Pojawiła się pierwsza miniaturka na blogu. Zachęcam do przeczytania i komentowania ☺
--------------------------------------------------------------------------
Wśród ciemności i
pohukujących sów, Draco Malfoy stał przy oknie, spoglądając na taflę jeziora.
Zastanawiał się nad wartością człowieka. Czy człowiek dobry ma taką samą
wartość jak zły? Lub osoba, która okłamuje samego siebie mówiąc, że jest dobra,
a tak naprawdę skrywa w sobie nienawiść, bądź odwrotnie, jest bardziej
wartościowa? On nie wiedział do której grupy należał, lecz mimo tego
zdecydował, że lepiej mieć określony styl bycia. Mu tego brakowało. W środku czuł się jak malutki i bezbronny
ptaszek, który wypadł z gniazda i nie wie w którą drogę pójść. Nie chciał
wracać do dormitorium. Miał dość traktowania go jak samego Lorda Voldemorta, a
to zaczynało robić się męczące. Nie wiele się zastanawiając, uchylił lekko
drzwi i prześlizgnął się korytarzem na schody, gdzie dobrnął dalej na
hogwarckie błonia. Poczuł chłód na policzkach, a zimny wiatr rozczochrał jego
idealnie ułożoną fryzurę. Otulił się swoją długą, czarną szatą z herbem
Slytherinu i wypuścił powietrze z ust, z którego wydostał się dymek pary.
Rozejrzał się po równinie, słysząc jakieś głuche szelesty. Stwierdził, że za
odważny to on nie jest. Poszedł w stronę zielonawego jeziora, gdy nagle
usłyszał cichy, rozmarzony głos. Tak, on na pewno należał do tej wariatki- Luny
Lovegood. Tylko co ona robi o tej porze na błoniach?
- Spokojnie, to tylko
ja…
- Mówisz jakbyś była
najnormalniejszą osobą na świecie. Skąd mam wiedzieć, że nie chcesz mnie zabić
i wrzucić do jeziora?- zapytał podejrzliwie.
- Bo nie masz takiego
powodu.
- Tak właściwie co ty
tutaj robisz, Pomyluno?
- To samo co ty.
Głęboko rozmyślam… - powiedziała nad wyraz poważnie, co nie pasowało do
osobowości Lovegood.
- Ty w ogóle nad czymś
rozmyślasz, jak nie o pokręconych stworzonkach, które sama wymyślasz? – zapytał
nie ukrywając ironii.
-Nie miałeś takiego
wrażenia, że nikt cię nie rozumie? Jakbyś był w innym świecie, jak jakiś
odludek na bezdomnej wyspie?
-
Eemm… - zdezorientował się tą nagłą zmianą tematu.
-
Dużo ludzi jest prymitywnych, inni próbują udawać że nie są, a i tak wszystko
na koniec wychodzi. Żyją w pewnym kłamstwie, lecz nie chcą wiedzieć w jakim, bo
wtedy wszystko powodowałoby, że są głupi. A to dla nich jest porażką. Będą czuć
się niepotrzebni i bezwartościowi, a tak naprawdę każdy jest wartościowy i
każdy jest potrzebny po coś na tym świecie. Pewnie zastanawiasz się czego się
nałykałam… Nic… Może tylko atomów azotu, tlenu i innych gazów lecących wśród
nas. Jak ja bym chciała być takim tlenem. Tworzyć coś pięknego jak powietrze,
wędrować tu i tam. To smutne widzieć tylko ścianę dormitorium, bo nikt nie chce
z tobą rozmawiać. Rysować nieistniejące zwierzęta i gadać do amuletu z korków
od kremowego piwa.
Był zdziwiony… Zdziwiony tym, że jeszcze nie
poszedł, a nawet odpowiedział!
- A
co z Potterem? On chyba cię lubi – powiedział szorstko. Nie chciał pokazywać,
że go cokolwiek obchodzi ta gadka… I tu jest ta gra. Gra w chowanego.
-
Lubię Harry’ego, ale on jak każdy ma ważniejsze sprawy niż taka zwariowana
osoba jak ja.
- Odkrycie
Ameryki… - zironizował słowa dziewczyny.
- Wiesz,
mimo że jesteś Śmierciożercą wyczuwam w tobie takie miłe ciepło –
powiedziała i przybliżyła swoją rękę do
jego serca. Już próbował ją szturchnąć, ale Krukonka mówiła dalej.– Tak jakbyś
malował samego siebie… Szorstkiego i poważnego, ale tak jak malunek skrywa
pewną, nieodgadnioną magię w całym kształcie, to ty zawierasz ciepłe serce,
którego nigdy… Nigdy nie możesz zmienić. Im bliżej jest się ciebie, tym
bardziej można to wyczuć. Docenić…
-
Jesteś poważnie pokręcona… Pewnie u wszystkich ludzi widzisz dobro, Lovegood –
skrzywił się na durne znaczenie tego nazwiska.
-
Bo każdy ma dobro. Życie bez niego, straciłoby sens. Dokładnie jak zło, gdyby
go nie było nie wiedzielibyśmy jaka jest między nimi różnica.
-
Skąd możesz wiedzieć jaki kto jest?
-
Nic nie rozumiesz Draco… - westchnęła i położyła się na trawie. –Myślisz, że to
przypadek, że na siebie trafiliśmy?
-
Wiesz… Mogłem natrafić na Parkinson. Tylko ona nie jest taka zwariowana, aby
wyjść po północy w zamku pooglądać gwiazdy.
-
Nie chcę nic mówić, ale ty też tutaj jesteś…
-Musiałem
nad czymś głęboko pomyśleć, lecz pewna osoba mi w tym utrudnia.
-
Możesz sobie iść…
I tu go złapała. Tak
naprawdę czuł się bezpiecznie przy Pomylunie. Może w tym momencie traktował ją
jak amulet odstraszający Nargle? Tylko ona odstraszałaby wszystkie potwory
znajdujące się na tych błoniach…
-
Powiedz mi, czemu ty musisz być tak wkurzająco dobra? Przecież to nie ma
żadnego sensu.
-
Czy wszystko musi mieć sens? Ja pomagając ludziom odczuwam przyjemność, a ty
odczuwasz przyjemność bycia takim dupkiem?
-
Ty znasz takie słownictwo… Brawo. Jestem pod wrażeniem. To pewnie dlatego, bo
ze mną rozmawiasz. Wiesz… Ja tak wpływam na ludzi.
-
To spróbuj to zmienić, Draco.
- A
kto powiedział, że chcę to zmieniać? Ty?
-
Zimno mi… - szepnęła i teraz dopiero zauważył, że Lovegood jest w samej
pidżamie i założonym na nią kolorowym sweterku w króliczki.
Teraz rozpoczynał walkę
ze swoim pięknym ego. Dać jej szatę czy martwić się tylko o siebie? Jednak
dobra strona mocy zmusiła go do oddania dziewczynie ubrania. Oczywiście
najpierw zapyta, bo jakby nie chciała przyjąć to zostawi dla siebie.
-
Chcesz szatę?
-
Ale tobie będzie zimno.
-
Trelele… Ja jestem mężczyzną, a ty tylko
drobną dziewczynką, która drży z zimna.
-
Jestem młodsza od ciebie o rok, zacny dżentelmenie.
-
Masz i nie gadaj – powiedział i podał jej swój płaszcz. –Powinnaś być
zaszczycona. Nie każda nosi moje części garderoby.
-
Co za hojność… A jednak potrafisz być miły – uśmiechnęła się i otuliła szatą.
No nie… Będzie mu
wypominać do końca ich marnej znajomości, że jednak potrafi być przypuszczalnie
miły. Szczyt wszystkiego!
- I
co z tego?
-
To, że jeszcze przed chwilą wypierałeś się, że nie chcesz być miły.
-
Dobra, daj spokój.
Nastąpiła chwila ciszy. Trochę niezręczna i nie
pasująca do sytuacji w jakiej się znajdowali. Po chwili spojrzał na Krukonkę.
Miała przymknięte powieki i oddychała spokojnie, lekko poruszając klatką
piersiową. Gdyby się tak przyjrzeć, Pomyluna nie jest wcale taka brzydka… Jasna
cera, długie blond włosy i piękne niebieskie oczy, które tak bardzo różniły się
od jego. Oczywiście wielkością, bo on nie jest wybrykiem natury i nie ma takich
wybałuszonych oczu… A tak naprawdę różniły się od siebie kolorem. Ona miała
ciepłe i radosne, a on niebiesko-szare pokryte lodem. Draco spojrzał na
granatowe niebo, oświetlone milionami gwiazd i tarczy księżyca. Nagle
bezinteresownie uśmiechnął się ku nim. Zazwyczaj
nie umiał docenić natury. Dla niego był to po prostu nieodłączony element do
życia, ale będąc koło tej wariatki zauważał pewne rzeczy, o których w
towarzystwie Ślizgonów nie mógł nawet pomarzyć. Luna była osobą ekscentryczną,
ale na swój sposób uroczą. Przez chwilę zrobiło mu się nawet głupio z powodu
butów, które kiedyś jej chował.
-
Myślisz, że moglibyśmy być kiedyś razem?- zapytał, a dziewczyna szeroko
otworzyła oczy.
-
Nie wiem… A ty?
-
To trochę dziwne by było – powiedział zakłopotany, ale po chwili usłyszał cichy
chichot Krukonki. – Nie mam pojęcia z
czego się śmiejesz – spojrzał na turlającą się ze śmiechu Lunę i po chwili sam
się zaśmiał. Minęło trochę czasu zanim obaj się uspokoili.
~*~
I tak po wielu
podobnych wieczorach znów można było zobaczyć dwójkę jasnowłosych uczniów.
-
Ładne gwiazdy, prawda?
-
Gwiazdy? Lubisz? – odwróciła się w stronę Ślizgona.
-
Jakoś polubiłem, Luno – kątem oka zauważył jak blondynka składa na twarzy lekki
uśmiech.
- Widzisz
to po prawej?
-
Tam? – wskazał na czarne niebo i jakiś srebrzysty punkt.
-
To smok. Księżycowy Smok.
-
Brzmi jak ty i ja.
-
Ty i ja – powtórzyła i ponownie zamknęła oczy, kładąc się obok blondwłosego
arystokraty.
Rozmowa zmienia ludzi i czasami mamy nawet tak, że zastanawiamy się czy nie rozmawiamy z lustrem. Z własnym sobą, odbiciem…
Rozmowa zmienia ludzi i czasami mamy nawet tak, że zastanawiamy się czy nie rozmawiamy z lustrem. Z własnym sobą, odbiciem…