Witam cieplutko wszystkich czytelników!
Zapraszam na nowe opowiadanie i pozdrawiam
~ Arbuzek^^
-------------------------------------------------------------
Myślałem, że uczyłem się jak żyć, a
uczyłem się jak umierać. Te słowa Leonarda da Vinci idealnie pasują
do mojego życia. Jeszcze niedawno byłam spokojna, ponieważ ufałam, że mam na
wszystko czas i na razie nie muszę tak wiele od siebie wymagać. Po odczytaniu diagnozy,
moje życie obróciło się o 180 stopni, a ja każdą chwilę odbieram tak,
jakby miała być ostatnią. Choroba to straszna prawda. Prawda rzadko kiedy bywa
dobra.
Przechodząc przez ulicę, czuję, że śmierć jest tuż obok
mnie i czeka tylko na odpowiedni moment. Wyobrażam sobie wtedy, że bawię się w
chowanego i dopóki jestem dobrze ukryta, nie odnajdzie mnie. Od razu porównuję
to do przyjmowania leków, które wciąż biorę, choć wiem, że niedługo skończy się
zabawa, po zapaleniu światła. Ukrywam się wśród ludzi i zapamiętuję jak
najwięcej twarzy, aby później je sobie przypomnieć w najtrudniejszych chwilach.
Wtedy kiedy następuje ciemność, księżyc rozświetla noc, a w mojej głowie
szaleje wichura z milionami marzeń, których prawdopodobnie nie zdążę spełnić.
Do moich oczu cisną się łzy, a usta wypowiadają nieme słowa skierowane do
wszystkich i do nikogo. Głowę mocno przyciskam do bawełnianej poduszki, aby
uśmierzyć ból samotności, następnie biorę kartkę papieru i piszę starannie
kolejny list skierowany do całego świata. Dawno temu przyrzekłam sobie, że
podaruję światu butelkę z listami, aby też miał coś dla siebie i coś od kogoś.
Bo tak naprawdę robimy dużo dobrych rzeczy dla Ziemi, ale co tak naprawdę jest
tylko dla niej, a my nie myślimy równocześnie o sobie? Chociaż raz w życiu
zrobić coś dla innych. To pierwsze moje marzenie.
Słyszałam wiele słów, różnych słów, tych dobrych i tych
złych. Czasami wywoływały moją radość, a czasami smutek. Wcześniej, gdy jeszcze
myślałam, że foch przyjaciółki jest czymś najgorszym, co może mnie spotkać, nie
wiedziałam, czym tak naprawdę jest strach. Strach jest drżeniem ciała,
natarczywą myślą, niemiłym głosem w mojej głowie, niepohamowanym płaczem oraz
prawdą, że następnego dnia mogę się nie obudzić. Uczę się codziennie, jak go przezwyciężyć,
choć tak naprawdę już zawsze będzie mi towarzyszył. Mogę jednego dnia wstać i
powiedzieć głośno: Jestem świetna,
niczego się nie boję, nic mi się nie może stać, ale już 24 godziny później
uciekam przed własnym cieniem. Strach jest moim bliskim przyjacielem, na
szczęście czasami zapomina zadzwonić z pytaniem: Jak się czujesz? Marzeniem drugim jest ucieczka przed strachem.
Pochłaniam książki. Mam świadomość, że życie bez nich
można porównać do ułamka ½ . Dzięki nim żyję wielokrotnie. Będąc
młodszą, chciałam zostać aktorką. Mieć kilka twarzy jednocześnie. Ale teraz
myślę, że każdy z nas jest aktorem w swoim życiu. Wszyscy nakładamy maski,
które boimy się zdjąć. Przychodzą rodzice, zakładam maskę odwagi, a w środku
jest jednym kamieniem rozsypanym na milion kawałków. Przychodzi lekarz,
zakładam maskę wściekłości. Czy akurat mnie musi leczyć? Tak naprawdę obwiniam
wszystkich. Przychodzi przyjaciółka, zakładam maskę szczerości. Ale jeszcze nie
powiedziałam jej szczerze, że będąc w podstawówce, wzięłam jej długopis. A
nocą? Nocą zdejmuję maskę. Księżyc też… I słońce też. Słońce w dzień przybiera
maskę dobra, a nocą ją odsłania. Natomiast księżyc jest czymś czystym. Czymś
bez wątpienia czystym, bo tak naprawdę zawsze jest ciemny, tylko oświetlany
dobrą stroną słońca. A więc marzeniem trzecim jest zdjąć maskę.
Muzyka jest moim wybawieniem i ukojeniem. Przenosi mnie
Potrafię przy niej się odciąć i trafić do kompletnie innego miejsca. Słuchając
kropel deszczu przez słuchawki, wyobrażam sobie, że jestem w Londynie. Przy
czerwonej budce telefonicznej, obok mnie przejeżdża żółta taksówka, a ja tańczę
wokół własnej osi z tęczowym parasolem w ręku. Przełączam na rock i przenoszę
się w świat koncertów. Widzę śmieszne irokezy, tańczących ludzi, śpiewających
każde słowo znanego mi utworu. Klikam kolejny raz i słyszę cudowną grę na
skrzypcach. Przenoszę się do wielkiej auli. Sama, a wokół mnie wirują czarne
nuty. Jakie to piękne i tajemnicze. Jakie to smutne wrócić ponownie na
szpitalne łóżko. Mogę słuchać każdej muzyki. Ale czy mogę posłuchać piosenki
ciszy? Żebym słyszała bicie własnego serca,
krążenie krwi, nawet pracę mózgu. Marzeniem czwartym jest posłuchać muzyki ciszy.
Zastanawiam się, jacy są ludzie i do czego zostali
stworzeni. Czemu prowadzone są wojny i rośnie nienawiść. Gdyby ktoś zadał mi to
pytanie pół roku temu, parsknęłabym śmiechem, teraz mogę siedzieć godzinami i
zastanawiać się nad jednym słowem, dopóki nie odkryję jego prawdziwego
znaczenia. Czasami wymyślam sobie własne definicje, trochę je ubarwiam. Nadaję
im głębszy sens. Zegarek położony na nocnej szafce wiąż tyka. Nie przestanie.
Często wkurza. Mam wtedy ochotę zatrzymać wszystkie wskazówki, aby jednocześnie
zatrzymać czas. Rzecz niemożliwa. Marzeniem piątym i ostatnim jest mieć trochę
więcej czasu. Czasu na wszystkie moje marzenia.
Prawda
jest taka, że im trudniejsze marzenie, tym bardziej chcemy je spełnić.
Wystarczy wymieszać trochę ambicji, nadziei i odwagi. Wielkiej odwagi.... A
zdobędziemy wszystko, co chcemy.