się. Był to uśmiech pełen marzeń, miłości i nadziei. Był taki szczery, że nie trzeba było wymawiać wszystkich niepotrzebnych słów, które zniszczyłyby ciszę między tymi dwojga. Odwróciła się i szepnęła:
- Dziękuję, Theodorze… Dobrze pamiętam twoje imię, prawda?
- Chciałaś się zabić?! – zapytał oszołomiony jej delikatnym i rozmarzonym głosem, jakby przed chwilą nic nie miało miejsca.
- Niee… Myślałam, że nadal siedzę tam gdzie siedziałam… Tylko wiatr stawał się mocniejszy… Chciałam być przez chwilę ptakiem, takim który może odlecieć, gdzie tylko chce i nie będzie patrzyło za tym co było… Jeszcze raz dziękuję.
Chłopak opuścił swoje dłonie z bioder dziewczyny, upewniając się, że to co mówiła było prawdą i nie zamierza popełnić samobójstwa. Podniósł jedną rękę do góry i rozczochrał jednym ruchem swoje ciemne włosy.
- To jednak się spotkaliśmy – uśmiechnął się głupio, spoglądając na Krukonkę. Najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy, że jest sama o wczesnej godzinie w wieży astronomicznej z dobrze umięśnionym Ślizgonem.
- Tak właściwie co tutaj robisz? – zapytała nieśmiało.
- To samo co ty – zawahał się. – Oglądam wschód słońca, by dobrze rozpocząć miesiąc.
- W ten sposób stanie się on lepszy, bo zawsze dni są lepsze, gdy zaczyna się je od czegoś pięknego.
Spojrzał na dziewczynę swoim przenikliwym wzrokiem i podniósł kącik ust co dodało mu urody rozrabiaka. Usiadł na poręczy balkonu, czując na plecach zimny wiatr i objął się rękoma, by zimno nie miało większej styczności z ciałem.
- Zawsze jesteś tutaj sama?
- Jakoś jeszcze nikogo tutaj nie trafiłam… - szepnęła i usiadła na jednym stopniu schodka naprzeciwko Ślizgona. – Ciebie pierwszy raz widzę – zastanowiła się i czekała cierpliwie na odpowiedź.
- Za często nie chodzę, ponieważ musiałbym wymknąć się z lochów i przejść niezauważony na najwyższy szczyt Hogwartu. Częściej chodziłem do sowiarni niż na wieżę astronomiczną, ale tak samo jak ty podziwiałem słońce.
- Jest piękne, prawda? Nosi w sobie taką nadzieję i szczęście…
- Tak jak ty… - powiedział, wstał i odwrócił się w przeciwnym kierunku.
Lovegood lekko przymrużając powieki wstała, podchodząc do bruneta i oparła się o barierkę balkonu. Przez chwilę panowała błoga cisza, którą raz nie raz zakłócał świergot ptaków przelatujących z jednego do drugiego drzewa. Chłodny, poranny wiatr powiewał jasnymi włosami Luny, które pachniały wanilią, przyjemnie wbijającą się w nozdrza uczniów.
            - Wydaje się, że to co stało się miesiąc temu bardzo szybko minęło… - stwierdziła i po chwili dodała. – Mam nadzieję, że nie miałeś problemów z mojego powodu.
            - Czemu miałbym je mieć? – zapytał zdezorientowany.
            - Ostatnio jak rozmawialiśmy powiedziałeś „ I tak już pewnie będę miał problemy, ale nic. Może kiedyś porozmawiamy. Do zobaczenia” i odszedłeś - uśmiechnęła się.
            - Eemm… Nie. Zapamiętałaś to? – zapytał nie ukrywając zdziwienia.
            - Oczywiście, że zapamiętałam. Za każdym razem, gdy przypomnę sobie te kolorowe ptaki, uśmiech pojawia się na mojej twarzy.
            - Ale czemu… Przecież sprawiały ci ból.
            - Bo wtedy pierwszy raz mogłam cię bliżej poznać. Nie cieszyłeś się tak jak inni, bo nie jesteś taki sam jak oni, Theodorze.
            - Dziwna jesteś – zaśmiał się i rozejrzał po całym pomieszczeniu, obawiając się, że ktoś ich widzi. Przez chwilę na siebie spoglądali w zupełnej ciszy, gdy w końcu chłopak postanowił zrobić pierwszy krok. Odsunął dziewczynę delikatnie od barierki i stanął naprzeciw niej. Widział jej zaskoczenie. Chłopak przybliżył się nieznacznie i zagarnął kosmyk włosów spadający na twarz Luny za jej ucho. Kciukiem powoli i delikatnie przetarł policzek dziewczyny, na której pojawiły się różowe rumieńce. Wpatrywał się w jej duże, błękitne oczy i z każdą sekundą przybliżał się co raz bardziej do ust Krukonki, aby po chwili złączyć je w jedną całość. Ślizgon powoli rozpływał się w miękkich i malinowych wargach. Poczuł się szczęśliwy. A jeszcze bardziej, gdy nieśmiała Krukonka odwzajemniła pocałunek, jakże namiętny i romantyczny. Objął ją w pasie, lekko przyciągając do siebie, a Luna zanurzyła swe drobne dłonie w szkarłatnych włosach chłopaka, które rozrzucone były we wszystkie strony świata.  Słońce niemal całe ukazało się, a promienie przechodziły między szparkami dwóch ciał, które wreszcie przebiło barierę i zrozumieli o swoim uczuciu. Uczuciu tak niezgodnym, że nie powinno mieć w ogóle miejsca. Dziewczyna jako pierwsza oderwała się od chłopaka wtulając się w jego tors.
                 - Kocham cię. Zawsze cię kochałem – szepnął i zamknął oczy. Przypomniał sobie jak obserwował ją na Błoniach, na lekcjach. Jak rozmawia z innymi tym swoim słodkim głosem. On wtedy marzył, aby z nim tak rozmawiała, teraz sam może ją dotknąć i wiedział, że dobrze robi. Nie mógł zobaczyć uśmiechu, który pojawił się na twarzy jasnowłosej dziewczyny.
                 - Ja ciebie też.
                 W ten sposób razem powitali nowy miesiąc, rok, a może życie? Bo nie zawsze ktoś, kto ukrywa swoje uczucia do drugiej osoby, wcale jej nie kocha. Wystarczy, że otworzy swe serce przed nią i razem zdobędą świat. Ich własny świat.