niedziela, 4 września 2016

Ananasowe lody



    Witam wszystkich! Oto pojawiła się druga miniaturka o pairingu Draluna. Jeszcze wakacyjna, na pożegnanie lata. Zapraszam do przeczytania ♥
-----------------------------------------------------------------------------                                 
                Luna Lovegood szła mugolskimi uliczkami zmierzając do swojej ulubionej kawiarenki, gdzie przesiadywała pijąc kawę o smaku balonowej gumy do żucia. Za bardzo się nie zmieniła od czasów chodzenia do Hogwartu. Nadal zakładała przeróżne kreacje, na jej szyi wisiał naszyjnik z korków od kremowego piwa i miała rozmarzony wyraz twarzy. Jedyna większa różnica była w jej wieku. Niedawno  obchodziła właśnie swoje 25 urodziny. Teraz  jest umówiona ze swoją przyjaciółką z lat szkolnych- Ginny Weasley - aby opracować następny artykuł w gazecie „Wszystko dla wszystkich”, które podjęły się razem prowadzić. Kobiety już za czasów szkolnych zamierzały publikować razem własne artykuły. Obie projektowały stylizację dla każdej czarownicy i dodawały najciekawsze wiadomości z ubiegłych dni. Nikt by się nie spodziewał, że Pomyluna oraz Wiewióra mogą osiągnąć tak wielką karierę, ponieważ ich gazety są sprzedawane na cały magiczny świat, a najlepsze firmy zgłaszają się o nowe projekty dla swoich modelek. Tak właśnie dwie niezbyt doceniane osoby z Hogwartu stały się najbardziej szanowanymi czarownicami w całym magicznym świecie. Już Lovegood miała otwierać różowe drzwiczki kawiarenki, gdy ujrzała nadchodzącą rudą czuprynę.
            - Część kochana -przywitała się Ginny i przytuliła blondynkę. – Masz materiały?
            - Mam tutaj – uśmiechnęła się i podniosła do góry swoją czerwono- zieloną torebkę, ozdabianą żółtymi koralikami, które idealnie komponowały się z czerwoną sukienką kobiety. - Wchodzimy? Mamy mnóstwo spraw do omówienia. Poczynając od nowego przepisu na czekoladowe ciasteczka z imbirem, a kończąc na projekcie, którą zamówiła sama Sara Russell.
            - A dzisiaj dostałam nową propozycję zaprojektowania kapelusza dla… Zgadnij kogo!
            - Nie wiem… Mów szybko!
            - Rose Kennedy! To ta sławna aktorka, która grała w filmie „ Czarownice nie do zatrzymania”. Kocham to! – krzyknęła, a kilka mugoli spojrzało się na Ginny podejrzliwie. – No tak… Zapomniałam… Jesteśmy w jednej z londyńskich uliczek. Naprawdę nie możemy umawiać się gdzieś w bezpieczniejszych miejscach?
            - Nie, a co do filmu, nie widziałam go, ale mniejsza z tym – zaśmiała się i przycisnęła klamkę do drzwi, wchodząc do małej, ale uroczej kawiarenki.
            - Jak mogłaś tego nie widzieć – zdziwiła się Weasley. – Każdy zna ten film…
            - Najwyraźniej nie każdy. Tutaj siadamy?
            - Jak zawsze.
Przyjaciółki rozsiadły się na białych fotelach, wyciągając niezliczone ilości papieru i po chwili przyszła kelnerka z bardzo ładnym uśmiechem i zielonymi oczami.
            - O! Dzień dobry paniom! Co dzisiaj zamawiamy? – zapytała się miła, młoda dziewczyna, która z całą pewnością wiedziała co napisać na żółtej karteczce.
            - Ja to co zawsze, poproszę. Czyli kawa o smaku balonowej gumy do żucia i ciasteczko z kawałkami malin.
            - A dla pani?
            - A ja mrożoną herbatę i ten deser co zawsze. Nigdy nie mogę zapamiętać nazwy – zaśmiała się i puściła oczko w kierunku kelnerki.
Czekając na zamówienie, Luna spojrzała przez okno. Na niebieskie auta stojące po drugiej stronie chodnika, wielki szary budynek skąd wychodzą wszystkie ponure osoby i czarna latarenka, która oświetla noc. To wszystko było takie dziwne… Nie magiczne… Przejechała jeszcze raz wzrokiem po długiej ulicy, gdy zatrzymała się w połowie. To rzadkość widzieć Dracona Malfoya wśród mugoli. Do tego z Blaisem Zabinim! Szczyt!
            - Popatrz kto idzie, Ginny – powiedziała spokojnie.
            - Co? Kto? Jak i gdzie? – zapytała zdezorientowana i obróciła się w trybie natychmiastowym.
            - Nie tutaj. Spójrz przez okno.
            - Nie wierzę własnym oczom… Draco Malfoy i Blaise Zabini! – krzyknęła na cały głos.
            - Trochę ciszej, nie rób z tego takiej sensacji- pokręciła głową, dziękując za kawę, którą przyniosła miła kelnerka.
            - Słyszałaś o tym, że oni też prowadzą wielką firmę? Ostatnio zawarli jakiś ważny kontrakt… Ej, oni tu wchodzą – powiedziała przestraszona, widząc, że dwaj mężczyźni przekraczają próg kawiarenki. – Dobrze wyglądam? – zapytała szybko, poprawiając włosy, na co Lovegood tylko się zaśmiała.
            - Wyglądasz pięknie jak zawsze i przestań histeryzować jakby byli Merlin wie kim. Okey?

                                                           ***

            Blaise Zabini rozejrzał się po pomieszczeniu jednocześnie krzywiąc się na dominujący kolor różu i bieli.
            - Stary, serio? Akurat tutaj?
            - Tu przynajmniej nikt nas nie rozpozna…
            - JEST MILION TAKICH MIEJSC – powiedział akcentując każde słowo.
            - Nie marudź już… Popatrz, kelnerka jest niezła.
            -Fakt, ale mamy ważniejsze sprawy na głowie, a w tym różowym czymś nie mogę się skupić. Mało tego one tu są! – oburzył się.
            - Jakie one? – zapytał się.
            - No ta Pomyluna i Wiewióra…
            - Co? – parsknął śmiechem.
            - No tam – wskazał długim palcem na zgrabny stolik przy oknie.
            - A rzeczywiście. Wiesz co? Mam plan.
            - Jaki?
            - No wiesz… One teraz są redaktorkami tego popularnego wydawnictwa to może przeprowadzą z nami wywiad? To będzie darmowa reklama, a może nawet na tym zarobimy – uśmiechnął się z przekąsem i podszedł do stolika dziewczyn.
            - Witam drogie panie. Cóż za miłe spotkanie, nie sądzicie? – przywitał się, podając rękę kobietom, a za nim powtórzył gest jego wspólnik. – Możemy się dosiąść? – zapytał i nie czekając na odpowiedź przysiadł się do stolika.
- Już kilka lat minęło od zakończenia nauki, prawda? Jeszcze ktoś przezywa was per Pomyluna i Wiewióra? – wtrącił się Zabini.
            - Słuchaj per Czarnuchu! Jak masz zamiar nas obrażać to do wiedzenia! Zrobimy wam taką piękną reklamę, że zobaczycie! – krzyknęła była Gryfonka, a inni klienci zdziwieni odwrócili głowy w ich stronę.
            - Dobra, ja tylko żartowałem. I po pierwsze nie jestem czarny tylko ciemnobrązowy. Odróżniaj cerę rasistko…
            - Przejdźmy do konkretów. Czego właściwie panowie życzą sobie od nas? – zapytała rozmarzonym głosem Luna, a Ginny i Blaise przestali rzucać w siebie nienawistnymi spojrzeniami.
            - Po uzgodnieniu z moim wspólnikiem.
            - Taaa… - przerwał Malfoyowi, Ślizgon.
            - Postanowiliśmy zapytać się czy panie chcą z nami przeprowadzić wywiad na temat naszej firmy.
            - I co z tego będziemy miały? Jakieś korzyści?
            - Panno Weasley, bo rozumiem, że nie wyszła jeszcze pani za mąż, korzyści są takie, że my mamy darmową reklamę, a panie nowy pomysł do gazety. Ile ludzi szuka takich firm jak naszych? A ile czyta pani gazet?
Przyjaciółki wymieniły się spojrzeniami i skierowały się do wyczekujących mężczyzn.
            - Dobra!
            - Szybko poszło – zaśmiał się Blaise, a Malfoy szturchnął go w ramię.
            - W każdej chwili możemy zmienić zdanie. A kiedy panom pasuje termin do wywiadu? – zapytała się Luna, bo Ginny spuściła głowę podtrzymując się ręką na czole.
            - Za tydzień?
            - Za tydzień!? Człowieku my w tym tygodniu musimy wydać artykuł! – wybuchła rudowłosa.
            - Zrobimy tak, że wasz wywiad damy w następnej gazecie. Czyli za tydzień w tym samym miejscu, o tej samej godzinie, panie Malfoy? Bo widzę, że pana współpracownika niezbyt to interesuje… - powiedziała spokojnie, widząc Zabiniego krztuszącego się ze śmiechu.
            - Przepraszam za niego. Często ma głupawki.
            - O stary, przegiąłeś! Hahaha, współpracowniku…
            - Panowie już idą? – wtrąciła się wściekła Ginewra, która zrobiła się strasznie czerwona na twarzy.
            - Nie złość się tak. Złość piękności szkodzi – zażartował Blaise i wstał od stołu. – Do soboty miłe panie – kiwnął głową i wyszedł razem z Draco Malfoyem.
            - Nigdy więcej. Nie z nimi, Luna.
            - Spokojnie – zaśmiała się. – Przynajmniej będzie coś nowego w naszej gazecie. A teraz weźmy się do roboty, bo nigdy nie dokończymy tej pracy – powiedziała żwawo i łyknęła średniej kawy.

                                                                   ***

Na dworze powiewał wiatr, a słońce zakryło się za chmurami. Właśnie dzisiaj, gdy jest taka pogoda, miało odbyć się spotkanie. Luna zawsze myślała, że jak jest gorsza pogoda, więcej spraw nie wychodzi, więc musi założyć specjalny naszyjnik odstraszający złe pogodynki- stworzonka powstające w chmurach. Im więcej chmur tym więcej pogodynek.. Ubrała się w zwiewną, bladoróżową bluzkę we wzorki i długie, białe rurki. Do tego niebieskie trampki i pomarańczową torebkę. Musiała wyrównać jasność i ciemność. Gdy jest ciemno na dworze, zakładała jasne ubrania, lecz w sumie, gdy było słonecznie też ubierała się w tym kolorze. Luna nie tolerowała ciemnych barw w porównaniu do Ginny. A już najbardziej na świecie nie pasował jej szary. Przypominał jej nicość, bezbarwność, jakby połączenie dwóch nieistniejących kolorów. Uśmiechnięta kobieta wyszła ze swojego mieszkania i udała się do centrum miasta. Nie używała żadnego proszka Fiuu czy nie teleportowała się z jednego miejsca na drugie. Zresztą wzbudziłoby to jakieś podejrzenie wśród mugoli. Wolała przejść się i poobserwować życie innych osób, tworzyć z nimi grupę spieszących się ludzi i obdarowywać ich swoim uśmiechem co było dla nich tak niezrozumiałe. Zamknęła oczy, wyciągając głowę do odsłaniającego się słońca i dobrowolnie uśmiechnęła się stojąc po środku placu, wirując dookoła własnej osi, gdy nagle poczuła czyjąś rękę na ramieniu.
- Nie za dobrze pani?
- O! Dzień dobry panie Malfoy! – zawołała radośnie. – Właśnie zmierzam do kawiarenki, pan zdaje się też, prawda? Możemy iść razem – uśmiechnęła się i złapała mężczyznę za rękę.
- Tak właściwie to czekam na mojego współpracownika – powiedział szorstkim głosem, wyrywając swoją dłoń z uścisku. Nigdy nie pałał do Pomyluny jakąś specjalną sympatią.
- Coś mi się wydaje, że da radę samemu dojść do kawiarenki, panie Malfoy.
- Panno Lovegood – zaczął, lecz nie dane było mu dokończyć.
- Może przejdziemy na ty? Przecież znamy się od bardzo dawna – przerwała i spojrzała na dawnego Ślizgona. Zauważyła, że trochę się zmienił. Wydoroślał? Już nie miał tak okropnie przylizanych włosów i znacznie urósł. Przystojny był zawsze, ale jednak co do charakteru to nic. Żadnej poprawy. Ten sam szorstki i arogancki Draco Malfoy.
- Radziłbym nie zmieniać dotychczasowego stosunku, panno Lovegood.
- Nalegam – zaśmiała się i poszła tańczącym krokiem w kierunku lodziarni. – Chcesz? Ja uwielbiam smerfowe i mięte z czekoladą.
- Ja nie jem lodów.
- Jak można nie jeść lodów? – zapytała przerażona. – One dawają tyle szczęścia!
- Szczęścia? Lody nie powodują szczęścia, tylko chwilową radość.
- Ale czy ta chwila nie jest tego warta? Zawsze odbiera chwilę smutku – powiedziała, a Draco odsapnął z przekąsem.
- Jedną o smaku truskawki…
- I jeszcze jedną ananasową dla tego pana proszę – puściła oczko w stronę sprzedawczyni.
- Ładnie razem wyglądacie – powiedział zadowolona i podała rożka Lunie.
- My nie… Nic…
- Absolutnie – zaśmiała się blondynka i zapłaciła sprzedawczyni.
- To jak się masz po ukończeniu szkoły?
- A jak ma być? Założyłem z kumplem firmę i razem ją prowadzimy, nic więcej.
- Żona, dzieci?
- Żartujesz?! Nie mam czasu na takie bzdety.
- Oj, jeszcze kiedyś się przekonasz.
- A ty wariatko?
- Ja prowadzę wydawnictwo z Ginny i jest świetnie.
- Mąż, dzieci?
- Też nie mam czasu… Cały czas muszę pisać i projektować nowe rzeczy, aby cokolwiek wydać w artykule.
- Więc sama widzisz jak to jest. Ty wiesz, że w sumie dobre są te lody? – powiedział i po raz pierwszy od spotkania Luna zauważyła uśmiech na jego twarzy.
- Powinieneś więcej się uśmiechać.
- Co? – zaśmiał się.
- Ludzie powinni widzieć, że ktoś jest radosny. Może wtedy nauczą się razem z nami się śmiać.
- Mugole mnie nie interesują. Co prawda nie darzę już ich taką nienawiścią jak kiedyś, ale są mi obojętni.
- A ty mieszkasz w Londynie?
- Nie, po prostu teleportuję się, bo mam dość niektórych czarodziejów.
- Ja mieszkam tutaj, Ginny też. Tutaj tworzymy i projektujemy, a sprzedajemy w czarodziejskim świecie.
- A mugole się jeszcze nie zorientowali?
- Nie. Nie używamy czarów, posługujemy się normalnym piórem, a ruszające się zdjęcia robimy prywatnie w mieszkaniu. Następnie przenosimy się za pomocą proszka Fiuu i przekazujemy nasze gazety ministerstwu Magii, gdzie wywołują kopie i sprzedawają je na całym  magicznym świecie. Później przysyłają nam dochody za pomocą specjalnej sowy i tak działa nasze wydawnictwo.
- Nie boisz się, że ktoś coś zauważy? – zapytał.
- Nie. Czyli ty wtedy byłeś w Londynie, aby odpocząć od tych wszystkich ludzi?
- Brawo. Jestem pod wrażeniem…
- Po prostu podsumowuję twoje słowa…
- Jeszcze miałem sprawę do omówienia z Blaisem i weszliśmy do tej kawiarni. No i wtedy zobaczyliśmy was i wpadłem na pomysł z reklamą naszej firmy i już.
- A tą sprawę omówiliście przed czy po spotkaniu z nami?
- Po, bo przecież wyszliśmy. Nie chcieliśmy przy was tego omawiać.
- Mówisz jakby to było coś super tajnego – zaśmiała się i spojrzała na blondyna, na co on się zatrzymał.
- A skąd masz pewność, że to nie było tajne? – zapytał. - Nie noo… Po prostu musieliśmy pogadać i już. – powiedział, widząc przerażoną twarz dziewczyny.
- I w końcu dogadaliście się?
- Mało tego, będziemy mieli darmową reklamę – uśmiechnął się arogancko i wyrzucił do najbliższego kosza papierek od lodów. Która godzina? Blaise będzie wściekły…
- Przynajmniej zjadłeś loda, więc cicho – szturchnęła go ramieniem. – Musimy już iść, bo się spóźnimy. Za dziesięć druga.
Po przejściu przez kilka uliczek zobaczyli małą, uroczą kawiarenkę. Draco otworzył drzwi, przepuszczając Lunę i wszedł do środka. Na starym miejscu siedzieli Ginny Weasley i Blaise Zabini, którzy nad czymś bardzo dyskutowali, aż w końcu Ruda wstała i przyłożyła siarczystego policzka jego współpracownikowi.
- Ginny! – zawołała Lovegood.
- Nie będę z nim pisać żadnego wywiadu!
- Stary, jak mogłeś mnie zostawić! – krzyknął, widząc Dracona śmiejącego się z zaistniałej sytuacji. – Ta wariatka się na mnie rzuciła! Dotąd myślałem, że Pomyluna ma nierówno pod sufitem, ale najwyraźniej jest to zaraźliwe – burknął.
- Dobra, już nie zwalaj na każdego winę i uspokój się. Nie masz pięciu lat.
- Łatwo ci mówić. Widzę, że ty się z Lovegood dobrze bawiłeś.
- Po pierwsze nie bawiłem, tylko rozmawiałem o działalności firmy. Im szybciej zaczniemy ten wywiad, tym lepiej.
- Ja nie robię z nim żadnego wywiadu! – zawarczała Weasley, ale Lovegood wzięła ją za ramię i posadziła na kanapie przy stoliku.
- Cisza! Jak jeszcze raz ktoś niepotrzebnie się odezwie to nie ręczę za siebie! – krzyknęła Krukonka, na co kelnerka przyniosła cztery herbatki Melissy z ciastkami czekoladowymi.
- Dziś za darmo – mrugnęła i szybko wróciła do klienta.
- Nie lubię tej herbaty.
- Czarny pij to!
- Skąd mam wiedzieć, że nic tam nie dodałaś?
- Jak miałam coś dodać, jeśli – lecz nie dane było jej dokończyć, bo Draco w zaskakującym tempie pochwycił dwa ciastka i włożył im do ust co uniemożliwiało wymówienie jakiegokolwiek słowa.
- Smacznego kochasie.
Luna wyjęła ze swojej torby zeszyty i długopisy do potrzebnych notatek. Malfoy w trakcie obserwował jej wyczyny uwolnienia pióra z jakichś sznureczków. Nagle naszła go pokusa by przyjrzeć się twarzy blondynki. Miała duże, niebieskie oczy, pełne malinowe usta i jasną cerę. Bardzo ładnie wyglądała, gdy się uśmiechała. Długie blond loki opadały jej na ramiona, a ona  raz czasem poprawiała kosmyki włosów jednym, zgrabnym ruchem ręki. Nadal nosiła kolczyki w kształcie rzodkiewek i naszyjnik z korków od kremowego piwa. Bardzo lubiła pastelowe kolory. W sumie Pomyluna w całej tej dziecinności jest wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. W szkole często jej dokuczał, przezywał i chował trampki po całym Hogwarcie, ale czy to nie było powodowane, bo chciał zwrócić na niej swoją uwagę? Może...
- Smoku! Dobrze się czujesz? – zapytał Blaise. Najwyraźniej zjadł już ciastko.
- Eemm… Tak, a co? – rozejrzał się i wszystkie twarze były skierowane ku niemu.
- Gapiłeś się w jedno miejsce, przy okazji robiąc dziwny uśmieszek jakbyś był otumaniony człowieku…
- Sam jesteś otumaniony, mój wierny współpracowniku – zażartował.
- Możemy już zacząć? – odezwał się rozmarzony głos.
- No raczej… Widzisz jacy są skoncentrowani. Ten jest otumaniony, a drugi cały czas je te ciastka. Zostaw je! Ja też mam prawo do jedzenia ciastek!
- Nie byłbym tego taki pewien. Z tego co wiem, wy, kobiety, musicie trzymać formę, bo inaczej tyjecie, jesteście wściekłe, że zjadłyście i wyżywacie się na innych. Następnie pytacie się ludzi, czy jesteście grube i jak ktoś odpowie prawdę mówicie, że jest debilem oraz przysięgacie sobie i całemu światu, że już nie tkniecie słodyczy, pójdziecie na dietę, a i tak wszystko pożeracie w mgnieniu oka. Pamiętaj… To działa jak narkotyk, skarbie.
- Pacan. Tyle jesz tych czekoladowych rzeczy, że sam zrobiłeś się tego koloru.
- A ty przybierasz takiej samej barwy jak twoje włosy, wiesz?
- Stop! – krzyknęła Luna, czując niepokojącą atmosferę.
- Umówcie się, nie wiem, na kawę lub coś i wtedy pogadajcie, a nie! – wtrącił się Malfoy, a dwójka ludzi spojrzało na siebie wyzywająco – Zaczynamy?
W trakcie wywiadu, czwórka dorosłych ludzi śmiała się, nieraz dokuczała w przypadku Ginny i Zabiniego, jednym zdaniem miło spędzili ze sobą czas. Kto by pomyślał, że dawni wrogowie mogą przełamać swoje bariery i zapomnieć o dawnych czasach. Luna, gdy już wychodziła chwilę poczekała na swoją przyjaciółkę. Najwyraźniej umawiała się z Blaisem Zabinim, aby się jeszcze trochę pokłócić. I dobrze… Tak ładnie ze sobą wyglądali. Szybko pożegnały się z byłymi Ślizgonami i wyszły z uroczej kawiarenki. Na dworze było już ciemno, a gwiazdy i księżyc srebrzały na granatowym niebie. Idąc kamiennym chodnikiem, powoli zapalały się lampy i dało się wyczuć na własnej skórze przyjemne dreszcze na lekkim chłodzie. Kobiety rozdzieliły się i każda poszła do swoich mieszkań.
               Luna na drugi dzień wstała, spojrzała przez okno, jakby miało na nią coś czekać. Była trochę zawiedziona, że to koniec znajomości z dwoma Ślizgonami. To była taka mała odskocznia od codziennej monotonii. Podążając długim białym korytarzem w srebrzystej pidżamie, wpadła do salonu, gdzie natychmiast zauważyła bukiet białych róż. Uśmiechnęła się pod nosem (pewnie od tej miłej sąsiadki, której pomogła wnieść zakupy do domu) i jej wzrok znów padł na stół. Kątem oka zauważyła karteczkę, pochwyciła za jednym zamachem i powoli odczytała  krótki liścik.


To kiedy się spotykamy? Jutro o 16.00 przy lodach?

Chętnie jeszcze raz zjem ananasowe ~ Draco Malfoy

PS. Nie odpisuj, bo wiem, że przyjdziesz.

            Zaśmiała się i nucąc podbiegła do kuchni, gdzie wyjęła wąski wazonik, nalewając do środka wody. Zaparzyła sobie mocnej kawy, powąchała róże, które zdążyły nasączyć się perfumami arystokraty i upadła na kanapę cały czas się śmiejąc.               
- A jednak - szepnęła.