niedziela, 11 listopada 2018

Dobra decyzja


 Doberek!
No kochani wzięłam się i napisałam coś w końcu. Napisane dość szybko i chaotycznie, ale co tam. Dzisiaj Tuna! Pozdrowienia ślę wszystkim i miłego czytania życzę~ Arbuzek^^
-----------------------------------------------
Czy warto dostrzegać coś, czego inni nie potrafią dostrzec? Widzieć więcej i słyszeć więcej, a nawet czuć? Czy nie prościej być kimś normalnym i zaakceptowanym wśród innych? Czy trudno udawać kogoś normalnego, podczas, gdy jest się nienormalnym?

Theodore Nott długo myślał nad tym, co zamierza właśnie zrobić. Szybko opuścił dormitorium Slytherinu i lochy, po czym udał się na dwór, gdzie letnie, świeże powietrze  zachęcało uczniów do wyjścia z zamku. Niestety coraz mniej młodych czarodziejów miało ochotę na spacer po Błoniach. Od paru tygodni często odwiedzało szkołę kilku Śmierciożerców, których zadaniem było utrzymanie rygoru i porządku w czarodziejskiej szkole. Bowiem Hogwart przestał być bezpiecznym budynkiem odkąd Voldemort ponownie zaczął straszyć i zabijać. Nawet mugole wyczuwali, że dzieje się coś bardzo złego. Chłopak wszystko sobie zaplanował. Nie lubił spontanicznych decyzji. Zawsze miał wszystko poukładane, a gdy coś wychodziło poza jego kontrolę, robił się bardzo zdenerwowany. Przeszedł szybko przez Błonia, skrawek lasu i zatrzymał się przed kwitnącą o tej porze łąką, gdzie, jak zauważył, często przesiadywała Pomyluna Lovegood. Imponowało jemu, że dziewczyna nadal się nie boi sama wychodzić poza zamek. Sam w tej chwili odczuwał niepokój.
- Witaj Theodorze – uśmiechnęła się i nawet nie spoglądając na nowego przybysza, kontynuowała plecenie wianku z bratków i koniczyn.
 - Witaj, Lovegood – zdziwiony, próbował po sobie nie poznać, że Krukonka go zaskoczyła. Wydawało mu się, że nie widać go zza drzewa. Lekko zirytowany stanął naprzeciw Krukonki.
- Mam nadzieję, że nie masz złych zamiarów – szepnęła.
 - A boisz się? – zapytał i poprawił sobie koszulę, która lekko się pogniotła.        
 Luna spojrzała na Notta z zaciekawieniem i chłopak od razu wiedział, że jest zaniepokojona. Zaśmiał się pod nosem, widząc, że nawet Pomyluna odczuwa przed nim lęk. Kręcony kosmyk włosów osunął jej się na twarz, jakby specjalnie, zasłaniając jej purpurowe policzki, które nabrały koloru prawdopodobnie od wstydu.
- Dawno nikt tutaj nie przychodził oprócz mnie.
- Mało kto wie, że niedaleko zamku znajduje się taka ładna polana.
- Co cię tutaj sprowadza?
 Theodore usiadł niedaleko Luny, pamiętając o odpowiedniej odległości, aby Krukonka jeszcze bardziej się nie przestraszyła.
 - Nudziło mi się, to przyszedłem.
 - A tak naprawdę? – zapytała, nie patrząc na Ślizgona.
 - Tak naprawdę to chciałem pogadać.
 - O czym uczeń z samego Slytherinu może chcieć rozmawiać z Pomyluną? – podniosła głowę ze zdziwienia w kierunku Notta.
Theodore usłyszał w jej głosie pogardę, gdy wymawiała słowo „Śmierciożerca”, mimo że starała się to jak najbardziej ukryć.
 - Każdy w Hogwarcie wie, że jesteś zwariowana Lovegood i nawet nie chcę wiedzieć z czego to wynika. W tej szkole nikt już normalnie się nie zachowuje, każdy Ślizgon wywołuje respekt wobec innych. Już nie wspomnę o Śmierciożercach.
 - Oczekujesz, że będziemy razem pletli wianki – zaśmiała się Luna, pokazując Nottowi wianuszek z kwiatków, którego właśnie skończyła robić. Po chwili jednak ucichła, widząc powagę na twarzy Ślizgona. Coś jej nie pasowało.
 - Może nie tyle co pletli te wianki, a po prostu porozmawiali.
Luna spojrzała na Notta. Musiała nieco śmiesznie wyglądać. Usta miała lekko otworzone, oczy wielkie, ale znużone. Włosy potargane przez wiatr. Ubrana, jak zwykle kolorowo, mimo że w Hogwarcie obowiązywał teraz tylko i wyłącznie czarny mundurek, na którym Krukonka sobie wygodnie siedziała.
- Myślisz, że mogę ci zaufać?
- Myślę, że możesz.
- A czemu miałbym ci ufać?
-Bo i tak nikomu bym tego nie powiedziała. A nawet, gdyby się tak zdarzyło, to kto by w takie bzdury uwierzył, Lunie Lovegood, co? – spojrzała się radośnie na zielone oczy Theodora i nie opuszczała wzroku, dopóki Nott cicho nie westchnął.
- Ja nie chcę być Śmierciożercą.
Luna spojrzała się na Notta z taką intensywnością, że wyraźnie było można odczuć współczucie bijące od niej. Theodore poczuł, jak serce mu zaczyna szybciej bić. Wiedział, że jeśli znajdują się w pobliżu jacyś Śmierciożercy, nie zdąży się wykaraskać. Luna niespodziewanie dotknęła zimnymi opuszkami palców policzek Ślizgona, cały czas nie odrywając wzroku od jego oczu. Nott się obruszył i już miał się gwałtownie obrócić, gdy dziewczyna cofnęła dłoń. Nie odwróciła jednak wzroku, a jej ręka zawisła w powietrzu, jakby czas na chwilę się zatrzymał.
- To widać, Theodorze – szepnęła znużonym głosem, jakby mówiła dobranoc. Uśmiechnęła się. – Cieszę się, że nie chcesz być takim, jak oni.
- Chciałbym, żebyś mi pomogła. Rozmową – opamiętał się Nott. – Czarny Pan i moja rodzina, zwłaszcza ojciec, pragną, abym dołączył do grona Śmierciożerców. Jeśli dołączę…
- Już nigdy nie będziesz mógł pozbyć się tego miana. Rozumiem- dokończyła za niego Luna.- Nie rozumiem, jak mam ci pomóc. Boję się, że nie będę w stanie ci tego zaoferować- powiedziała smutno i spuściła wzrok, ponownie zabierając się za plecenie wianka, tym razem z różowej koniczyny.- Spróbuj robić to co ja. Weź kwiatek, możemy zrobić wianek.
Theodore przez chwilę stracił wiarę, że ta zwariowana Krukonka może mu w czymkolwiek pomóc. Po chwili jednak wyrwał z ziemi kawałek kwiatka i spróbował zapleść go w podobny sposób, do tego, co robiła Luna.
- Dobrze ci idzie- powiedziała Lovegood po dłuższej przerwie niezręcznej ciszy.
- Mówisz? – zapytał i podniósł swój wianek lekko unosząc kąciki ust. Nie uszło to uwadze spostrzegawczej Krukonce.
- Uśmiechasz się.
- Ja?
- Yhm – zaśmiała się- Widzisz, już coś się dzieje.
Luna wstała otrzepała swoje różowe, luźne ogrodniczki z ziemi i schowała wianek ostrożnie do środkowej kieszeni. Nott widząc, że dziewczyna się ubiera, sam wstał i nie wiedząc czy zatrzymać koniczyny, wsadził je ostatecznie do kieszeni swojego idealnie wyprasowanego garnituru.
- Miło mi się z tobą rozmawiało- powiedziała Luna, a Theodore zamyślił się czy w ogóle porozmawiali czy była to tylko wymiana zdań i bezkres ciszy, którą przerywało od czasu do czasu świergotanie ptaków i szum drzew.- To zobaczenia jutro, Theodorze – zawołała i pobiegła w stronę Hogwartu.
- Zaraz..- pomyślał-  Co? Jutro?
- Oczywiście, przecież mam ci pomóc, tak?- zaśmiała się radośnie Pomyluna, nie odwracając nawet swojej głowy, pozostawiając Notta w zamyśleniu czy dobrze zrobił prosząc taką zwariowaną osobę o cokolwiek. Mimo wszystko uśmiechnął się. Ponownie.

                                         ***
Nie wiedział, o której godzinie Lovegood zapragnęła się z nim spotkać, mówiąc do zobaczenia jutro, ale stwierdził, że pora ta jest właśnie porą ostatniego ich wspólnego spotkania. I nie mylił się. Z daleka ujrzał siedzącą po turecku Lunę w zwiewnej, białej sukience i jak zwykle- bosych stopach. Miała ona odchyloną ku niebu głowę i zamknięte oczy. Nott przyjrzał się Krukonce, obserwując jej niezwykle subtelną urodę.
- Usiądź, Theodorze.
Nott usiadł tak, jak mu rozkazała Luna i poczuł się lekko zawstydzony tym , że znowu dał się zaskoczyć jej nieprzewidywanymi słowami. Po chwili również usiadł po turecku i spojrzał się do góry. Luna zaśmiała się, mimo że cały czas miała zamknięte oczy.
- Ależ zrelaksuj się! To nic trudnego – zachichotała i spojrzała w końcu na Ślizgona,
Ten również spojrzał na nią i zamrugał.
- Co mam robić?- burknął.
- Zamknij oczy- szepnęła. – Zamknąłeś?
- Yhm.
Luna wzięła swoją rękę i zasłoniła oczy Nottowi.
- Teraz odchyl się tak, jakbyś spoglądał na niebo, ale mniej cały czas zamknięte oczy- ciągnęła monotonnie.- Poczuj, że żyjesz. Usłysz to, co chciałbyś usłyszeć, ale czego nigdy nie usłyszałeś. Poczuj powiew wiatru, jego smak, szorstkość, łagodność, pożądanie, nienawiść. Wyobraź sobie, że rośniesz. Jak drzewo. Wspinasz się ku górze. Zamieniasz się w ptaka. Szybujesz. Poznajesz lądy, oceany. Widzisz ból, szczęście, radość, tęsknotę. Widzisz, jak te wszystkie emocje formują się w wielką, nieokiełznaną kulkę. Następnie zamieniasz się w dziecko, a kula staje się piłką. Bawisz się nią i wyrzucasz, gdzieś daleko. Szukasz jej, ale nie znajdujesz. Mimo wszystko czujesz się szczęśliwy, bo możesz się bawić w coś innego. Zamieniasz się w ptaka i szybujesz jeszcze dalej, sięgasz chmur. Czujesz ich wilgoć i to, jak oblepiają ci pióra. Powoli spadasz w dół. Coraz szybciej. I jeszcze szybciej – szeptała- Boisz się, ale chcesz tak spadać w nieskończoność . Jesteś tuż nad ziemią. Upadasz, ale nie czujesz bólu. Nie czujesz już nic. Wstajesz. Jesteś człowiekiem. Wolnym czarodziejem. Bez burzy uczuć, ponieważ gdzieś sobie poleciała. Pragnący więcej światła, jak rosnące drzewo. Szczęśliwe dziecko, któremu nie brak wigoru i ambicji. Jak wszechwiedzący ptak, który po prostu w ciszy poznaje i uczy się wszystkiego. Widzisz to? Słyszysz to? Czujesz to? – powiedziała i spojrzała się na zamknięte oczy Notta.
- Wszystko jest w zasięgu twojej ręki. Twoje wybory są twoje. Życie twoje jest twoje. Wybór, kim chcesz się stać jest tylko i wyłącznie twoim wyborem, Theodorze. Otwórz oczy.
Nott zrobił to, co powiedziała mu Lovegood, lecz nadal spoglądał na niebo.
- Wybór, kim chcesz się stać jest tylko i wyłącznie twoim wyborem- powtórzył.
- Nikt nie może ci powiedzieć, kim masz być. Można ci jedynie pomóc w tym, ale ostateczna decyzja należy do ciebie- skrzywiła głowę na bok, patrząc na Theodora - Do zobaczenia jutro- wstała, założyła szatę i nie czekając na chłopaka udała się w kierunku zamku, pozostawiając Notta samego sobie.

                        ***

- Osobiście uważam, że jest piękny. A spójrz – powiedziała Luna o bratku i wskazała palcem na łąkę. - Dużo ich, prawda?
- Owszem. Ten praktycznie niczym się nie różni od tego obok.
- Właśnie. Jest taki sam, jak te wszystkie kwiatki, które tutaj rosną.
- Chcesz mi powiedzieć, że…
- Że każdy z nas jest piękny nawet wtedy, gdy nie wyróżniamy się czymś szczególnym.
- Ty we wszystkim dostrzegasz coś niezwykłego.
- I dlatego nazwano mnie Pomyluną, bo dostrzegam dobro w świecie, w którym panuje zło.
Luna zawiązała ostatni kwiatek na swoim wianku i go założyła.

                                   *** 

Jest niezwykła. Intrygująca. Jak anioł. Cudowna, piękna, mądra. Jak anioł. Pomyślał Nott, zanim powieki mu się nie zamknęły.

                                    ***
Theodore wiedział i czuł, co się zbliża. I jaka decyzja ciąży na jego sercu. Wiedział również, czego chce. I czego jest pewien. Po tylu rozmowach z tą zwariowaną Krukonką nie mógł wybrać inaczej. Ubrał się ciepło widząc za oknem padające płatki śniegu i ruszył w kierunku miejsca ich kolejnego spotkania. Ostatniego takiego. Po chwili zobaczył ją. Karmiła testrale. Podszedł.
- Ilu z nas chce się wyróżniać? A gdy naprawdę się czymś różnimy, to się tego wstydzimy. Próbujemy to zakryć. Stać się kimś, kim nie jesteśmy. To śmieszne, że niektórzy wstydzą się samego siebie – szepnęła jasnowłosa i nieśmiało się uśmiechnęła. – Też uważasz, że ten testral jest wyjątkowy?
- Chciałbym tak myśleć, ale nie widzę w nim nic cudownego.
Luna spojrzała się smutno na Theodora. Wiedziała, że u niego trudno wywołać zachwyt. Po chwili jednak uśmiechnęła się znowu, gdy Theodore zdjął swój szalik i oplótł nim nagą szyję Krukonki. Stali obok siebie, a dzieliło ich tylko parę centymetrów.
- Zapomniałam szalika. Dziękuję. Mam nadzieję, że chrybytki grypowitki nie zdążyły mnie zainfekować- zachichotała się.
- Zdecydowałem Luna- powiedział poważnie.- Stanę po waszej stronie. Wiem, że zawiodę rodzinę, ale..
- Jestem pewna, że wiedziałeś to już od pierwszego naszego spotkania- powiedziała radośnie.
- Co sądzisz o tym, że złym się jest od samego początku?
- Moja mamusia mówiła mi, że człowiek nie rodzi się złym, tylko inni ludzie i otoczenie wnikają w to, jacy później jesteśmy. Mówiła także, że niezależnie od tego jak będziemy się starać i tak będą mówili, że jest za mało. Dlatego staramy się być mili dla wszystkich, ale powinniśmy pamiętać również o własnym szczęściu. Rozumiesz?
 - Yhm. Czasami się tak nie da. Czasami nie mamy wyboru i często nie myślimy o własnym szczęściu, tylko walczymy o dobro dla rodziny. Nawet wtedy, gdy trzeba zrobić coś bardzo złego, aby ta rodzina miała spokój.
 - Ja też bym zrobiła wszystko, żeby mojego tatko wypuścili z Malfoy Manor. Ale boję się, że to niemożliwe, Theodorze.
Zapadła cisza. Krępująca.
- Nie chcę, aby to było nasze ostatnie spotkanie, Luno. Ja… Ja poczułem coś do ciebie. - powiedział nagle i złapał ją za rękę.
Luna spojrzała się głęboko w oczy Notta, a ten ponownie stwierdził, że nie ma nic piękniejszego od tych błękitnych oczu.
- Nikt nigdy nie powiedział terminu naszego ostatniego spotkania. To tylko ty sobie wmówiłeś, że przestaniemy się spotykać, gdy odnajdziesz tą właściwą drogę, Theo.
Nott po raz pierwszy usłyszał, jak Krukonka powiedziała zdrobniale jego imię. Uśmiechnął się z własnej głupoty.
- Było by mi bardzo przykro, gdybyś teraz się ze mną pożegnał i mielibyśmy widywać się tylko na korytarzu. Kto wie… Może bym pogrążyła się w smutku? – zaśmiała się.
- To znaczy, że..
- Tak, głuptasie. Też ciebie kocham- uszczypnęła go w policzek i pocałowała delikatnie w usta.  

Theodore jeszcze nigdy nie był tak pewny czegoś, jak teraz. Jak również jeszcze nigdy nie czuł się tak szczęśliwy, jak teraz. Otóż wiedział, że decyzja, jaką podjął była najlepszą decyzją, jaką tylko mógł podjąć.

poniedziałek, 7 maja 2018

Oh June




Witam po długiej przerwie i zapraszam na kolejną miniaturkę!
---------------------------------------------------------
 

Jak wstałam rano po tysiącach przemyśleń, czułam się jednocześnie smutna i szczęśliwa. Smutna, bo wiedziałam, że to tylko marzenia, a szczęśliwa, ponieważ wiem, że marzenia się spełniają. 

                                                                              ***

Odgarnęła czarne kosmyki z twarzy i powoli wdychała uspokajającą lawendę, unoszącą się po całym pomieszczeniu. Szybko się spakowała do torby i ruszyła ponownie tę samą ścieżką. Jest ona bardzo długa i kręta, ukryta w cieniu lasu, który często opatulony jest przez gęstą mgłę, jakby las spał na wieki. Wraz z nią porusza się ponura plamka, ukryta gdzieś w mrocznych zakątkach. Śledzi postać fioletowymi oczami, widzi wydobywającą się parę z ust, niemal słyszy jej oddech, już prawie czuje jej sierść. Czarną niczym smoła. Straszną niczym śmierć.
- Jesteś dziwną osobą, Florry.
- June, powtarzasz mi to dzień w dzień. Doskonale wiem kim jestem.
- Jesteś człowiekiem, ale jednak innym. Inni ludzie nie rozmawiają z naszą rasą.
- Inni ludzie nie widzą waszej rasy.
- Czyli jednak sprawdza się powiedzenie, że to czego nie widzimy, nie oznacza wcale, że tego nie ma.
- Prawda i tego najbardziej się obawiam – szepnęła Florry, czując niepokój.
Szybko przeskoczyła zamarzniętą kałużę, jednocześnie widząc w niej twarz starego wilka. Pobiegła kilka kroków dalej, a echo rozpostarło się po całym lesie.
- Czemu tu zawsze jest ciemno?
- Ponieważ my nie lubimy światła. Dobrze o tym wiesz. Czemu więc zadajesz ponownie to pytanie?
- Nie wiem. Czuję się samotna w tym lesie. Zamknięta, jak w jakiejś klatce. Z dala od ludzi, od ciepła…
- Chcesz mi powiedzieć, że masz dość Florry? Lepiej nie mów takich rzeczy głośno. Tutaj każdy ma uszy.
- Boję się tu być. Zresztą… po co ja ci to mówię. I tak potrafisz wyczuć strach.
- Masz rację. Śmierdzisz niesamowicie strachem. Spróbuj tego nie okazywać.
- Nie potrafię.
Dziewczyna zaczęła szybciej oddychać, szarpiąc się jednocześnie z głodną rośliną. Czuła bolesny ucisk w okolicy prawego ucha. Przystanęła i pogładziła chudymi palcami okolice bólu.
- Znowu boli cię głowa?
- Yhm. Czemu ta droga musi być taka długa?
- Ponieważ, jak  dojdziesz do końca, to już tu nie wrócisz. Tutaj, jak się wejdzie, to trudno wyjść. Tak został zaprojektowany las, moja droga.
- Czemu akurat ja, June?! Nikt mnie nie pytał czy chcę tutaj być!
- Zostałaś wybrana. Czuj się wyjątkowo.
- Nie chce być wyjątkiem.
- Przykro mi. Już jesteś.
Rozejrzała się wokoło. Nerwowo zaczęła mrugać. Stała na rozstaju dróg. Jedna z nich była bardziej zarośnięta, a druga natomiast była wydeptana, jakby często uczęszczana. Zawsze szła tą drugą. Nigdy nie próbowała skręcić w prawo. Zrobiła jeden, niezdecydowany krok w kierunku zagęszczonej ścieżki. Po chwili stawiała pewne i duże kroki.
- Wydaje mi się, że źle robisz.
- Nie możesz tego wiedzieć.
- Oczywiście, że mogę, Florry. Mieszkam tu od zawsze. Nigdy tędy nie przechodziłam.
- No właśnie, June. Więc nie masz prawa mówić, że ta droga jest gorsza od tej częściej uczęszczanej.
- Może i tak, ale istnieje takie coś jak instynkt. Z jakiegoś powodu nikt tędy nie chodzi.
- Dlatego będziemy tymi pierwszymi.
Uśmiechnęła się ze swoich słów i z dumą przedostawała się dalej i dalej w głąb lasu. Czuła podekscytowanie. Nie mogła się doczekać czegoś.
- Ostatnio się zmieniłaś. Czemu chcesz szukać nowej drogi ? Tamta była dobra.
- Może i była dobra, ale nie wprowadzała żadnych zmian. Prowadziła do nikąd, a już na pewno nie do celu.
- Przecież tu jest ci dobrze! Nie lubisz mnie?
- Tu nie chodzi o to, June. Tu jest twój świat, ale mój jest położony gdzieś bardzo daleko stąd. Gdzieś za tym lasem.
Stanęła przed wielkim głazem. Wdrapała się na niego i zeskoczyła ponownie na ziemię. Podłoże było suche i twarde.
- Zimno.
- To normalne. Zimno cię dekoncentruje. Niszczy twój mózg. Nie myślisz racjonalnie. Zamiast przejść obok głazu, wolałaś na niego wejść i zeskoczyć. Gdzie tu logika dziewczyno? Gdzie tu sens, tego co robisz?
- Nie wiem.
- Spróbuj się dowiedzieć.
Florry przyjrzała się starej wilczycy. Miała ona wystraszone oczy. Szybko oddychała. Zjeżyła sierść na grzbiecie i cicho zawarczała.
- Tam nie idź.
- Nie rozumiem – powiedziała czarnowłosa i spojrzała się na wąski tunel, z którego na końcu wychodziło światło. – Przecież tam jest słońce.
- Nie wszystko co jasne, jest dobre, Florry.
- Ale przecież właśnie tego szukam.
- Niczego nie szukasz. Tylko sobie to wmówiłaś. Tam nie idź. Dla własnego dobra, Florry. Tam jest koniec wszystkiego. Nie możesz… Prawidłowa droga jest tam na lewo. Przecież niemożliwe, że już nie pamiętasz.
- Nie pamiętam. Przecież jeszcze nas tu nie było.
- Przecież wierzysz mi, prawda? – zapytała smutna wilczyca.
- Chyba tak – szepnęła Florry. Twarz miała jednak inną niż zawsze. Jakby niepewną słów towarzyszki. Znowu wrócił strach i niepokój. – Chyba tak.
- To chodźmy.
I stał się wir.
Mimo że cały czas miała otwarte oczy, dopiero teraz zaczęła cokolwiek widzieć. Wiedziała, że znowu musiała się rzucać, ponieważ została związana do niewygodnego łóżka, który uniemożliwił jej ucieczkę oraz gwałtowne ruchy. W psychiatryku już tak jest. Siedziała zamknięta w ciemnym pokoju. Znowu miała atak. Znowu widziała i słyszała coś czego nie ma. Jakże okropnie nie cierpiała tej choroby, która doprowadziła ją do szaleństwa. Zaczęła ufać komuś, kto nie istnieje. Czyli zaczęła ufać własnej chorobie. Sama zatrzymuje się własnym umysłem, więc aby być zdrową, musi zwalczyć go. Najgorsze jest to, że polubiła postać w swojej głowie, a w realistycznym życiu nie ma nikogo.

                                                                              ***

Jednak znów przegrałam walkę ze sobą. Znów porzuciłam swoje marzenie, a jest nim zostać normalną w tym świecie. Oh June… Chciałabym cię mieć, ale jednocześnie wiem, że nie powinno cię tu być. Praktycznie byłam już tak blisko. Widziałam już przejście do normalnych ludzi. Może następnym razem mi się uda. Może następnym razem mnie nie zwodzisz.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Tchórz



Witam!
Wiem,że miniaturka nie powala, ale pisałam ją dość dawno temu. Postaram się miniaturki poprawić, aby nie miały one błędów oraz je trochę rozwinąć, ale póki co musicie mi wybaczyć wszystkie gafy i długą nieobecność. Mogę się jedynie tłumaczyć tym, że byłam w trakcie zmieniania szkoły i aktualnie mam mnóstwo zaległości, które muszę szybko nadrobić. Dziękuje za wszystkie komentarze i jeszcze raz przepraszam. Pozdrawiam i życzę miłego czytania moi drodzy
~ Arbuzek^^
---------------------------------------------------
Luna podskakiwała wzdłuż korytarzy Hogwartu, czując na sobie rozbawione spojrzenia uczniów, czekających na dzwonek. Była uśmiechnięta, w uszach podrygiwały rzodkiewko-kolczyki, a na ramieniu miała zawieszoną torebkę z milionami koralików i piórek, które zdobiły ją we wszystkich stronach świata. W rękach trzymała podręcznik do Eliksirów w skórzanej okładce, który za moment miał być potrzebny do przeczytania instrukcji na dwu godzinnych, morderczych lekcjach profesora Snape’a. I zaczęło się. Po dzwonku weszła do pustej Sali, gdzie poustawiane były drewniane stoliki, a na nich puste kociołki, w których za chwilę będzie bulgotać wrzący się wywar. Na półkach stały obrzydliwe słoiki z nieznaną dla uczniów zawartością.
- Proszę zająć swoje miejsca. Otworzyć podręcznik na stronie 275, przeczytać cały temat i wykonać eliksir mądrości „ Magnum Ingenium” według instrukcji na stronie 394. Wszystkiego czego potrzebujecie znajdziecie na półkach po prawej stronie klasy. Wszystkie eliksiry proszę oddać mi na końcu drugiej godziny lekcyjnej, gdyż jest to złożony eliksir i potrzeba na niego dużo czasu, aby wykonać go prawidłowo – syknął w stronę uczniów i obrócił się w błyskawicznym tempie w kierunku swojego biurka. -  Zaczynać. Proszę nie zadawać zbędnych pytań. Scott nie ta strona…
- Tak, panie profesorze – powiedział Ślizgon i lekko poczerwieniał na twarzy, słysząc chichot Malfoya i Zabiniego.
- Ma być całkowita cisza! – przypomniał Mistrz Eliksirów. – Obniżę ocenę o cały jeden stopień, jeśli usłyszę jakieś niepotrzebne wymiany zdań.  Lovegood z łaski swojej zawiąż swoje kudły i weź się do roboty, bo znając twoje zdolności w tworzeniu eliksirów, podpalisz sobie włosy... Kogo ja uczę?! – zapytał klasę, a odpowiedziało mu krojenie pestek żerunkuli, czyli rośliny w jakiś sposób myślącej, co jest niezbędnym składnikiem do przygotowania „ Magnum Ingenium”.
Nauczyciel zasiadł za swoim wielkim, dębowym biurkiem, obrzucił klasę surowym spojrzeniem i wziął do ręki pognieciony list, który prawdopodobnie na początku dostał się w ręce woźnego Hogwartu- Filcha. O okno nieustannie odbijały się krople deszczu. Jest to normalne biorąc pod uwagę trwający miesiąc, listopad. Na dworze było dosyć mroźno i ponuro, a uczniowie chodzili w ciepłych ubraniach, mimo chroniących ich przed zimnem grubych murów zamku. Niedługo zaczną się przygotowania na grudzień, a w salach zaczną się pojawiać kolorowe łańcuchy i bombki, które nadadzą barw pomieszczeń.
Minuty mijały coraz szybciej, a czasu do oddania skończonych Eliksirów było bardzo mało, aż w końcu rozległ się po klasach dzwonek, oznaczający koniec udręki dla niektórych uczniów, np. tych co siedzieli w szklarni i przemoknięci do suchej nitki wracali z powrotem  do szkoły. Luna już miała wychodzić  z pomieszczenia, gdy nagle usłyszała za sobą donośny głos  Snape’a.
- Lovegood, proszę na chwilę zostać, a ostatnia osoba niech zamknie za sobą drzwi – rozkazał i spojrzał ponuro na zdziwionych uczniów.
Krukonka podeszła do biurka i analizowała słowa profesora, robiąc przy okazji coraz większe oczy.
- Czyli ja mam rozmawiać z Draco, aby nie zabił dyrektora? – zapytała cicho, lekko przerażona tym co usłyszała. – Draco miał zabić dyrektora? A pan nie chce żeby to zrobił, więc wtedy jest zmuszony do tego pa- an?
- Gratuluję trzeźwego umysłu Lovegood.
- Ale dlaczego? – Luna zaczęła mówić takim słabym głosem, że Snape jednak stwierdził, że nie jest trzeźwa.
- Ponieważ dostał zadanie od Czarnego Pana, a ja przyrzekłem jego matce, że jeśli Draco stchórzy, ja będę zmuszony do zabicia profesora Dumbledora. Nie chcę, żeby Draco stał się Śmierciożercą takim jak inni. Jest młody i potrzebuje kogoś, kto mu wytłumaczy na czym polega życie i dobro – powiedział i przez chwilę zaśmiał się w myślach na jaki pomysł Lovegood wpadnie, aby zacząć rozmowę z młodym Ślizgonem.  – Ale pod żadnym pozorem nie możesz powiedzieć tego Wybrańcowi, ani nikomu innemu, bo wtedy i ty będziesz w śmiertelnym niebezpieczeństwie – zakończył poważnie.
- Czemu ja…?
- Tylko ty jesteś na tyle świrnięta, aby w szybkim tempie przekonać Dracona, żeby stchórzył i nie wykonał zadania.
- No to dlaczego pan…? – nie dokończyła.
- Ponieważ Draco ma całe życie przed sobą, musi skończyć szkołę. Ja i tak jestem stracony, uczniowie w tej szkole mnie nienawidzą, a teraz idź, bo zaczną coś podejrzewać – powiedział srogo, a Krukonka szybko wyszła z Sali.
Profesor jeszcze długo siedział samotnie przy biurku, zastanawiając się co teraz będzie. Draco nie mógł zabić Dumbledora. Nigdy.
Pomyluna leżała w łóżku, nadal wstrząśnięta tym co usłyszała. Draco Śmierciożercą? Profesor Snape też? Jak przekonać  Ślizgona, żeby stchórzył? To przecież niemożliwe. Choć Luna dokonywała już niemożliwego nie raz. Potrafiła rozumieć zwierzęta, wyłaniać ze złego dobro i cieszyć się jednym promykiem słońca, nawet wtedy, gdy nic nie szło po jej myśli. Potrafiła wierzyć w nic i czerpać nadzieję z zielonej trawy. Łapać powietrze w dłonie i zdmuchiwać je wraz ze wszystkimi smutkami ku niebu, by i one znalazły swoje miejsce. Tak, Luna miała moc uszczęśliwiania ludzi, ale czy spragniony władzy i docenienia przez samego Czarnego Pana Ślizgon, to nie za wiele, aby wymagać od nastoletniej dziewczyny „Pomyluny Lovegood”? I tak zmęczona dzisiejszym dniem zasnęła, myśląc o tym, co będzie jutro.
Na śniadaniu nałożyła sobie na talerz kawałek chleba i trochę jajecznicy, lecz zamiast normalnie jeść jak zazwyczaj, dłubała widelcem, jeżdżąc po porcelanie. Układała je w samolociki, chmury, samochody, lecz w myślach wędrowała o sposobie od którego zaczęłaby rozmawiać z Malfoyem. Spojrzała na stół Slytherinu, gdzie jej spojrzenie jak na złość skrzyżowało się ze stalowoszarym wzrokiem Ślizgona. Przytrzymała trochę dłużej przypatrując  się jego twarzy. Oderwała kontakt, czując narastającą presję. Jej blond loki opadły, zasłaniając częściowo twarz – Jak dobrze, że związałam je na Eliksirach – pomyślała i cicho westchnęła, popijając powoli sok dyniowy i uśmiechając się do Ginny, która przysiadła się stołu Krukonów.
- Jak miło cię widzieć, Ginny – przywitała się i pogłaskała Pufka.
- Hej, Luna. Czemu nie jesz?- zauważyła błyskawicznie przyjaciółka. – Chcesz puddingu?
- Nie, dziękuję. Nie mam apetytu. Podejrzewam, że gnębiwtryski maczały w tym palce  – zaśmiała się i zbliżyła swój nos do puchatej kulki, tuląc się w jego ciepłym futerku. – Jaki on słodki, Ginny!
- Uważaj, bo zacznie cię podgryzać!- ostrzegła i pogrążyła się w rozmowie z blondwłosą dziewczyną.
Luna budząc się następnego dnia, postanowiła zacząć coś kombinować i mimo że nie miała żadnego planu, nie zamartwiała się na za pas. Na lekcjach u profesora czuła się dziwnie skrępowana. Ten często obserwował jej żmudne poczynania w robieniu czegokolwiek.
Na jej szczęście, śledząc Ślizgona, wypadł mu z kieszeni  świstek papieru, który wylądował pod stopami Luny. Ta widząc, że obok niego stoją tylko Crabble i Goyle, a korytarz jest całkowicie pusty, stwierdziła, że jest to idealna okazja do zaczepienia Malfoya. Stanęła po środku i zawołała swoim rozmarzonym głosem, który budził niechęć zwłaszcza u Ślizgonów.
- Draco… Draco! – krzyknęła, a młodzieniec szybko obrócił się w stronę dziewczyny.
- Czego chcesz Pomyluno? – zawarczał. Nie lubił jej i nie zamierzał z nią rozmawiać.
- Coś ci wypadło – powiedziała łagodnie i wysunęła rękę z tajemniczym papierkiem.
                - Oddawaj to wariatko i idź stąd, bo jeszcze ktoś zauważy, że ze mną gadasz.
                Ślizgon szybko wyrwał świstek z jej drobnej ręki i wcisnął do prawej kieszeni w spodniach. Obrzucił dziewczynę pogardliwym spojrzeniem, a jego goryle zaciskali pięści. Już miał się obrócić i odejść, gdy nagle usłyszał jej szept.
                - Wiem kim jesteś.
                Najpierw spojrzał na jej wisiorek z korków od kremowego piwa, a później na jej twarz. Luna czuła się jakby była przewiercana od środka jego stalowoszarym wzrokiem. Świetnie udawał.
                - No to chyba każdy wie, wariatko…- syknął, ale bez przekonania.
Dobrze wiedział o co tej pomylonej kobiecie chodzi. Doskonale o tym wiedział. Teraz najchętniej przywarłby ją do ściany i wymusił skąd to wie… Szkoda tylko, że stoją tutaj ci dwaj idioci, którzy i tak w sumie nic nie zrozumieją, bo są za głupi… Więc może by tak kazać im iść do dormitorium? I tak jest przerwa. Przy okazji zjedzą coś, bo nic nie robią od godziny, niż to, że zawracają mi głowę jedzeniem. – pomyślał.
- Ej, wy… Idźcie stąd– rozkazał.
- Gdzie? – burknął Goyle, ten szczuplejszy, ale bez przesady.
- A gdzie teraz szliśmy, idioto? – zapytał, robiąc się na twarzy coraz bardziej blady ze złości.
- A tak… Rzeczywiście…
- No to spadać stąd.
Luna spokojnie czekała i słuchała z zaciekawieniem tą inteligentną wymianę zdań między uczniami domu Slytherina. Za uchem na wszelki wypadek czekała w gotowości przygotowana różdżka, mimo że miała nikłe szanse na jakąkolwiek obronę przed nowo dołączonym do grona Śmierciożerców Draconem. Wzrokiem odprowadziła dwóch goryli do końca pustego korytarza i skierowała swoją głowę w arystokratę, który bacznie ją obserwował. Po chwili jednak, gdy znaleźli się całkowicie sami w tym miejscu, szarpnął Lunę za ramię, która wydała tylko cichy jęk i zaprowadził  do jakiegoś kąta, odpychając ją w stronę ściany.
- Skąd wiesz, Lovegood – szepnął, bojąc się, że ktoś niechciany usłyszy ich rozmowę. W sumie nie wiedział czego bardziej się bał. Czy tego, że ktoś go spotka w obecności „tego kogoś”, czy wyjawienia jego tajemnicy.
- Eeemmm… Bo ja… Podsłuchałam cię jak rozmawiałeś z profesorem Snape’em. – wpadła na pomysł.
- Ach tak?
- Yhm– potwierdziła skacząc w miejscu. – I pomyślałam, że jesteś dobry i warto przekonać cię, żebyś nie zabijał Dumbledora.
- Naprawdę? – udał zdziwienie .
- No tak… I chciałabym z tobą porozmawiać o tym! – mówiła dalej, czując, że idzie w dobrym kierunku.
- Jestem taki szczęśliwy, że Pomyluna Lovegood chce ze mną rozmawiać! Kiedy moglibyśmy zacząć?! – zapytał z sztucznym uśmiechem.
- Jutro o 19:00 w sowiarni. Do zobaczenia! – pożegnała się i szybko wyminęła chłopaka, który odprowadził ją wzrokiem do końca korytarza.
- Jeszcze zobaczy ta mała… - nie dokończył zdania i poszedł do lochów, śmiejąc się z jej naiwności.
Luna zadowolona ze swojego postępu, zanurzyła się w ciepłej pościeli i powoli zasypiała. Śniło jej się, że Dumbledore i wszyscy nauczyciele są dumni, że dzięki niej dyrektor Hogwartu żyje, a Draco odszedł z grona Śmierciożerców. Trochę science-fiction- pomyślała rano, po obudzeniu, kąpiąc się pod prysznicem. Na śniadaniu zjadła to co zwykle, poszła na wszystkie lekcje i spokojnie wyczekiwała wieczoru, zastanawiając się od czego zacząć. Wyszła powoli z dormitorium Ravenclawu, zamykając za sobą drzwi i skierowała się w stronę sowiarni, gdzie bardzo często karmiła sowy. Wiedząc, że rzadko tam ktokolwiek przychodzi, stwierdziła, że jest to doskonałe miejsce na takiego typu rozmowy. Naciskając na klamkę, usłyszała ciche chrząknięcie za sobą.
- Punktualna jesteś… O dziwo. To słucham, jak zamierzasz mnie nakłonić , abym zrezygnował z zadania od samego Czarnego Pana, Lovegood?
- Jeszcze nie wiem. Będę interweniować– uśmiechnęła się do arystokraty, na co ten nie poruszył nawet powieką. – Cieszę się, że tak szybko dało się ciebie namówić.
- Przypominam, że w ogóle mnie nie namawiałaś.
- To w takim razie cieszę się z twojego wyboru. Tak naprawdę, to się dziwię dlaczego tak szybko poszło.
- Stwierdziłem, że może odmienisz moje życie w jakiś interesujący sposób– tłumił w sobie śmiech  i założył swoje ręce do tyłu, wchodząc rozważnym krokiem do sowiarni.
- Nabijasz się ze mnie?
- Wcale, przecież się nawet nie uśmiecham.
- I to jest właśnie najgorsze w tobie. W ogóle się nie uśmiechasz, a jak już to krzywisz usta w okrutny półuśmiech, o ile można to tak nazwać. Śmiać też się nie umiesz – pocieszyła Ślizgona swoimi słowami.
- Szczera do bólu Pomyluna. To będą ciekawe rozmowy. Czuję to– zaszydził z Krukonki.
- Też tak mi się wydaje. Wierzysz w coś, co nie istnieje, albo istnieje, tylko jeszcze tego nie odkryto?
- Oczywiście, że nie. Posłuchaj samej siebie, Lovegood. Twoje zdania nie mają sensu.
- A ja wierzę – uśmiechnęła się i zdjęła swój naszyjnik – On pozwala mi być sobą. Dzięki niemu czuję się bezpieczna i wiem, że Nargle mnie nie zaatakują. Chcesz taki? – zapytała.
-Nie – warknął i wyjął różdżkę, by się nią pobawić – Dla mnie różdżka pozwala mi być sobą i czuję się wtedy bezpieczny.
- Ale za to ile masz Nargli… –westchnęła i usiadła obok Ślizgona.
- Popatrz – wskazał na swoją różdżkę. – W czym pomoże ci naszyjnik z korków od kremowego piwa, jak zaatakuje cię dementor?- zapytał i odgarnął różdżką jej spadający kosmyk włosów z czoła. Krukonka się wzdrygnęła. Zaśmiał się w duchu. Teraz delikatnie przejechał jej po policzku, po czym szybko schował różdżkę z powrotem. Lubił sprawiać zakłopotanie ludziom, a jeszcze większą czerpał przyjemność, gdy tym kimś była Pomyluna– I nie skłamiesz mi, że poczułaś się dziwnie.
- Poczułam, ale biorąc pod uwagę, że ja ogółem jestem dziwna, nie wiem czy powinnam się tym martwić, Draco.
- Pfff…
- Jesteś szczęśliwy? Wydaje mi się, że nie… - powiedziała, nie dając mu dojść do słowa. – Jesteś strasznie blady, masz podkrążone oczy, chudy i cały czas dokuczasz Harry’emu.
- Co mnie interesuje Potter? – zasyczał, zmieniając ton na znacznie zimniejszy.
- Nie lubisz go, ponieważ nie chciał się z tobą przyjaźnić, prawda? Gdyby był twoim przyjacielem, stałbyś się jeszcze bardziej popularny w szkole, a przede wszystkim miałbyś wpływ na niego. Potrafiłbyś nim manipulować, śmiałby się razem z tobą z uczniów z mugolskich i biednych rodzin. Harry stałby się zabawką w twoich rękach. O wiele byłoby łatwiej…
               Malfoy zwęził oczy. Ta idiotka zawsze mówi to co myśli? Tą cholerną prawdę? Oczywiście, że byłoby mu łatwiej… Od razu wydałby Pottera w ręce Voldemorta, a on stałby się najbardziej oddanym sługą Czarnego Pana. Zyskałby jego zaufanie jak żaden inny Śmierciożerca.
- Nigdy w życiu nie chciałem mieć styczności z Potterem, Lovegood– skłamał, a Luna zachichotała. Jej śmiech odbił się od kamiennych ścian Hogwartu. - Tik tak… Czas mija naszej rozmowy. Do widzenia.
Draco wstał, otrzepał spodnie, upewniając się, że ma czyste i podszedł do drzwi.
- Za dwa dni w Wieży Astronomicznej o tej samej godzinie?
- Nie przeciążaj tak swojego umysłu Lovegood. Tyle informacji w jednym zdaniu. No no… Bądź punktualna – zawarczał i nacisnął klamkę, gdzie skierował się w stronę zimnego dormitorium Slytherinu.
Tak Lunie mijały dni, rozmawiając z Draconem. Nadal nic nie mogło go przełamać. Dni co raz szybciej mijały, a Ślizgon minimalnie otworzył się przed blondynką. Nie zwracał na nią uwagi na korytarzach, dokuczał jej, gdy miał taką możliwość. Można powiedzieć, że nic się nie zmieniło, oprócz małego szczegółu. Na jego twarzy co raz częściej gościł tak zapomniany uśmiech podczas ich spotkań. Szczery, bez żadnego cienia okrucieństwa. I tak po raz kolejny zaczęła rozmowę w Wieży Astronomicznej.
- Świat jest piękny, jeśli potrafisz zrozumieć mowę jakim się posługuje.
- A jeśli ja nie potrafię? – syknął.
- Każdy potrafi. Wystarczy posłuchać szumu morza, szelestu drzew, świerkających ptaków i słów zwierząt. A żeby posłuchać, musisz w to wierzyć. Głęboko wierzyć. Tak, że wiara sięgnie twojego najdalszego i najbardziej mrocznego kąta duszy. Wtedy cały czas będziesz widział światło, które pomoże ci podejmować dobre decyzje. Ty na pewno już je widzisz.  
Ślizgon spojrzał na blondynkę i na jego twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech, lecz po chwili zastąpił go jeszcze bardziej posępnym wzrokiem, powodując, że atmosfera stała się zimniejsza, a chłód na dworze jeszcze bardziej dokuczył zmarzniętym uczniom.
- Ale jak ja go nie zabiję, zabije go Snape. Stchórzę, a tchórze są nikim.
- Myślisz, że lepiej być mordercą niż nikim? – zapytała spokojnie.
- Ale ja jestem Śmierciożercą! – krzyknął i gwałtownie wstał, odsłaniając czarny znak wypalony na bladej skórze Draco.
 Luna lekko przymrużyła oczy i cicho chrząknęła. Bała się tego. Bała się po części Ślizgona, mimo że wiedziała, że nic jej nie zrobi. Zgadzając się mu pomóc, naraziła i swoje życie. Nie była pewna czy profesor Snape dobrze robi, prosząc ją, a raczej rozkazując, żeby porozmawiała z Draco. Chłopak zrobił się bledszy, a na policzkach pojawiły się rumieńce ze złości.
– Ich zadaniem jest zabijanie, torturowanie i słuchanie się Czarnego Pana! Sam chciałem nim zostać. Bronię mojej rodziny! Ty nie rozumiesz, że jak nie zabiję Dumbledora, to zginie moja rodzina?! Ja MUSZĘ to zrobić! – szybko wypuścił powietrze z ust i spojrzał na przestraszoną jego wybuchem złości Krukonkę.
- Draco…
- Weź już przestań… Wiem, że Snape kazał ci że mną rozmawiać. Podsłuchiwałem się waszej rozmowie w Sali. Myślisz, że to nie było podejrzane, gdy nagle Mistrz Eliksirów rozkazał ci przyjść po lekcjach do siebie? I pewnie nadal myślisz, że możesz mi pomóc? Jak?! Ty jesteś tylko nienormalną Krukonką z rzodkiewkami w uszach, uważana za dziwadło w całej szkole! I tak najlepsze były twoje wypociny, aby w końcu zwrócić na siebie moją uwagę. Trochę nędzne, więc musiałem ci pomóc, ponieważ byłem ciekaw twoich bezsensownych rozmów o niczym. Najpierw specjalnie wysunąłem ten świstek papieru, żebyś mogła mi go oddać, a później udawałem, że nic nie wiem. Ubaw miałem po pachy, jak musiałaś się wytłumaczyć skąd to wiesz, że jestem Śmierciożercą. Jak on mógł pomyśleć, że coś zmienisz? Pomyluna Lovegood– prychnął gniewnie i obrzucił dziewczynę poniżającym wzrokiem.
Ta spuściła głowę, a jasne włosy zasłoniły jej łzę, lecącą powoli po policzku. Kropelka wydrążyła mokry korytarzyk na jej skórze.  Poczuła lekkie skrępowanie, siedząc przy nim w naszyjniku od kremowego piwa odstraszającego Nargle z zielonymi spodniami i żółtym sweterkiem na sobie. Nie wiedziała, że tak zareaguje. Zazwyczaj nie obchodziło ją zdanie innych. Nie licząc jej przyjaciół. Może przez te rozmowy jakoś zbliżyła się do Ślizgona i mimowolnie zdążyła go w pewien sposób polubić? Chłopak zarzucił tylko szatę na siebie i wyszedł z Wieży Astronomicznej trzaskając drzwiami, na co Lovegood lekko podskoczyła w miejscu. Szybko otarła twarz dłonią, cicho westchnęła i podeszła do balkonu z którego najczęściej uczniowie badają przez teleskop gwiazdy i zapisują na pożółkłych pergaminach. Łączą gwiazdozbiory i zapisują swoje obserwacje, odkrywając wciąż nowe „małe słońca”. Pomyluna bardzo lubi Astronomię. Jest to praktycznie jej drugi ulubiony przedmiot, zaraz po Opiece Nad Magicznymi Stworzeniami. Spojrzała na granatowe niebo i przymknęła oczy, czując na twarzy podmuch wiatru. Było już ciemno i zbliżała się noc, więc musiała powoli wracać w kierunku dormitorium Ravenclawu, gdzie mogłaby spokojnie przemyśleć i przeanalizować słowa blondyna, które były jak najbardziej bolesne dla jej psychiki.  Odchodząc spojrzała się ostatni raz na swoją ulubioną gwiazdę i odeszła.
Draco zapalił kolejnego papierosa, siedząc na szmaragdowym fotelu w dormitorium Slytherinu. Tam wszystko był w kolorze zielonego i srebrnego, dokładnie tak jak herb tego dumnego domu Hogwartu. Przejechał ręką po włosach, burząc jej idealne ułożenie i ponownie tego wieczoru wypuścił szarawy dym z ust. Zgasił papierosa, przyciskając mocno do szklanej popielniczki. Coś nie dawało mu spokoju… Dobrze wiedział, że skrzywdził blondynkę swoimi słowami, ale taka była prawda. Ta okropna, dobijająca prawda. I teraz nagle przypomniał sobie, że ona nigdy nie powiedziała o nim żadnego złego zdania. Nawet wtedy, gdy ją poniżał, jak śmiał się na lekcjach i na korytarzu, a nawet wtedy, gdy chował jej buty i oddawał w ostatniej chwili. Zaśmiał się, jak na złego chłopca przystało i poszedł do łazienki, przygotować się do burzliwego snu. Znów miał koszmar, gdzie Voldemort torturuje jego ojca i matkę, grożąc mu, że jak nie wykona zadania, zabije ich oby dwu. Te nocne koszmary nawiedzały go prawie co noc. Były nie do wytrzymywania. Jego misja stała się dla niego taką udręką z jaką nigdy wcześniej nie miał styczności, a na pewno była złą decyzją, bez żadnego światła dobra. Bał się konsekwencji, bał się morderstwa, bał się Voldemorta i tego przeklętego tchórzostwa.
 Draco wciągu kolejnych dni nie mógł nawet słowem odezwać się do Luny. Często omijała go na korytarzu, nie spoglądała na niego, ani nie zapowiadała kolejnych wizyt we Wieży Astronomicznej. Czuł poczucie winy, które zawładnęło jego ciałem. Co prawda to nie w jego stylu, ale jednak… Jak ja mogłem skrzywdzić tak niewinną osobę jaką jest Luna? – zapytał sam siebie pewnego dnia, gdy minęło już sporo czasu, a blondynka zdawała się być bardziej pochmurna niż kiedykolwiek wcześniej. Brakowało mu jej. Brakowało mu jej uśmiechu, pogody ducha i tych wielkich rozmarzonych oczu, które również pojawiały się w jego snach. Owładnęła nim całkowicie… Nie mógł uwierzyć, że Pomyluna może tak uzależnić człowieka. Czuł coś czego nie umiał zinterpretować. Nawet przestał myśleć o tej przeklętej sprawie, a zastąpiło to coś o wiele gorszego. Czuł nienawiść do niej, ale jednocześnie pragnął ją mieć. Żeby była tylko jego i nikt nie mógł jej dotknąć. Nie wiedział czy to miłość… Raczej rządza. Taka sama jak chciał wstąpić do szeregów Voldemorta. Bo przecież Draco Malfoy jeszcze nigdy nikogo nie kochał. A jeśli nigdy nie kochał,  to przecież nie wie co to miłość i czym się objawia… W końcu postanowił z nią porozmawiać. Idąc wieczorem po ciemnym korytarzu, skierował się po schodach do dormitorium Ravenclawu. Niestety, jak na złość tutaj jest ta kołatka, a on nie jest dobry w zgadywanki…  Zagryzł wargę i spróbował jeszcze raz skupić się na zagadce.
- Malfoy… - usłyszał warknięcie za sobą.
- Croswell.
- Czego tu chcesz? Pomyliły ci się domy?
- Szukam kogoś… Gdzie jest Lovegood?
- Po co ci Pomyluna? – zapytał zdezorientowany Krukon, jeden ze ścigających Ravenclawu.
- Nic ci do tego.
- Nie wiem, pałęta się po zamku…  - powiedział, a Draco już dobrze wiedział, gdzie przebywa dziewczyna.
Nie dziękując, szybko pobiegł w stronę Wieży Astronomicznej. Zobaczył, że drzwi są lekko uchylone i po cichu wsunął się do pomieszczenia. Ujrzał ją stojącą na balkonie w rozwianej białej sukience i rozpuszczonych włosach. Wyglądała nieco inaczej… Była jeszcze bardziej delikatna. Wyglądała jak rozkwitający kwiat, który zapowiadał się na naprawdę piękny okaz. Być może i najpiękniejszy. Stała, a wiatr bawił się jej włosami. Podszedł do niej od tyłu i pochwycił jej rękę jak najdelikatniej potrafił. Dziewczyna zgięła lekko palce, powoli przesuwając paznokciem po dłoniach arystokraty. Schylił się do jej ucha i szeptem wypowiedział jedno, ale bardzo ważne słowo.
- Przepraszam.
Luna obróciła się z lekkim uśmiechem na twarzy i przytuliła Malfoya.
- Obiecaj mi, że nie zrobisz tego bez względu na wszystko… Zostań tchórzem, bo takiego cię potrzebuję…- powiedziała.
- Obiecuję.