Witajcie!
Czas na Dralunę ♥
Aktywnych wakacji życzę!
~ Arbuzek^^
----------------------------------------------------
Dzień był nudny. Ostatnio wszystko było nudne…
Krople deszczu monotonnie bębniły w okno, powodując, że szesnastoletnia
Krukonka zasypiała tuląc się w wygodnym fotelu. Ogrzewając swe drobne ciało w
ciepłych, skórzanych pokryciach.
On znowu z niej się śmiał…
Nie zwracała uwagi na inne osoby siedzące w
dormitorium Ravenclawu. Każdy rozmawiał, śmiał się lub poświęcał swój czas na
naukę Eliksirów. W końcu miał być niebawem kolejny sprawdzian. Nie obawiała się
dziwnych żartów swoich towarzyszy. Obawiała się jednego.
Że znowu go spotka…
Idąc nuciła znaną sobie piosenkę, którą wymyśliła
zrywając śliwki samosterowalne. Wcześniej nie zastanawiała się głębiej nad
słowami muzyki. Nie trafiały tak mocno jak teraz. W każdym dniu rozumiała i
uczyła się życia. Tak jakby wcześniej nigdy nie żyła.
Bo osoba zakochana, rozumie inaczej i głębiej…
Próbowała ukrywać swe emocje na lekcji. Miała
rozmarzony wyraz twarzy, wielkie oczy i niewielki uśmiech. Notowała na długim
zwoju pergaminu, gdzieś na trzy stopy, malutkimi litereczkami. Miała o wiele
więcej napisane niż reszta uczniów.
Chciała zwrócić na sobie jego uwagę…
Lekcja mijała powoli. Luna czekała na dzwonek
oznaczający koniec lekcji, aby oddać pracę i uwolnić się z rąk czasu. Czas ma
różne formy. Krótkie, długie… Nawet nijakie.
Czas się dłuży i skróca, nie ma jednakowych dni, gdy kogoś lubisz… Nawet bardzo…
Wetknęła za ucho różdżkę i znowu podążyła długim
kamiennym korytarzem nie wiadomo gdzie. Chciała odetchnąć od myśli, od
wybujałych marzeń jeszcze bardziej niemożliwych niż chrapaki krętorogie lub
plumpki.
Chciała przestać być poniżana w jego obecności…
Usiadła w sowiarni i poczęstowała przysmakiem
śnieżno-białą sowę. Jedna łza osunęła się wzdłuż jej wychudzonego policzka. Po
prostu nieraz miała ochotę popłakać w samotności. Posiedzieć na chłodnej
posadce i otoczyć rękoma zmarznięte nogi.
Karmiła ją miłość do arystokraty.
Chciała poczytać książkę. Zatonąć w literach i
zdaniach. Samogłoskach i spółgłoskach. Pragnęła by otoczyły ją sznurkiem
wyrazów i nie pozwoliły opuścić tego stanu, gdzie mogła wyobrazić sobie, że
jest jedną z bohaterek danej opowieści. Że może być drobinką kurzu…
Na kurz można mieć alergie. Jest to taki pyłek ze sproszkowanych ziarenek piasku, ziemi, z cząsteczek różnych ciał…
Za dużo czasu nie minęło, gdy wyszła na Błonia i
stanęła niedaleko zielonego jeziora. Rozpuściła swe długie jasne loki na
ciepłym wietrze i odpłynęła podróżując statkiem po własnej świadomości.
Oddychając czystym i świeżym powietrzem, zatapiającym się w jej płucach.
Chciała poczuć wolność od niego. Od uczucia, które wpędzało ją w szaleństwo… Troszkę innego szaleństwa niż zazwyczaj.
Tak kończył się jeden dzień, idąc do zachodniej
wieży Ravenclawu. Ponuro wchodziła na marmurowe schodki, trzymając się poręczy
i kiwając raz w prawo, a raz w lewo głową. Jutro będzie jutro, pojutrze będzie
pojutrze, a za pięć dni będzie pięć dni.
Nikłe szanse rosną… lub gasną z każdym dniem…
Marzyła nocami. Nie spała. Przypominała sobie jego
stalowoszare oczy. Zimne jak lód. Srogie jak zima, które kłuło ją jak sople
lodu za każdym razem jak się z niej naśmiewał.
Uwielbiała patrzeć w jego oczy…
Przychodziła na śniadania w Wielkiej Sali. Grzebała
widelcem w galaretowatej jajecznicy. Podnosiła metalową łyżeczkę by zanurzyć w
niej swoje podniebienie, waniliowy smak łagodził jej usta. W nozdrza powoli
napływał słodki i kuszący aromat lasek tej przyprawy.
Uniosła głowę z nadzieją, że patrzy.
Uniosła głowę z nadzieją, że patrzy.
Taką sama nadzieją, jak przez kilka żmudnych lat…
Zapisała się na dodatkowe zajęcia z transmutacji, bo
on też się zapisał, lecz nie zwracał na nią uwagi. Siedział cicho skupiając się
na swoim zadaniu. Zwinnie
przekształcając przedmioty w zasięgu
jego ręki. Powoli i starannie wymawiając dane zaklęcie. Jego głos był takim
zaklęciem dla zaginionego serca Luny.
On nie zwracał uwagi na nikogo. Był tak samo samotny jak ona…
Tygodnie mijały… Wyczerpana marzeniami zasypiała.
Śniła o tej jasnej jak śnieg czuprynie. O tej bladej cerze i wąskich wargach.
Zawsze chciała je dotknąć. Musnąć na chwilę swoimi malinowymi ustami.
Przejechać delikatnie opuszkami palców… Jak we śnie, ale czy to nie był sen?
Myślała o nim dnie i noce… Niezależnie od pory dnia…
Wiedziała, że on ma misję. Misję, której nie
popierała w żaden możliwy sposób. Widziała jak płakał z bezsilności, jak twardo
walczy ze sobą. Jak łamał się w pół, bo piekło go ramię. Ona to wszystko
obserwowała, przeżywała razem z nim. Chciała mu pomóc, ale co taka Pomyluna
może zrobić.
Pomyluna była Pomyluną. Wariatką, której nikt nie wierzył…
Ubierała się nadal w te kolorowe stroje, aby nikt
nie podejrzewał zmiany. Ale czy ktokolwiek się nią interesował? Nadal była
uważana za radosną (może tak było, patrząc z innej perspektywy) i nie zważającą
na wszelkie złośliwości innych osób. Zwyczajnie wszystkie smutki zostawiała
głęboko w sobie, gdzie na koniec stawały się jak rozcięta rana przez kartkę
papieru.
Luna Lovegood zawsze była piątym kołem u wozu…
Pałała dziwnym uczuciem do Ślizgona, którego jeszcze
nigdy wcześniej nie miała. W sercu zostawiła puste miejsce. Specjalnie dla
niego, aby w odpowiednim czasie mógł je zająć.
By mógł w niej zostać na zawsze…
Mimo że wątłe były szanse na zauważenie jej przez
arystokratę, miała tą nadzieję, a gdy spoglądał na nią przez rozdzielające ich
dwa stoły, serce podchodziło jej do gardła i płonęła niewyjaśnionym rumieńcem,
niewinnie zwieszając głową w dół.
On potrzebował kogoś, ale chyba nie ją… Chyba… „Chyba” to nie słowo. To pięć liter, które posiadają niezwykłą moc. Tak jak „kocha”.
Luna Lovegood kocha Dracona Malfoy’a. Tego
cynicznego dupka, w którym widzi o wiele więcej niż inni. On kiedyś to doceni,
zobaczy i zrozumie. Tak przynajmniej Luna mówiła sobie codziennie na wieczór,
patrząc beztrosko na zachodzące słońce. Przyglądając się wolnym ptakom i
powolnym drganiu na jeziorze. Obserwując bacznie podmuch wiatru i spadające
liście z drzew.
W końcu nadszedł taki dzień, bo nigdy nie dawała za wygraną i mimo że nie miało prawa tak się stać, to stało się… Draco Malfoy zakochał się w Pomylunie. Zobaczył w niej coś, czego żadna inna dziewczyna nie miała.
W końcu nadszedł taki dzień, bo nigdy nie dawała za wygraną i mimo że nie miało prawa tak się stać, to stało się… Draco Malfoy zakochał się w Pomylunie. Zobaczył w niej coś, czego żadna inna dziewczyna nie miała.
Zaczął się interesować jej nocnymi przechadzkami na
polanę, gdzie spokojnie mogła nakarmić testrale. Zwierzęta śmierci. Zaczął
zauważać jej ucieczki do sowiarni. Znał na pamięć jej kartę dań, które na
okrągło spożywała w czasie posiłku. Jak uwielbiała jeść pudding i popijać go
sokiem z dyni. Zwrócił też uwagę jak dziewczyna go obserwuje, jak zawstydza się
i rumieni na piękny różowy odcień.
Nie mógł uwierzyć, że dopiero teraz tak naprawdę to
widzi. Jakby wcześniej jej w ogóle nie było. Nie istniała w jego szarym
świecie. Ona wnosi w jego życie barwy. Kolory, których wcześniej nie miał.
I tak się dzieje, ponieważ nawet mała cząsteczka
nadziei, nigdy nie sprawiła, że Luna przestała w coś wierzyć, a wierzyć
potrafiła w wiele rzeczy. Tak naprawdę kto wie, czy to nie przez jej
pewność i wieloletnie uczucie do
Ślizgona, nie sprawiło, że jest dobrze. Bo jest…
On
jest przy niej… I będzie…