wtorek, 11 lipca 2017

Podaruję światu butelkę z listami



Witam cieplutko wszystkich czytelników! 
Zapraszam na nowe opowiadanie i pozdrawiam 
~ Arbuzek^^
-------------------------------------------------------------
Myślałem, że uczyłem się jak żyć, a uczyłem się jak umierać. Te słowa Leonarda da Vinci idealnie pasują do mojego życia. Jeszcze niedawno byłam spokojna, ponieważ ufałam, że mam na wszystko czas i na razie nie muszę tak wiele od siebie wymagać. Po odczytaniu diagnozy, moje życie obróciło się o 180 stopni, a ja każdą chwilę odbieram tak, jakby miała być ostatnią. Choroba to straszna prawda. Prawda rzadko kiedy bywa dobra. 

            Przechodząc przez ulicę, czuję, że śmierć jest tuż obok mnie i czeka tylko na odpowiedni moment. Wyobrażam sobie wtedy, że bawię się w chowanego i dopóki jestem dobrze ukryta, nie odnajdzie mnie. Od razu porównuję to do przyjmowania leków, które wciąż biorę, choć wiem, że niedługo skończy się zabawa, po zapaleniu światła. Ukrywam się wśród ludzi i zapamiętuję jak najwięcej twarzy, aby później je sobie przypomnieć w najtrudniejszych chwilach. Wtedy kiedy następuje ciemność, księżyc rozświetla noc, a w mojej głowie szaleje wichura z milionami marzeń, których prawdopodobnie nie zdążę spełnić. Do moich oczu cisną się łzy, a usta wypowiadają nieme słowa skierowane do wszystkich i do nikogo. Głowę mocno przyciskam do bawełnianej poduszki, aby uśmierzyć ból samotności, następnie biorę kartkę papieru i piszę starannie kolejny list skierowany do całego świata. Dawno temu przyrzekłam sobie, że podaruję światu butelkę z listami, aby też miał coś dla siebie i coś od kogoś. Bo tak naprawdę robimy dużo dobrych rzeczy dla Ziemi, ale co tak naprawdę jest tylko dla niej, a my nie myślimy równocześnie o sobie? Chociaż raz w życiu zrobić coś dla innych. To pierwsze moje marzenie.

            Słyszałam wiele słów, różnych słów, tych dobrych i tych złych. Czasami wywoływały moją radość, a czasami smutek. Wcześniej, gdy jeszcze myślałam, że foch przyjaciółki jest czymś najgorszym, co może mnie spotkać, nie wiedziałam, czym tak naprawdę jest strach. Strach jest drżeniem ciała, natarczywą myślą, niemiłym głosem w mojej głowie, niepohamowanym płaczem oraz prawdą, że następnego dnia mogę się nie obudzić. Uczę się codziennie, jak go przezwyciężyć, choć tak naprawdę już zawsze będzie mi towarzyszył. Mogę jednego dnia wstać i powiedzieć głośno: Jestem świetna, niczego się nie boję, nic mi się nie może stać, ale już 24 godziny później uciekam przed własnym cieniem. Strach jest moim bliskim przyjacielem, na szczęście czasami zapomina zadzwonić z pytaniem: Jak się czujesz? Marzeniem drugim jest ucieczka przed strachem.

            Pochłaniam książki. Mam świadomość, że życie bez nich można porównać do ułamka ½ . Dzięki nim żyję wielokrotnie. Będąc młodszą, chciałam zostać aktorką. Mieć kilka twarzy jednocześnie. Ale teraz myślę, że każdy z nas jest aktorem w swoim życiu. Wszyscy nakładamy maski, które boimy się zdjąć. Przychodzą rodzice, zakładam maskę odwagi, a w środku jest jednym kamieniem rozsypanym na milion kawałków. Przychodzi lekarz, zakładam maskę wściekłości. Czy akurat mnie musi leczyć? Tak naprawdę obwiniam wszystkich. Przychodzi przyjaciółka, zakładam maskę szczerości. Ale jeszcze nie powiedziałam jej szczerze, że będąc w podstawówce, wzięłam jej długopis. A nocą? Nocą zdejmuję maskę. Księżyc też… I słońce też. Słońce w dzień przybiera maskę dobra, a nocą ją odsłania. Natomiast księżyc jest czymś czystym. Czymś bez wątpienia czystym, bo tak naprawdę zawsze jest ciemny, tylko oświetlany dobrą stroną słońca. A więc marzeniem trzecim jest zdjąć maskę.

            Muzyka jest moim wybawieniem i ukojeniem. Przenosi mnie Potrafię przy niej się odciąć i trafić do kompletnie innego miejsca. Słuchając kropel deszczu przez słuchawki, wyobrażam sobie, że jestem w Londynie. Przy czerwonej budce telefonicznej, obok mnie przejeżdża żółta taksówka, a ja tańczę wokół własnej osi z tęczowym parasolem w ręku. Przełączam na rock i przenoszę się w świat koncertów. Widzę śmieszne irokezy, tańczących ludzi, śpiewających każde słowo znanego mi utworu. Klikam kolejny raz i słyszę cudowną grę na skrzypcach. Przenoszę się do wielkiej auli. Sama, a wokół mnie wirują czarne nuty. Jakie to piękne i tajemnicze. Jakie to smutne wrócić ponownie na szpitalne łóżko. Mogę słuchać każdej muzyki. Ale czy mogę posłuchać piosenki ciszy? Żebym słyszała  bicie własnego serca, krążenie krwi, nawet pracę mózgu. Marzeniem czwartym  jest posłuchać muzyki  ciszy. 

            Zastanawiam się, jacy są ludzie i do czego zostali stworzeni. Czemu prowadzone są wojny i rośnie nienawiść. Gdyby ktoś zadał mi to pytanie pół roku temu, parsknęłabym śmiechem, teraz mogę siedzieć godzinami i zastanawiać się nad jednym słowem, dopóki nie odkryję jego prawdziwego znaczenia. Czasami wymyślam sobie własne definicje, trochę je ubarwiam. Nadaję im głębszy sens. Zegarek położony na nocnej szafce wiąż tyka. Nie przestanie. Często wkurza. Mam wtedy ochotę zatrzymać wszystkie wskazówki, aby jednocześnie zatrzymać czas. Rzecz niemożliwa. Marzeniem piątym i ostatnim jest mieć trochę więcej czasu. Czasu na wszystkie moje marzenia. 

Prawda jest taka, że im trudniejsze marzenie, tym bardziej chcemy je spełnić. Wystarczy wymieszać trochę ambicji, nadziei i odwagi. Wielkiej odwagi.... A zdobędziemy wszystko, co chcemy.
                                                                                                                     

1 komentarz:

  1. Ta miniaturka naprawdę daje do myślenia, pomyśleć, że nasze wszystkie plany wcale nie są takie pewne jak nam się wydaje... Warto docenić to co mamy. A poza tym, cudownie napisane 😍 ~Czekoladka

    OdpowiedzUsuń