Oto ukazała się następna miniaturka. Tym razem pairing nietypowy, ponieważ jest to Tuna i mogę śmiało powiedzieć, że jest to moje drugie ulubione (zaraz po Dralunie) połączenie. Zapraszam i czekam na komentarze. Pozdrawiam~ Arbuzek
------------------------------------------------------------------
Na brzegu jeziora stała
średniego wzrostu, blond włosa dziewczyna. Ma ona duże, błękitne oczy i bladą
twarz, skierowaną w stronę ciepłego słońca. Malinowe usta składały się w lekki
uśmiech co dodawały jej uroku, a na szyi miała zawieszony naszyjnik zrobiony z
korków od kremowego piwa. Ubrana była dość dziwacznie. Długie loki opadały jej
na krótki czerwono-zielony podkoszulek co kompletnie nie kontrastowało się z
niebieskimi rurkami podciągniętymi do połowy łydek. Jej bose stopy zanurzone
były w zimnej tafli czystej wody, co sprawiało lekkie ciarki na plecach
dziewczyny. Jej rozmarzony wyraz twarzy sprawiał, że każdy odnosił wrażenie
jakby była w innym, swoim świecie, a kto wie… Może właśnie tak było? Niestety
rozmyślanie dziewczyny przerwały szydercze śmiechy i docinki Ślizgonów.
- Co tam Lovegood?!
Szukasz sobie tych chrapaków krętonogich?- zaśmiał się jakiś potężny
szóstoroczny.
- To nie są chrapaki
krętonogie tylko krętoROgie.
- Pomyluna! Uważaj na
buty! – krzyknęła Parkinson i przywołała zaklęciem trampki dziewczyny, by po
chwili wrzucić je z chlustem do głębokiego, zielonawego jeziora. – Ciekawe czy
teraz je znajdziesz?
- A jak tam twój
ojciec, co? Nie mogę się doczekać nowego artykułu Żonglera, aby spalić go w
kominku. Wiesz… Idealnie się do tego nadaje!
- Żongler będzie wydany
za dwa dni – uśmiechnęła się pogodnie w stronę chłopaka. – Nie wiedziałam, że
ma takie wzięcie!
- Chcesz trochę polewitować w powietrzu? –
zapytała słodko starsza siostra Astorii Greengrass, Daphne. – Myślę, że
doskonale by cię to orzeźwiło – Na jej twarzy pojawił się paskudny uśmieszek, a
w palcach zręcznie przemycała różdżkę. Była trochę starsza od Luny, która
powoli obróciła się w kierunku Ślizgonki.
- Może wtedy poczuję
się jak motyl…- zamyśliła się i spojrzała w przestrzeń. Dość daleko znajdowała
się od innych uczniów na błoniach, którzy przesiadywali w tym czasie w cieniach
drzew. Wiosna była upalna, a słońce atakowało promieniami w każdy żywy punkt na
ziemi. Lovegood wiedziała, że nie ma najmniejszych szans na obronę. Po co więc
miała wyciągać różdżkę? Kątem oka zobaczyła siedzącego chłopaka na kamieniu.
Nie śmiał się. Twarz miał opanowaną. Widać było, że jest lekko zniesmaczony
zaistniałą sytuacją. Spoglądał na nią zmęczonym, ale i burzliwym wzrokiem. Nie
rozpoznawała go. Ciemne włosy, ułożone w pewnym artystycznym nieładzie,
głębokie rysy twarzy, blada skóra… Wydawałoby, że jest z innego domu, gdyby nie
zdradziecki mundurek Slytherinu z herbem węża.
-
Levicorpus!
Dziewczyna zawisła w
powietrzu. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie, że spada w dół. W niekończący się
dół… Włosy falowały na ciepłym wietrze. Przez chwilę myślała, że jest sama i
próbowała wyłączyć się od ciągłych śmiechów i obelg Ślizgonów. Nawet się
zaśmiała, ale tylko na chwilkę, bo po chwili poczuła na twarzy zimny strumień
wody wywołany zaklęciem „Aquamenti”.
Woda dostała się do gardła co spowodowało zakrztuszenie się dziewczyny.
Otworzyła gwałtownie oczy i zobaczyła przed sobą oblicze Daphne.
- Orzeźwiło?
- Wiesz co? Dziwnie
wyglądasz do góry nogami – powiedziała łagodnie, ale stanowczo.
Cześć uczniów ze Slytherinu przestało się
głupio uśmiechać i spojrzało się na „miss” ich domu. Może to nie była jakaś
wielka obelga, ale Luna dobrze wiedziała, że mogła sobie darować. Greengrass
zacisnęła mocno wargi (podobnie jak profesor McGonagall, gdy jest wściekła) i
nerwowo poprawiła swoje włosy. Podniosła różdżkę na wysokości twarzy Pomyluny
- Avis– wypowiedziała cichym szeptem, a piękne ptaki
zaczęły krążyć wokół Krukonki.
Wiedziała
co za moment się stanie. Długo nie mogła zachwycać się kolorowymi zwierzętami,
ponieważ usłyszała następne zaklęcie, które sprawiło, że już nie były tak dobre
jak przed chwilą. Poczuła mocne
uderzenie w okolicy pępka… Boli. Ostry dziób lekko przebił delikatną skórę
jasnowłosej, a strużka krwi pozostawiła ślad na podkoszulku dziewczyny.
Następny cios w mostek i jeszcze jeden. Kropelka łzy osunęła się po bladym
policzku. Luna Lovegood nie była przyzwyczajona do robienia krzywdy, dlatego każde
uderzenie sprawiało jej nie tyle ból fizyczny co psychiczny. Nie mogła znieść
pojęcia czemu ludzie są źli i robią krzywdę innym. Przypomniał jej się Harry i
Voldemort. Ona wyraźnie czuje, że niedługo będzie wojna. Wojna o dobro i zło. I
po jakiej wtedy stronie będzie walczyła taka Greengrass? Usłyszała głośny
rechot Parkinson i donośny głos jakiegoś chłopca. Znowu otworzyła oczy.
Otwieranie oczu to tak jak kasować i tworzyć świat. W ciągu minuty przeciętnie
mrugamy 25 razy. Ptaki zniknęły, ale nadal lewitowała do góry nogami w
powietrzu. Jakby ktoś trzymał ją za chudą kostkę.
- Dobra,
przestańcie się na niej wyżywać. Za mało mamy rzeczy do robienia? – powiedział
brunet, którego wcześniej Luna przyuważyła na kamieniu. – Daphne, to nie koniec
świata, że ktoś śmiał zaszydzić z twojej urody, więc weź się w garść i panuj
nad emocjami, bo mało mamy ujemnych punktów? Liberacorpus.
Luna
opadła na soczyście zieloną trawę i powoli podniosła się na rękach. Usiadła i
usłyszała:
- Do
następnego razu Pomyluno – zawarczała Ślizgonka i razem z innymi odeszła
pośmiać się z pierwszoroczniaków. Jednak nie wszyscy poszli. Nie każdy miał tak
pozbawione uczuć ego. Do Luny podszedł ten sam chłopak i podał jej rękę , aby
pomóc wstać Krukonce.
-
Theodore. Theodore Nott. Ty jesteś Luna Lovegood, tak?
-
Pseudonim per „Pomyluna” – uśmiechnęła się. – Dziękuję. Przynajmniej nie każdy
Ślizgon ma taki stosunek do innych.
- To
znaczy… Po prostu nie ma sensu wyżywanie się na takich jak ty – powiedział, a
na jego twarzy pojawił się niezrozumiany grymas.
- Takich
jak ja… W sumie masz rację. Wiem, że odstaję od reszty. Wybryk natury… Inaczej
urodzona, ale to nie jest takie złe jak się wydaje. Dziwny czyli inaczej
wyjątkowy… Niezrozumiany. Nie każdy rozumie sens tego co robię, ale czy to
ważne? Powinniśmy robić to na co mamy ochotę, a nie to czego od nas oczekują.
To nasze życie… A pamiętaj. Żyje się tylko raz.
- To
znaczy – zastanowił się. - Nie to miałem
na myśli, ale nie mam teraz czasu. Muszę iść … I tak już pewnie będę miał
problemy, ale nic. Może kiedyś porozmawiamy. Do zobaczenia… Lu… Lovegood –
pożegnał się i lekko podenerwowany odszedł w kierunku Hogwartu. Tym razem dziewczyna
dobrze zapamięta chłopaka. I te jego zielone oczy, bo może kiedyś nadejdzie
chwila i porozmawiają?
***
Od całego
wydarzenia, gdy lewitowała w powietrzu, dziś mijał pełny miesiąc. Słońce powoli
wschodziło, przekazując światu cały swój dobytek, każdy promień i blask, który
oświetlał ponury krajobraz nocy. Luna ziewnęła przeciągle, sięgając do torebki
po kruche ciasteczko i rozpływając się w aksamitnym smaku świeżej maliny.
Dokładnie co miesiąc przychodziła samotnie do wieży astronomicznej, aby powitać
nadchodzące trzydzieści bądź trzydzieści jeden dni na nowo. W ten sposób była
pewna, że wszystko będzie się układało, a każdy wschód i zachód słońca będzie
wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju. Ułożyła się w wygodnym miejscu , spoglądając
na to samo jezioro, gdzie doszło do przykrego incydentu i powoli, ospale
zamknęła oczy, wyobrażając siebie jako ptak. Wolny ptak. Uniosła wysoko ręce i
wykonała jeden, jednolity ruch ramionami. Jakby miała skrzydła. Poczuła lekki
podmuch wiatru, coraz silniejszy… I silniejszy… Nagle ktoś ją złapał,
odpychając gwałtownie do tyłu i dopiero teraz zauważyła, że stała na krawędzi
balkonu. Nawet by nie zauważyła, gdyby spadła. Odchyliła głowę do tyłu,
spoglądając na zielone oczy, które już kiedyś widziała i uśmiechnęła się. Był
to uśmiech pełen marzeń, miłości i nadziei. Był taki szczery, że nie trzeba
było wymawiać wszystkich niepotrzebnych słów, które zniszczyłyby ciszę między
tymi dwojga. Odwróciła się i szepnęła:
-
Dziękuję, Theodorze… Dobrze pamiętam twoje imię, prawda?
-
Chciałaś się zabić?! – zapytał oszołomiony jej delikatnym i rozmarzonym głosem,
jakby przed chwilą nic nie miało miejsca.
- Niee…
Myślałam, że nadal siedzę tam gdzie siedziałam… Tylko wiatr stawał się
mocniejszy… Chciałam być przez chwilę ptakiem, takim który może odlecieć, gdzie
tylko chce i nie będzie patrzyło za tym co było… Jeszcze raz dziękuję.
Chłopak
opuścił swoje dłonie z bioder dziewczyny, upewniając się, że to co mówiła było
prawdą i nie zamierza popełnić samobójstwa. Podniósł jedną rękę do góry i
rozczochrał jednym ruchem swoje ciemne włosy.
- To
jednak się spotkaliśmy – uśmiechnął się głupio, spoglądając na Krukonkę.
Najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy, że jest sama o wczesnej godzinie w wieży
astronomicznej z dobrze umięśnionym Ślizgonem.
- Tak
właściwie co tutaj robisz? – zapytała nieśmiało.
- To samo
co ty – zawahał się. – Oglądam wschód słońca, by dobrze rozpocząć miesiąc.
- W ten
sposób stanie się on lepszy, bo zawsze dni są lepsze, gdy zaczyna się je od
czegoś pięknego.
Spojrzał
na dziewczynę swoim przenikliwym wzrokiem i podniósł kącik ust co dodało mu
urody rozrabiaka. Usiadł na poręczy balkonu, czując na plecach zimny wiatr i
objął się rękoma, by zimno nie miało większej styczności z ciałem.
- Zawsze
jesteś tutaj sama?
- Jakoś
jeszcze nikogo tutaj nie trafiłam… - szepnęła i usiadła na jednym stopniu
schodka naprzeciwko Ślizgona. – Ciebie pierwszy raz widzę – zastanowiła się i
czekała cierpliwie na odpowiedź.
- Za
często nie chodzę, ponieważ musiałbym wymknąć się z lochów i przejść
niezauważony na najwyższy szczyt Hogwartu. Częściej chodziłem do sowiarni niż
na wieżę astronomiczną, ale tak samo jak ty podziwiałem słońce.
- Jest
piękne, prawda? Nosi w sobie taką nadzieję i szczęście…
- Tak jak
ty… - powiedział, wstał i odwrócił się w przeciwnym kierunku.
Lovegood
lekko przymrużając powieki wstała, podchodząc do bruneta i oparła się o
barierkę balkonu. Przez chwilę panowała błoga cisza, którą raz nie raz zakłócał
świergot ptaków przelatujących z jednego do drugiego drzewa. Chłodny, poranny
wiatr powiewał jasnymi włosami Luny, które pachniały wanilią, przyjemnie
wbijającą się w nozdrza uczniów.
-
Wydaje się, że to co stało się miesiąc temu bardzo szybko minęło… - stwierdziła
i po chwili dodała. – Mam nadzieję, że nie miałeś problemów z mojego powodu.
-
Czemu miałbym je mieć? – zapytał zdezorientowany.
-
Ostatnio jak rozmawialiśmy powiedziałeś „
I tak już pewnie będę miał problemy, ale nic. Może kiedyś porozmawiamy. Do
zobaczenia” i odszedłeś - uśmiechnęła się.
-
Eemm… Nie. Zapamiętałaś to? – zapytał nie ukrywając zdziwienia.
-
Oczywiście, że zapamiętałam. Za każdym razem, gdy przypomnę sobie te kolorowe
ptaki, uśmiech pojawia się na mojej twarzy.
-
Ale czemu… Przecież sprawiały ci ból.
-
Bo wtedy pierwszy raz mogłam cię bliżej poznać. Nie cieszyłeś się tak jak inni,
bo nie jesteś taki sam jak oni, Theodorze.
-
Dziwna jesteś – zaśmiał się i rozejrzał po całym pomieszczeniu, obawiając się,
że ktoś ich widzi. Przez chwilę na siebie spoglądali w zupełnej ciszy, gdy w
końcu chłopak postanowił zrobić pierwszy krok. Odsunął dziewczynę delikatnie od
barierki i stanął naprzeciw niej. Widział jej zaskoczenie. Chłopak
przybliżył się nieznacznie i zagarnął kosmyk włosów spadający na twarz Luny za
jej ucho. Kciukiem powoli i delikatnie przetarł policzek dziewczyny, na której
pojawiły się różowe rumieńce. Wpatrywał się w jej duże, błękitne oczy i z każdą
sekundą przybliżał się co raz bardziej do ust Krukonki, aby po chwili złączyć
je w jedną całość. Ślizgon powoli rozpływał się w miękkich i malinowych wargach.
Poczuł się szczęśliwy. A jeszcze bardziej, gdy nieśmiała Krukonka odwzajemniła
pocałunek, jakże namiętny i romantyczny. Objął ją w pasie, lekko przyciągając
do siebie, a Luna zanurzyła swe drobne dłonie w szkarłatnych włosach chłopaka,
które rozrzucone były we wszystkie strony świata. Słońce niemal całe ukazało się, a promienie
przechodziły między szparkami dwóch ciał, które wreszcie przebiło barierę i
zrozumieli o swoim uczuciu. Uczuciu tak niezgodnym, że nie powinno mieć w ogóle
miejsca. Dziewczyna jako pierwsza oderwała się od chłopaka wtulając się w jego
tors.
- Kocham cię. Zawsze cię kochałem – szepnął i zamknął
oczy. Przypomniał sobie jak obserwował ją na Błoniach, na lekcjach. Jak
rozmawia z innymi tym swoim słodkim głosem. On wtedy marzył, aby z nim tak
rozmawiała, teraz sam może ją dotknąć i wiedział, że dobrze robi. Nie mógł
zobaczyć uśmiechu, który pojawił się na twarzy jasnowłosej dziewczyny.
- Ja ciebie też.
W ten sposób razem powitali nowy miesiąc, rok, a
może życie? Bo nie zawsze ktoś, kto ukrywa swoje uczucia do drugiej osoby,
wcale jej nie kocha. Wystarczy, że otworzy swe serce przed nią i razem zdobędą
świat. Ich własny świat.