poniedziałek, 26 czerwca 2017

Cząsteczka nadziei



 Witajcie!
Czas na Dralunę ♥ 
Aktywnych wakacji życzę!
~ Arbuzek^^ 
 ----------------------------------------------------
   Dzień był nudny. Ostatnio wszystko było nudne… Krople deszczu monotonnie bębniły w okno, powodując, że szesnastoletnia Krukonka zasypiała tuląc się w wygodnym fotelu. Ogrzewając swe drobne ciało w ciepłych, skórzanych pokryciach.

   On znowu z niej się śmiał…

  Nie zwracała uwagi na inne osoby siedzące w dormitorium Ravenclawu. Każdy rozmawiał, śmiał się lub poświęcał swój czas na naukę Eliksirów. W końcu miał być niebawem kolejny sprawdzian. Nie obawiała się dziwnych żartów swoich towarzyszy. Obawiała się jednego.

   Że znowu go spotka…

  Idąc nuciła znaną sobie piosenkę, którą wymyśliła zrywając śliwki samosterowalne. Wcześniej nie zastanawiała się głębiej nad słowami muzyki. Nie trafiały tak mocno jak teraz. W każdym dniu rozumiała i uczyła się życia. Tak jakby wcześniej nigdy nie żyła.

   Bo osoba zakochana, rozumie inaczej i głębiej…

   Próbowała ukrywać swe emocje na lekcji. Miała rozmarzony wyraz twarzy, wielkie oczy i niewielki uśmiech. Notowała na długim zwoju pergaminu, gdzieś na trzy stopy, malutkimi litereczkami. Miała o wiele więcej napisane niż reszta uczniów.

   Chciała zwrócić na sobie jego uwagę…

   Lekcja mijała powoli. Luna czekała na dzwonek oznaczający koniec lekcji, aby oddać pracę i uwolnić się z rąk czasu. Czas ma różne formy. Krótkie, długie… Nawet nijakie.

   Czas się dłuży i skróca, nie ma jednakowych dni, gdy kogoś lubisz… Nawet bardzo…

   Wetknęła za ucho różdżkę i znowu podążyła długim kamiennym korytarzem nie wiadomo gdzie. Chciała odetchnąć od myśli, od wybujałych marzeń jeszcze bardziej niemożliwych niż chrapaki krętorogie lub plumpki. 

   Chciała przestać być poniżana w jego obecności…

   Usiadła w sowiarni i poczęstowała przysmakiem śnieżno-białą sowę. Jedna łza osunęła się wzdłuż jej wychudzonego policzka. Po prostu nieraz miała ochotę popłakać w samotności. Posiedzieć na chłodnej posadce i otoczyć rękoma zmarznięte nogi.

   Karmiła ją miłość do arystokraty.

   Chciała poczytać książkę. Zatonąć w literach i zdaniach. Samogłoskach i spółgłoskach. Pragnęła by otoczyły ją sznurkiem wyrazów i nie pozwoliły opuścić tego stanu, gdzie mogła wyobrazić sobie, że jest jedną z bohaterek danej opowieści. Że może być drobinką kurzu…

   Na kurz można mieć alergie. Jest to taki pyłek ze sproszkowanych ziarenek piasku, ziemi, z cząsteczek różnych ciał…

   Za dużo czasu nie minęło, gdy wyszła na Błonia i stanęła niedaleko zielonego jeziora. Rozpuściła swe długie jasne loki na ciepłym wietrze i odpłynęła podróżując statkiem po własnej świadomości. Oddychając czystym i świeżym powietrzem, zatapiającym się w jej płucach.

   Chciała poczuć wolność od niego. Od uczucia, które wpędzało ją w szaleństwo… Troszkę innego szaleństwa niż zazwyczaj.

   Tak kończył się jeden dzień, idąc do zachodniej wieży Ravenclawu. Ponuro wchodziła na marmurowe schodki, trzymając się poręczy i kiwając raz w prawo, a raz w lewo głową. Jutro będzie jutro, pojutrze będzie pojutrze, a za pięć dni będzie pięć dni.

   Nikłe szanse rosną… lub gasną z każdym dniem…

   Marzyła nocami. Nie spała. Przypominała sobie jego stalowoszare oczy. Zimne jak lód. Srogie jak zima, które kłuło ją jak sople lodu za każdym razem jak się z niej naśmiewał.

   Uwielbiała patrzeć w jego oczy…

   Przychodziła na śniadania w Wielkiej Sali. Grzebała widelcem w galaretowatej jajecznicy. Podnosiła metalową łyżeczkę by zanurzyć w niej swoje podniebienie, waniliowy smak łagodził jej usta. W nozdrza powoli napływał słodki i kuszący aromat lasek tej przyprawy.
Uniosła głowę z nadzieją, że patrzy.
 
   Taką sama nadzieją, jak  przez kilka żmudnych lat…

   Zapisała się na dodatkowe zajęcia z transmutacji, bo on też się zapisał, lecz nie zwracał na nią uwagi. Siedział cicho skupiając się na swoim zadaniu.  Zwinnie przekształcając  przedmioty w zasięgu jego ręki. Powoli i starannie wymawiając dane zaklęcie. Jego głos był takim zaklęciem dla zaginionego serca Luny. 

   On nie zwracał uwagi na nikogo. Był tak samo samotny jak ona…

   Tygodnie mijały… Wyczerpana marzeniami zasypiała. Śniła o tej jasnej jak śnieg czuprynie. O tej bladej cerze i wąskich wargach. Zawsze chciała je dotknąć. Musnąć na chwilę swoimi malinowymi ustami. Przejechać delikatnie opuszkami palców… Jak we śnie, ale czy to nie był sen?

   Myślała o nim dnie i noce… Niezależnie od pory dnia…

   Wiedziała, że on ma misję. Misję, której nie popierała w żaden możliwy sposób. Widziała jak płakał z bezsilności, jak twardo walczy ze sobą. Jak łamał się w pół, bo piekło go ramię. Ona to wszystko obserwowała, przeżywała razem z nim. Chciała mu pomóc, ale co taka Pomyluna może zrobić.

   Pomyluna była Pomyluną. Wariatką, której nikt nie wierzył…

   Ubierała się nadal w te kolorowe stroje, aby nikt nie podejrzewał zmiany. Ale czy ktokolwiek się nią interesował? Nadal była uważana za radosną (może tak było, patrząc z innej perspektywy) i nie zważającą na wszelkie złośliwości innych osób. Zwyczajnie wszystkie smutki zostawiała głęboko w sobie, gdzie na koniec stawały się jak rozcięta rana przez kartkę papieru.

   Luna Lovegood zawsze była piątym kołem u wozu…

   Pałała dziwnym uczuciem do Ślizgona, którego jeszcze nigdy wcześniej nie miała. W sercu zostawiła puste miejsce. Specjalnie dla niego, aby w odpowiednim czasie mógł je zająć.

   By mógł w niej zostać na zawsze…
 
   Mimo że wątłe były szanse na zauważenie jej przez arystokratę, miała tą nadzieję, a gdy spoglądał na nią przez rozdzielające ich dwa stoły, serce podchodziło jej do gardła i płonęła niewyjaśnionym rumieńcem, niewinnie zwieszając głową w dół. 

   On potrzebował kogoś, ale chyba nie ją… Chyba… „Chyba” to nie słowo. To pięć liter, które posiadają niezwykłą moc. Tak jak „kocha”.

   Luna Lovegood kocha Dracona Malfoy’a. Tego cynicznego dupka, w którym widzi o wiele więcej niż inni. On kiedyś to doceni, zobaczy i zrozumie. Tak przynajmniej Luna mówiła sobie codziennie na wieczór, patrząc beztrosko na zachodzące słońce. Przyglądając się wolnym ptakom i powolnym drganiu na jeziorze. Obserwując bacznie podmuch wiatru i spadające liście z drzew.

   
W końcu nadszedł taki dzień, bo nigdy nie dawała za wygraną i mimo że nie miało prawa tak się stać, to stało się… Draco Malfoy zakochał się w Pomylunie. Zobaczył w niej coś, czego żadna inna dziewczyna nie miała. 

   Zaczął się interesować jej nocnymi przechadzkami na polanę, gdzie spokojnie mogła nakarmić testrale. Zwierzęta śmierci. Zaczął zauważać jej ucieczki do sowiarni. Znał na pamięć jej kartę dań, które na okrągło spożywała w czasie posiłku. Jak uwielbiała jeść pudding i popijać go sokiem z dyni. Zwrócił też uwagę jak dziewczyna go obserwuje, jak zawstydza się i rumieni na piękny różowy odcień.
Nie mógł uwierzyć, że dopiero teraz tak naprawdę to widzi. Jakby wcześniej jej w ogóle nie było. Nie istniała w jego szarym świecie. Ona wnosi w jego życie barwy. Kolory, których wcześniej nie miał.
I tak się dzieje, ponieważ nawet mała cząsteczka nadziei, nigdy nie sprawiła, że Luna przestała w coś wierzyć, a wierzyć potrafiła w wiele rzeczy. Tak naprawdę kto wie, czy to nie przez jej pewność  i wieloletnie uczucie do Ślizgona, nie sprawiło, że jest dobrze. Bo jest…

  On jest przy niej… I będzie…

niedziela, 4 czerwca 2017

Dziwne szepty




Witam! 
Dzisiaj czas na Tunę. Zapraszam do przeczytania ♥ ~ Arbuzek^^
------------------------------------
Nocą, gdy wszyscy śpią zawsze słyszę dziwne szepty. One bardzo pragną mnie. Chcą abym do nich dołączyła. Błagają o litość. Namawiają mnie, a ja nigdy ich nie słucham. Czuję się wtedy okropnie. Odrzucam ich prośby. Pozostawiam je w najdalszym kątku swojej głowy, ale one zawsze wracają. W piękną noc. Czarną noc. I straszną. Często razem z nimi słyszę głos mamusi. Prosi mnie, abym do niej przyszła, że mnie kocha bardzo i tęskni. Mówi mi, że tatuś też mnie potrzebuje. A ja zawsze się sprzeciwiam. Z trudem przełykam ślinę i cichutko łkam. Mamusiu, tatusiu. Przepraszam. Jestem złym dzieckiem. Egoistycznym. Myślącym tylko o sobie. Zostałam obdarzona zdrowiem, inteligencją, rodzicami. Mimo że jedno z nich szybko utraciłam. Teraz tracę wszystko po kolei. Mijające godziny odbierają mi wszystko co dostałam. Mamusiu, tatusiu, jestem dzieckiem. Waszym dzieckiem. Wybaczcie mi.

 Widząc śmierć najbliższych, zabijano mnie. Stawałam się człowiekiem bez uczuć. Zimna jak lód. Sroga. Beznamiętna. A jednak pragnąca miłości. Otrzymując wcześniej rzeczy, które kochałam, nagle zabrano mi je w okrutny sposób. Nieprzygotowana do bólu, stałam się kłębkiem rozpaczy, zamkniętym w sobie. Pozostawionym tylko dla siebie. Mogącym ukoić ból, tylko we własnej osobie. Wiadomo, że jak ktoś umiera, to jakaś cząstka człowieka, który kochał, została odebrana. W ten sposób zostałam wciągnięta w próżnię własnej duszy, która stała się w środku pusta. W końcu zginęło wielu ludzi podczas bitwy o Hogwart. Jedna z nielicznych przeżyłam. 

Szukałam po bitwie wiele lat kogoś, kto wynagrodzi mi za to, co przeszłam. Spodziewałam się ciepła od ludzi, których mijałam na ulicy. Liczyłam codziennie na ich dobroć, której jednak nigdy nie było. Wojna wyniszczyła ludzi zupełnie, przez co stali się oni zamknięci i niedostępni. Bezinteresowni na czyjeś krzywdy. Zawsze, budząc się o poranku, widziałam świat przez mgłę. Niepiękne rysy zwyczajnych przedmiotów. Wiedziałam, że zmieniłam się, jak wszyscy. Chciałam być dawną Luną Lovegood, która szła przed siebie śmiałymi krokami, tylko po to, żeby przyjrzeć się klękwiątkom samgrabnych. Świat nabrał zupełnie rożnych barw. Na początku były one nawet ciekawe, ponieważ nigdy ich nie widziałam. Ciekawość zastąpiła monotonność i nuda. Od tamtej pory dzień w dzień widzę świat w barwach czarnych i szarych. 

Kolejna noc, w której płaczę. Szepty, zachęcające mnie do siebie. Jego głos. Cichy głos. I smutny. Kochanie, przyjdź do mnie. Ja tu na ciebie czekam. Tam, gdzie ty jesteś, nikt na ciebie nie czeka. Wycieram łzy o skrawek poduszki. Nienawidzę spać. Nienawidzę zasypiać. Nienawidzę słyszeć tych głosów. Każde zdanie ich jest prawdziwe. A jednak nadal wierzę, że uda mi się uwolnić od koszmarów. Że wojna tak naprawdę nie istniała. Że wszyscy, którzy mnie kochali nadal żyją. A jednak nie. Przeszłość jest przeszłością, a rzeczywistość rzeczywistością. Świat zamydlił się.  Stał się niewyraźny i mroczny.

Często widzę jego śmierć. Jak zostaje uderzony klątwą prosto w serce. Tą najbardziej złowrogą, która nie powinna istnieć. Później już tylko zamknęłam mu powieki, aby nie móc patrzeć w te szkliste i martwe oczy. I znowu mgła. Od tamtej pory widzę tylko przez mgłę, stworzoną przez nieustanne łzy. Tęsknię za Tobą, Theodorze. Pragnę cię mieć przy sobie. Dotknąć twojego ciepłego ciała, a nie tego, którego ostatni raz dotknęłam. Wybacz mi, że nie mogę jeszcze pójść do ciebie. 

Żyję, ale nie żyję. Mówię, lecz stałam się niemową. Słyszę, ale nie to, co powinnam. Jestem, choć stałam się przeciwieństwem tego, kim zawsze chciałam być. Przesiąknięta twoimi obietnicami, że zawsze będziemy razem, że nic nas nie rozłączy, nawet śmierć, czuję zawód. Teraz wiem, że te słowa były warte nic, a jedynie co dostarczyły, to tylko żmudną nadzieję i tymczasowe szczęście, które później szybko je odebrano i zastąpiono  czymś, którego nigdy wcześniej nie czułam. Nie żałuję jednak tych wspólnych chwil. Tej bliskości i inności, która nas łączyła. Twój uśmiech został w mej pamięci na zawsze i przywołuje dawne emocje, przynosząc równocześnie płacz, ból i strach. Wiedz, że cię kocham nadal, mimo że nie prowadzisz mnie przez ten trudny czas za rękę. Wierz mi, że do ciebie przyjdę, gdy minie mój żywot w tym czarodziejskim świecie. Dalej będziemy razem kroczyć. Nie przeszkodzi nam już żadna, głupia bitwa. Ja będę sobą,  a nie smutną Luną Lovegood. Ty będziesz Theodorem Nottem. Już wtedy nikt nas nie rozdzieli. Już wtedy nie będzie żadnych obietnic, bo one wszystko niszczą. Będziemy szczęśliwi. 

Tak po prostu.