Witam kochani!
Czas na Dralunę, zapraszam serdecznie ♥
------------------------------------------------
Nigdy bym nie
pomyślała, że ja, Luna Lovegood, będę chodziła po soczyście zielonej trawie,
przypatrując się złotym motylom przy wielkiej rezydencji Malfoyów przy
szumiącym morzu. Sadziła z najmłodszym synem różnej długości drzewka i
podlewała dla przyjemności mugolską
konewką różnobarwne kwiaty. Siadając przy wielkim konarze, trzymając malutką
rączkę i pokazując drugą wolną ręką odlatujące ptaki w stronę zachodu, w poszukiwaniu
cieplejszej krainy oraz wdychając równomiernie świeże i czyste powietrze. Tak…
To ja, zwariowana Pomyluna Lovegood, która wierzyła i nadal wierzy w
nieistniejące zwierzątka, pobrała się i zamieszkała z Draconem Malfoyem. Jestem
szczęśliwa. Bardziej szczęśliwa niż, gdy po raz pierwszy udałam się do Hogwartu,
poleciałam testralem i tańczyłam z tatą na ślubie Fleur i Billa.
***
Znowu poczułam zimno. Od pewnego
czasu tylko zimno czuję… W końcu znajduję się w lodowatych lochach w Malfoy Manor, gdzie jest jedno
okno, pełno pleśni i trudno się oddycha. Na dodatek w nozdrza wbija się krew.
Śmierciożercy zabrali mnie przez artykuły mojego ojca w Żonglerze, a jego wciąż
poddawają torturom. Czasami ja też otrzymuję zaklęciem Crucio, ale bardziej
boli mnie myśl o ojcu niż piekło we wszystkich kończynach ciała. Razem z panem
Ollivanderem opowiadamy sobie śmieszne historie, które pomagają nam przetrwać
pośród wszystkich Śmierciożerców, okrucieństw i samego Voldemorta. Przywołują nas
dość często na sale, abyśmy mogli patrzeć jak umierają wspólni więźniowie, jaka
przyszłość nas czeka jeśli nic nie powiemy. Ale co my mamy mówić? Może oni po
prostu chcą się nami zabawić? Chyba tak… Chyba właśnie o to im chodzi. W tym
domu (o ile można tak to nazwać) jest zło. Tym złem jest Ten Którego Imienia
Nie Wolno Wymawiać. Choć tak naprawdę ja się go nie boję, wręcz mu współczuję,
że nie czuje i nigdy nie czuł miłości. Nie mógł mieć przyjaciela, bo on był dla
samego siebie przyjacielem. Ja wiem co to znaczy mieć kogoś bliskiego… Harry,
Ginny, Hermiona, Ron, Neville… Może jest ich niewielu, ale są. Tylko… Czemu
teraz ich nie ma? Często zadaję sobie to bezsensowne pytanie, ale natychmiast
odpowiadam by poczuć się lepiej. Wiem, że nawet kłamstwo uśmierza ból z braku
bliskości osoby. Pewnie mają bardzo dużo spraw na głowie i zapomnieli o takim
małym drobiazgu jak ja, na pewno tak jest. Często, gdy patrzę w oczy Voldemorta
nie widzę nic, wtedy najczęściej obrywam jakimś złowrogim zaklęciem i
wypowiadam ciche słowa „ Oczy to dusza, a dusza to ty. Czyli jak nic nie masz w
oczach, jesteś nikim”. I następuje cisza, przerywana krzykami Bellatrix. Wloką
mnie ponownie do kamiennej, zimnej jak lód celi, spoglądają z obrzydzeniem i
uderzają nogą w żebra, albo w brzuch. Zależy od Śmierciożercy… Aktualnie siedzę
na posadce i śpiewam moją ulubioną piosenkę:
„Chodź,
chodź” – zawołaj, a ja przybędę.
Staniesz
naprzeciw mnie, ja naprzeciw ciebie
I
zobaczysz jaką noszę w sobie przerażającą i smutną głębie.
Chodź,
chodź króliczku wielkanocny,
Nie
bój się tych zajęcy.
Ty
jesteś takim króliczkiem,
A
ja złowieszczym i pustym zającem.
Chodź,
chodź i nie patrz się za siebie,
Bo
to co ujrzysz może mieć w sobie przerażającą i pustą głębie.
„Chodź,
chodź” – zawołam jeszcze raz.
Pójdziesz
za mną, gdzieś, gdzieś daleko w dal.
Pan
Ollivander też jej się nauczył i śpiewał razem ze mną. Nasze głosy; on
zachrypnięty, ja łagodny i jedwabisty, rozchodziły się jak echo w naszych
głowach. Sama ją wymyśliłam, wydzierając słowa paznokciem na twardej, kamiennej
ścianie, pokrytej pleśnią z powodu wilgoci .Teraz widać małe, skośne literki
ozdabiające ponure wnętrze lochów. Kilkakrotnie zauważyłam jak podchodzi pod
stalowe kratki Draco Malfoy. On też patrzył jak cierpimy, jak śpiewamy i
opowiadamy śmieszne bajeczki. Raz chyba widziałam jak niemo poruszał ustami
podczas naszej piosenki. Pewnie on nie wie, że go widzę, że wiem jak spogląda
na nas smutną, ale nie pokazującą skruchy twarzą.. Przynosi nam zawsze jeden
posiłek dziennie, zazwyczaj coś dziwnego, co tak naprawdę nie dało się jeść.
Pan Ollivander był już na wykończeniu, wiec dawałam mu część swojej porcji, na
co Ślizgon grymasił, że co ja będę jadła. Wiedziałam, że nie potrzebuję tak
dużo jedzenia jak mój starszy „współlokator”. Krzywiłam się na twarzy, chcąc
się uśmiechnąć, lecz ból na to nie pozwalał. Było tak samo i tym razem.
-
Lovegood zjedz coś, nie możesz nie jeść, rozumiesz? – mówił, spoglądając na jej
wystające łopatki.
-
Ja jestem jeszcze młoda i mam więcej sił niż pan Ollivander – szepnęłam, choć
powiedziałam to o wiele ciszej, niż było zamierzone.
-
No właśnie… Jesteś młoda! Potrzebujesz jeść by żyć! – syknął, wyszedł i za
chwilę wrócił z czymś w rękach.
-
Co to? –zapytałam, badając wzrokiem lepką, różowawą masę. Już dawno zapomniałam
jak wyglądał mój ukochany budyń malinowy.
-
Budyń… Wiem, że lubisz – powiedział srogo i podał Krukonce łyżeczkę. – Jedz,
albo sam ci wepchnę tą łyżkę do gardła.
Wzięłam
delikatnie metalową, czystą łyżeczkę i włożyłam do miski, nabierając budyń i
wkładając powoli do gardła. Dawno nie czułam tego smaku. Słodki aromat kusił
moje podniebienie, aż łyżeczka nie miała już czego nabierać.
-
Dziękuję, Draco – powiedziałam, nie zastanawiając się jakim cudem przemycił
miskę malinowego budyniu do podziemnych lochów w Malfoy Manor. Zanim się
obejrzałam, blond czupryna już wychodziła i zniknęła w głębokiej ciemności,
pozostawiając mnie i innych więźniów samych ze sobą. Lub można inaczej to ująć…
Samych w złowrogim milczeniu.
I
tak było dzień w dzień. Często spoglądam w okno z nadzieją, że ujrzę tam
Harry’ego, Hermionę i Rona. Ale nic się nie wydarzyło. Wiatr tylko powiewa,
powodując dygotanie naszych ciał. Nie mamy nic. Nic poza sobą. Sobie nawzajem
dajemy życie i iskierkę nadziei na jakąkolwiek ucieczkę z tego okropnego
miejsca. O moim ojcu dawno nie słyszałam. Martwiłam się o niego, wyobrażając
wszystko co najgorsze. Choć nie jestem pewna co jest lepsze. Tortury czy
śmierć? Może jednak śmierć? Chociaż jak wyobrażam sobie, że już nigdy nie wyjdę
na świeże powietrze, nie poczuję uczucia swobody, nie dotknę świeżej trawy lub
nawet nie poczuję kropli na swym ciele myjąc się pod prysznicem, ogarniała mnie
pustka w środku, nogi mi drętwiały, odmawiając posłuszeństwa, a w brzuchu
panował dziwny zamęt. Nie wiadomo tylko czy to przez głód czy właśnie przez te
straszne wyobrażenia. Siedziałam bezczynnie, czekając na moją kolej. Nie
wiedziałam co tym razem mi zrobią. Rzucą Crucio? Walną z całą siłą o ścianę czy wymówią te dwa
przeklęte słowa… Avada Kedavra… Ale i tak wracałam jakoś do tej samej,
znienawidzonej przez wszystkich celi. Jedyną rzeczą, która sprawiała na mojej
twarzy nikły uśmiech był Draco. Tak, ten sam Draco. Cyniczny i arogancki. Tutaj
współczuł. W tym miejscu widział zbyt wiele rzeczy i zbyt wiele bladych,
trupich twarzy, by stać się takim jak dawniej. Mówią, że człowiek się
przyzwyczaja do danej sytuacji, ale ja wiedziałam, że on nigdy tego nie zrobi.
Nie Malfoy. Nikt go nie przekona do tak paskudnej śmierci. Do tortur i do
zabijania. Po prostu musi udawać, ale czy to naprawdę tak „po prostu”? Czy nie
łatwiej jest być więźniem, nawet tutaj, ale móc być sobą i nie ukrywać się pod
maską złego Ślizgona bez uczuć? Co raz częściej przychodził do lochów,
przemycał z kuchni malinowy budyń, karmiąc mnie, gdy nie miałam siły podnieść
ręki. Spoglądałam w jego stalowoszare oczy, pełne smutku i cierpienia, lecz
nadal był poważny i poważny zostanie. Na zawsze… Wieczorami udawało mu się wymknąć
i leżał razem z nami na zimnej posadce śpiewając tą samą piosenkę i powtarzając
słowa „Ty jesteś takim króliczkiem, a ja złowieszczym i pustym zającem.”
Głaskał mnie delikatnie po włosach, a ja wtulałam się w jego ciepłe ramiona.
Rozmawiał z nami jak człowiek z człowiekiem, a tu tego brakowało, bo w tym
miejscu nie istniało takie coś jak człowieczeństwo. Patrzyliśmy beznamiętnie
jak odchodził, wiedzieliśmy co nas czeka jutro, pojutrze za tydzień… O ile
dożyjemy… Co raz więcej więźniów nie wracało i co raz więcej przybywało. Nas
zostawi na koniec, aby cieszyć się oglądając nasze poranione, zmęczone, z
uczuciem beznadziejności i pozbawionych marzeń
twarze. Ale my mieliśmy marzenia, mógł nam wlewać tysiącami litrów
veritaserum, a i tak odpowiemy „Tak, mylisz się Voldemorcie. Mamy marzenia i
nadzieję i nigdy nie pozbawisz nas tego uczucia, bo jesteś słaby. Za słaby by nas z tego
wykorzenić”. Voldemort nie wie czym jest miłość. Dla niego to tylko
niepotrzebne „coś”. „Coś” co nie powinno nigdy istnieć na tym świecie.
Twierdzi, że powinniśmy żyć mechanicznie, w strachu. By nie wiedzieć co to
znaczy i czym się objawia. Do każdego podchodził i pytał:
-
Co czujesz? – patrzył czerwonymi źrenicami, przewiercając na wylot każdą myśl
danej osoby. Podnosił chudy i spiczasty palec, który wbijał się w nasze szyje i
powodował ostry ból.
-
Strach…
-
Przed kim?
-
Przed myślą, że już nie ujrzę słońca.
On
nie chciał takiej odpowiedzi. Żądał byśmy jego się bali, a nie bezużytecznej
myśli o słońcu. To było, jest i będzie głupie.
Raz zdążyłam zobaczyć, wchodząc do ponurej, srogiej sali mały promień, on dodał
mi otuchy. On powiedział mi, że jest dobrze, bo być tak musi. Draco pomagał mi
ścierać wąskie strużki krwi na mej twarzy, oczywiście gdy nie było żadnego
patrolu na korytarzu. Moje oczy, mimo że spoglądały codziennie na tyle cierpień
ludzkich nadal były rozmarzone i nie miały ani cienia lęku. I dobrze… Ponieważ,
gdy pewnego dnia usłyszałam głuchy krzyk Lestrange, a później wystrzeliwane
dziesiątki zaklęć zrozumiałam, że przyszli po nas. Zostaniemy wolni, usłyszymy
ponownie śpiew ptaków. Nagle Harry zjawił się w lochach i uwolnił nas od
długiej męki. Nie mogłam od razu się teleportować, musiałam kogoś znaleźć,
podziękować, zabrać ze sobą. Biegłam przez dobrze mi znany, dłużący się za
każdym razem korytarz. Oglądałam każdy pokój, może tam się znajdzie. Modliłam
się w duchu, aby go nie zabili. Żeby mógł wrócić ze mną i wydostać się z tego
chorego miejsca na zawsze. Oglądałam pozawieszane obrazy, ilustrujące
morderstwa, Voldemorta i wijące się węże. Byłam pewna w tym momencie dwóch
rzeczy. Nienawidzę węży i muszę odnaleźć Dracona. Bałam się, że znajdę go
martwego na czerwonym dywanie, a obok jego różdżkę. Byłaby już bezużyteczna.
Nie mogłam dopuścić tych ponurych myśli, które ogarniały mną z każdą chwilą, z każdym
krokiem, pochłaniając moje myśli jak sucha, spragniona wody gąbka. Dotarłam.
Słyszałam krzyki i zaklęcia, których nazwa powodowała dreszcze na plecach.
Szukałam wzrokiem jasnej czupryny wśród czarnych peleryn. Omijałam zwinnie
rzucane zaklęcia, by żadne z nich nie trafiło mnie w tym momencie, kiedy w końcu mogę być wolna.
Leżał tam, ale widziałam równomiernie unoszającą się klatkę piersiową, do
której jeszcze niedawno się tuliłam i która oddawała mi ciepło tak bardzo potrzebne
do dalszego funkcjonowania. Uklęknęłam przy nim, przybliżając swoją rękę do
jego policzka i delikatnie gładząc wierzch kciukiem. Odwróciłam się szybko,
słysząc jakieś dziwne szumy za sobą i zobaczyłam jasny promień, zbliżający się
ku mnie. Szybko złapałam różdżkę Dracona i wypowiedziałam jedno, proste
zaklęcie. Poczułam więź z różdżką, jakby tworzyła ze mną jedną całość. Moc,
która drzemała w tej różdżce była niesamowita, ale Draco przecież żył… Mieliśmy
wspólną więź. Byliśmy jak dwie krople wody. Ocknęłam go i pomogłam wstać, bo
mimo że moje nogi były słabe jak wata cukrowa, to on dawał mi tą niewyobrażalną
siłę. Zdążyłam się teleportować, upadając na wielką, piaszczystą plażę, której
drobinki piasku boleśnie wbijały się w poranione twarze. Przytuliłam się
gwałtownie do Ślizgona, nie odrywając się od jego bladego ciała. Po chwili
obróciłam się i rozejrzałam dookoła mnie, gdzie Harry trzymał martwego Zgredka.
Miał wbity sztylet, prosto w serce. W serce, gdzie zawsze pozostanie dla niego
Harry, tak jak we mnie pozostanie Draco. Ostatnie łzy spłynęły po moim policzku
i spojrzałam na szumiące morze. Fale lekko moczyły nasze nogi, które
natychmiast wysuszało słońce. Po kilku dniach wytłumaczyłam wszystkim co czuję
do Malfoya, a on do mnie. Wiedzieliśmy, że będziemy razem, bez względu na
wszystko i wszystkich.
***
***
Wybudowaliśmy swój własny dom, dokładnie w tym samym
miejscu i słuchamy grających dzwoneczków przy naszym oknie. I tak pewnego
chłodnego wieczoru, Draco pocałował mnie delikatnie w usta, głaskając mnie po
policzku i uśmiechał się promiennie po tym co przed chwilą usłyszał.
-
To jak go nazwiemy? – zapytałam.
-
Scorpius… Tak, na pewno – odpowiedział pewnie i zdecydowanie, nie wahając się
ani przez chwilę. Nawet nad taką rzeczą jak imię naszego dziecka.
Bo
Draco Malfoy nadal był poważny i poważny zostanie. Na zawsze…