Witam ☻
Zapraszam do czytania miniaturki.
---------------------------------------
Idę sobie szarą
uliczką, wśród murowanych, starych kamienic. Tyle lat minęło, a w sumie nic się
nie zmieniło. Te same lampy stojące trochę bezczynnie, czekające na ciemność,
czekające na jedną, wielką plamę czerni by rozświetlić je blaskiem sztucznego
słońca. Tak… Dobre to określenie; sztuczne słońce. Idę tą samą drogą przez
dwadzieścia lat, może więcej… W sumie to straciłem rachubę czasu.
Jestem przy miejscu, w
którym mieszkam. Jest to oszklony blok z mnóstwem pięter i windą, by mogła mnie
zwozić w tą i z powrotem, gdy wracam z pracy. Otwieram drzwi, rozglądam się i
widzę dobrze mi znaną przestrzeń odkąd przeprowadziłem się, żeby zacząć studia,
a później pracę, która szczerze mówiąc dawno mi się znudziła. No cóż… A
myślałem, że właśnie to chcę robić w życiu, że to jest moje powołanie. Teraz
mam z czterdzieści lat, bez żony i dzieci. Psa mam… Dobre i to… Zawsze wita
mnie liżąc po rękach, specjalnie je schylam.
Siadam sobie na kanapie
i jem sztuczne żarcie, które kupiłem w jakimś sklepie przy okazji. Pić mi się
chce. Znowu wstaję i podążam w kierunku kuchni, gdzie otwieram szafkę i
wyciągam malinową herbatkę. Piję ją odkąd poczęstowała mnie nią Elizabeth- moja
pierwsza i ostatnia miłość, która wybrała innego. Smutne…
Słyszę jak czajnik się
wyłącza, więc biorę i powoli wlewam do kubka, aby rozkoszować się zapachem
maliny; tak samo pachniała moja ukochana, gdy wyjeżdżała do narzeczonego i
przyszła się pożegnać.
Podchodzę ponownie do
kanapy i siadam, łykam gorący płyn. Oparzyłem się, jednak za gorący. Odstawiam
i idę do łazienki umyć ręce, spoglądam w lustro i widzę przystojnego, trochę
już siwiejącego bruneta z lekkim zarostem na twarzy. Przenikliwe, zielone oczy
spoglądają na blade z kilkoma zmarszczkami policzki. Troszkę chude, ale tak
troszkę. Lekko się skrzywiłem i podniosłem wargi jakbym chciał teraz coś
powiedzieć. Może ja wariuję? Raczej nie…
Ponownie wracam na kanapę i patrzę się w
sufit, później na psa i jeszcze później na moje kapcie w króliczki, różowe
króliczki. Tak naprawdę to teraz zdaję sobie sprawę, że to czego najbardziej
chciałem w życiu nie jest już takie ważne jak mi się wydawało. Już to mam… Więc
automatycznie tego nie potrzebuję? Nigdy nie spodziewałem się, że różowe
króliczki na moich bosych nogach mogą mi sprawić tyle przyjemności… Wcześniej
bym się z tego nabijał. Człowiek się zmienia z dnia na dzień. Uczy się…
Aktualnie jest godzina
21.00. Nie za wcześnie, nie za późno. Idę spać, jutro kolejny, podobny dzień.
Można powiedzieć, że jest to trochę monotonne, nudne…
W łóżku zawsze jest
najgorzej. Te wszystkie myśli emanują we mnie z taką siłą jakby nie mogły robić
tak wcześniej. Wspomnienia, ostrzeżenia, zmarnowane szanse, radość, płacz i
ból. Rady, których nie posłuchałem. Może to trochę śmieszne, że
czterdziestoletni facet rozmyśla o wszystkim i o wszystkich jak jakaś
rozhisteryzowana nastolatka, ale tak jakoś wyszło. Może jestem
rozhisteryzowany?
Zasypiam. Śnią mi się
jakieś głupoty, których nie potrafię sklecić w normalne zdanie, więc po co mam
się męczyć?
Wstaję tak o 7.00 rano,
mając wielką nadzieję, że autobus się zepsuje. Już dawno postanowiłem jeździć
tym środkiem transportu, mimo własnego samochodu. Jakoś tak ciekawiej jest,
bardziej kolorowo. Powiedziałbym kolorowiej, aby nadać trochę barwy temu słowu,
ale tak to będzie niepoprawnie, bo przecież wszystko na tym świecie musi być
idealne, nieprawdaż? Tak to wezwą cię za dziwaka albo jakiegoś prymitywa.
No nic, wstaję, ubieram
się i wychodzę na dwór. Świeże powietrze, jak miło… Chciałbym coś zmienić,
zmienię to… dzisiaj. Dzisiaj świat stanie się lepszy. Po prostu wyjdę,
uśmiechnę się i spojrzę w słońce, a nie w sztuczne słońca lamp.