poniedziałek, 20 listopada 2017

Tchórz



Witam!
Wiem,że miniaturka nie powala, ale pisałam ją dość dawno temu. Postaram się miniaturki poprawić, aby nie miały one błędów oraz je trochę rozwinąć, ale póki co musicie mi wybaczyć wszystkie gafy i długą nieobecność. Mogę się jedynie tłumaczyć tym, że byłam w trakcie zmieniania szkoły i aktualnie mam mnóstwo zaległości, które muszę szybko nadrobić. Dziękuje za wszystkie komentarze i jeszcze raz przepraszam. Pozdrawiam i życzę miłego czytania moi drodzy
~ Arbuzek^^
---------------------------------------------------
Luna podskakiwała wzdłuż korytarzy Hogwartu, czując na sobie rozbawione spojrzenia uczniów, czekających na dzwonek. Była uśmiechnięta, w uszach podrygiwały rzodkiewko-kolczyki, a na ramieniu miała zawieszoną torebkę z milionami koralików i piórek, które zdobiły ją we wszystkich stronach świata. W rękach trzymała podręcznik do Eliksirów w skórzanej okładce, który za moment miał być potrzebny do przeczytania instrukcji na dwu godzinnych, morderczych lekcjach profesora Snape’a. I zaczęło się. Po dzwonku weszła do pustej Sali, gdzie poustawiane były drewniane stoliki, a na nich puste kociołki, w których za chwilę będzie bulgotać wrzący się wywar. Na półkach stały obrzydliwe słoiki z nieznaną dla uczniów zawartością.
- Proszę zająć swoje miejsca. Otworzyć podręcznik na stronie 275, przeczytać cały temat i wykonać eliksir mądrości „ Magnum Ingenium” według instrukcji na stronie 394. Wszystkiego czego potrzebujecie znajdziecie na półkach po prawej stronie klasy. Wszystkie eliksiry proszę oddać mi na końcu drugiej godziny lekcyjnej, gdyż jest to złożony eliksir i potrzeba na niego dużo czasu, aby wykonać go prawidłowo – syknął w stronę uczniów i obrócił się w błyskawicznym tempie w kierunku swojego biurka. -  Zaczynać. Proszę nie zadawać zbędnych pytań. Scott nie ta strona…
- Tak, panie profesorze – powiedział Ślizgon i lekko poczerwieniał na twarzy, słysząc chichot Malfoya i Zabiniego.
- Ma być całkowita cisza! – przypomniał Mistrz Eliksirów. – Obniżę ocenę o cały jeden stopień, jeśli usłyszę jakieś niepotrzebne wymiany zdań.  Lovegood z łaski swojej zawiąż swoje kudły i weź się do roboty, bo znając twoje zdolności w tworzeniu eliksirów, podpalisz sobie włosy... Kogo ja uczę?! – zapytał klasę, a odpowiedziało mu krojenie pestek żerunkuli, czyli rośliny w jakiś sposób myślącej, co jest niezbędnym składnikiem do przygotowania „ Magnum Ingenium”.
Nauczyciel zasiadł za swoim wielkim, dębowym biurkiem, obrzucił klasę surowym spojrzeniem i wziął do ręki pognieciony list, który prawdopodobnie na początku dostał się w ręce woźnego Hogwartu- Filcha. O okno nieustannie odbijały się krople deszczu. Jest to normalne biorąc pod uwagę trwający miesiąc, listopad. Na dworze było dosyć mroźno i ponuro, a uczniowie chodzili w ciepłych ubraniach, mimo chroniących ich przed zimnem grubych murów zamku. Niedługo zaczną się przygotowania na grudzień, a w salach zaczną się pojawiać kolorowe łańcuchy i bombki, które nadadzą barw pomieszczeń.
Minuty mijały coraz szybciej, a czasu do oddania skończonych Eliksirów było bardzo mało, aż w końcu rozległ się po klasach dzwonek, oznaczający koniec udręki dla niektórych uczniów, np. tych co siedzieli w szklarni i przemoknięci do suchej nitki wracali z powrotem  do szkoły. Luna już miała wychodzić  z pomieszczenia, gdy nagle usłyszała za sobą donośny głos  Snape’a.
- Lovegood, proszę na chwilę zostać, a ostatnia osoba niech zamknie za sobą drzwi – rozkazał i spojrzał ponuro na zdziwionych uczniów.
Krukonka podeszła do biurka i analizowała słowa profesora, robiąc przy okazji coraz większe oczy.
- Czyli ja mam rozmawiać z Draco, aby nie zabił dyrektora? – zapytała cicho, lekko przerażona tym co usłyszała. – Draco miał zabić dyrektora? A pan nie chce żeby to zrobił, więc wtedy jest zmuszony do tego pa- an?
- Gratuluję trzeźwego umysłu Lovegood.
- Ale dlaczego? – Luna zaczęła mówić takim słabym głosem, że Snape jednak stwierdził, że nie jest trzeźwa.
- Ponieważ dostał zadanie od Czarnego Pana, a ja przyrzekłem jego matce, że jeśli Draco stchórzy, ja będę zmuszony do zabicia profesora Dumbledora. Nie chcę, żeby Draco stał się Śmierciożercą takim jak inni. Jest młody i potrzebuje kogoś, kto mu wytłumaczy na czym polega życie i dobro – powiedział i przez chwilę zaśmiał się w myślach na jaki pomysł Lovegood wpadnie, aby zacząć rozmowę z młodym Ślizgonem.  – Ale pod żadnym pozorem nie możesz powiedzieć tego Wybrańcowi, ani nikomu innemu, bo wtedy i ty będziesz w śmiertelnym niebezpieczeństwie – zakończył poważnie.
- Czemu ja…?
- Tylko ty jesteś na tyle świrnięta, aby w szybkim tempie przekonać Dracona, żeby stchórzył i nie wykonał zadania.
- No to dlaczego pan…? – nie dokończyła.
- Ponieważ Draco ma całe życie przed sobą, musi skończyć szkołę. Ja i tak jestem stracony, uczniowie w tej szkole mnie nienawidzą, a teraz idź, bo zaczną coś podejrzewać – powiedział srogo, a Krukonka szybko wyszła z Sali.
Profesor jeszcze długo siedział samotnie przy biurku, zastanawiając się co teraz będzie. Draco nie mógł zabić Dumbledora. Nigdy.
Pomyluna leżała w łóżku, nadal wstrząśnięta tym co usłyszała. Draco Śmierciożercą? Profesor Snape też? Jak przekonać  Ślizgona, żeby stchórzył? To przecież niemożliwe. Choć Luna dokonywała już niemożliwego nie raz. Potrafiła rozumieć zwierzęta, wyłaniać ze złego dobro i cieszyć się jednym promykiem słońca, nawet wtedy, gdy nic nie szło po jej myśli. Potrafiła wierzyć w nic i czerpać nadzieję z zielonej trawy. Łapać powietrze w dłonie i zdmuchiwać je wraz ze wszystkimi smutkami ku niebu, by i one znalazły swoje miejsce. Tak, Luna miała moc uszczęśliwiania ludzi, ale czy spragniony władzy i docenienia przez samego Czarnego Pana Ślizgon, to nie za wiele, aby wymagać od nastoletniej dziewczyny „Pomyluny Lovegood”? I tak zmęczona dzisiejszym dniem zasnęła, myśląc o tym, co będzie jutro.
Na śniadaniu nałożyła sobie na talerz kawałek chleba i trochę jajecznicy, lecz zamiast normalnie jeść jak zazwyczaj, dłubała widelcem, jeżdżąc po porcelanie. Układała je w samolociki, chmury, samochody, lecz w myślach wędrowała o sposobie od którego zaczęłaby rozmawiać z Malfoyem. Spojrzała na stół Slytherinu, gdzie jej spojrzenie jak na złość skrzyżowało się ze stalowoszarym wzrokiem Ślizgona. Przytrzymała trochę dłużej przypatrując  się jego twarzy. Oderwała kontakt, czując narastającą presję. Jej blond loki opadły, zasłaniając częściowo twarz – Jak dobrze, że związałam je na Eliksirach – pomyślała i cicho westchnęła, popijając powoli sok dyniowy i uśmiechając się do Ginny, która przysiadła się stołu Krukonów.
- Jak miło cię widzieć, Ginny – przywitała się i pogłaskała Pufka.
- Hej, Luna. Czemu nie jesz?- zauważyła błyskawicznie przyjaciółka. – Chcesz puddingu?
- Nie, dziękuję. Nie mam apetytu. Podejrzewam, że gnębiwtryski maczały w tym palce  – zaśmiała się i zbliżyła swój nos do puchatej kulki, tuląc się w jego ciepłym futerku. – Jaki on słodki, Ginny!
- Uważaj, bo zacznie cię podgryzać!- ostrzegła i pogrążyła się w rozmowie z blondwłosą dziewczyną.
Luna budząc się następnego dnia, postanowiła zacząć coś kombinować i mimo że nie miała żadnego planu, nie zamartwiała się na za pas. Na lekcjach u profesora czuła się dziwnie skrępowana. Ten często obserwował jej żmudne poczynania w robieniu czegokolwiek.
Na jej szczęście, śledząc Ślizgona, wypadł mu z kieszeni  świstek papieru, który wylądował pod stopami Luny. Ta widząc, że obok niego stoją tylko Crabble i Goyle, a korytarz jest całkowicie pusty, stwierdziła, że jest to idealna okazja do zaczepienia Malfoya. Stanęła po środku i zawołała swoim rozmarzonym głosem, który budził niechęć zwłaszcza u Ślizgonów.
- Draco… Draco! – krzyknęła, a młodzieniec szybko obrócił się w stronę dziewczyny.
- Czego chcesz Pomyluno? – zawarczał. Nie lubił jej i nie zamierzał z nią rozmawiać.
- Coś ci wypadło – powiedziała łagodnie i wysunęła rękę z tajemniczym papierkiem.
                - Oddawaj to wariatko i idź stąd, bo jeszcze ktoś zauważy, że ze mną gadasz.
                Ślizgon szybko wyrwał świstek z jej drobnej ręki i wcisnął do prawej kieszeni w spodniach. Obrzucił dziewczynę pogardliwym spojrzeniem, a jego goryle zaciskali pięści. Już miał się obrócić i odejść, gdy nagle usłyszał jej szept.
                - Wiem kim jesteś.
                Najpierw spojrzał na jej wisiorek z korków od kremowego piwa, a później na jej twarz. Luna czuła się jakby była przewiercana od środka jego stalowoszarym wzrokiem. Świetnie udawał.
                - No to chyba każdy wie, wariatko…- syknął, ale bez przekonania.
Dobrze wiedział o co tej pomylonej kobiecie chodzi. Doskonale o tym wiedział. Teraz najchętniej przywarłby ją do ściany i wymusił skąd to wie… Szkoda tylko, że stoją tutaj ci dwaj idioci, którzy i tak w sumie nic nie zrozumieją, bo są za głupi… Więc może by tak kazać im iść do dormitorium? I tak jest przerwa. Przy okazji zjedzą coś, bo nic nie robią od godziny, niż to, że zawracają mi głowę jedzeniem. – pomyślał.
- Ej, wy… Idźcie stąd– rozkazał.
- Gdzie? – burknął Goyle, ten szczuplejszy, ale bez przesady.
- A gdzie teraz szliśmy, idioto? – zapytał, robiąc się na twarzy coraz bardziej blady ze złości.
- A tak… Rzeczywiście…
- No to spadać stąd.
Luna spokojnie czekała i słuchała z zaciekawieniem tą inteligentną wymianę zdań między uczniami domu Slytherina. Za uchem na wszelki wypadek czekała w gotowości przygotowana różdżka, mimo że miała nikłe szanse na jakąkolwiek obronę przed nowo dołączonym do grona Śmierciożerców Draconem. Wzrokiem odprowadziła dwóch goryli do końca pustego korytarza i skierowała swoją głowę w arystokratę, który bacznie ją obserwował. Po chwili jednak, gdy znaleźli się całkowicie sami w tym miejscu, szarpnął Lunę za ramię, która wydała tylko cichy jęk i zaprowadził  do jakiegoś kąta, odpychając ją w stronę ściany.
- Skąd wiesz, Lovegood – szepnął, bojąc się, że ktoś niechciany usłyszy ich rozmowę. W sumie nie wiedział czego bardziej się bał. Czy tego, że ktoś go spotka w obecności „tego kogoś”, czy wyjawienia jego tajemnicy.
- Eeemmm… Bo ja… Podsłuchałam cię jak rozmawiałeś z profesorem Snape’em. – wpadła na pomysł.
- Ach tak?
- Yhm– potwierdziła skacząc w miejscu. – I pomyślałam, że jesteś dobry i warto przekonać cię, żebyś nie zabijał Dumbledora.
- Naprawdę? – udał zdziwienie .
- No tak… I chciałabym z tobą porozmawiać o tym! – mówiła dalej, czując, że idzie w dobrym kierunku.
- Jestem taki szczęśliwy, że Pomyluna Lovegood chce ze mną rozmawiać! Kiedy moglibyśmy zacząć?! – zapytał z sztucznym uśmiechem.
- Jutro o 19:00 w sowiarni. Do zobaczenia! – pożegnała się i szybko wyminęła chłopaka, który odprowadził ją wzrokiem do końca korytarza.
- Jeszcze zobaczy ta mała… - nie dokończył zdania i poszedł do lochów, śmiejąc się z jej naiwności.
Luna zadowolona ze swojego postępu, zanurzyła się w ciepłej pościeli i powoli zasypiała. Śniło jej się, że Dumbledore i wszyscy nauczyciele są dumni, że dzięki niej dyrektor Hogwartu żyje, a Draco odszedł z grona Śmierciożerców. Trochę science-fiction- pomyślała rano, po obudzeniu, kąpiąc się pod prysznicem. Na śniadaniu zjadła to co zwykle, poszła na wszystkie lekcje i spokojnie wyczekiwała wieczoru, zastanawiając się od czego zacząć. Wyszła powoli z dormitorium Ravenclawu, zamykając za sobą drzwi i skierowała się w stronę sowiarni, gdzie bardzo często karmiła sowy. Wiedząc, że rzadko tam ktokolwiek przychodzi, stwierdziła, że jest to doskonałe miejsce na takiego typu rozmowy. Naciskając na klamkę, usłyszała ciche chrząknięcie za sobą.
- Punktualna jesteś… O dziwo. To słucham, jak zamierzasz mnie nakłonić , abym zrezygnował z zadania od samego Czarnego Pana, Lovegood?
- Jeszcze nie wiem. Będę interweniować– uśmiechnęła się do arystokraty, na co ten nie poruszył nawet powieką. – Cieszę się, że tak szybko dało się ciebie namówić.
- Przypominam, że w ogóle mnie nie namawiałaś.
- To w takim razie cieszę się z twojego wyboru. Tak naprawdę, to się dziwię dlaczego tak szybko poszło.
- Stwierdziłem, że może odmienisz moje życie w jakiś interesujący sposób– tłumił w sobie śmiech  i założył swoje ręce do tyłu, wchodząc rozważnym krokiem do sowiarni.
- Nabijasz się ze mnie?
- Wcale, przecież się nawet nie uśmiecham.
- I to jest właśnie najgorsze w tobie. W ogóle się nie uśmiechasz, a jak już to krzywisz usta w okrutny półuśmiech, o ile można to tak nazwać. Śmiać też się nie umiesz – pocieszyła Ślizgona swoimi słowami.
- Szczera do bólu Pomyluna. To będą ciekawe rozmowy. Czuję to– zaszydził z Krukonki.
- Też tak mi się wydaje. Wierzysz w coś, co nie istnieje, albo istnieje, tylko jeszcze tego nie odkryto?
- Oczywiście, że nie. Posłuchaj samej siebie, Lovegood. Twoje zdania nie mają sensu.
- A ja wierzę – uśmiechnęła się i zdjęła swój naszyjnik – On pozwala mi być sobą. Dzięki niemu czuję się bezpieczna i wiem, że Nargle mnie nie zaatakują. Chcesz taki? – zapytała.
-Nie – warknął i wyjął różdżkę, by się nią pobawić – Dla mnie różdżka pozwala mi być sobą i czuję się wtedy bezpieczny.
- Ale za to ile masz Nargli… –westchnęła i usiadła obok Ślizgona.
- Popatrz – wskazał na swoją różdżkę. – W czym pomoże ci naszyjnik z korków od kremowego piwa, jak zaatakuje cię dementor?- zapytał i odgarnął różdżką jej spadający kosmyk włosów z czoła. Krukonka się wzdrygnęła. Zaśmiał się w duchu. Teraz delikatnie przejechał jej po policzku, po czym szybko schował różdżkę z powrotem. Lubił sprawiać zakłopotanie ludziom, a jeszcze większą czerpał przyjemność, gdy tym kimś była Pomyluna– I nie skłamiesz mi, że poczułaś się dziwnie.
- Poczułam, ale biorąc pod uwagę, że ja ogółem jestem dziwna, nie wiem czy powinnam się tym martwić, Draco.
- Pfff…
- Jesteś szczęśliwy? Wydaje mi się, że nie… - powiedziała, nie dając mu dojść do słowa. – Jesteś strasznie blady, masz podkrążone oczy, chudy i cały czas dokuczasz Harry’emu.
- Co mnie interesuje Potter? – zasyczał, zmieniając ton na znacznie zimniejszy.
- Nie lubisz go, ponieważ nie chciał się z tobą przyjaźnić, prawda? Gdyby był twoim przyjacielem, stałbyś się jeszcze bardziej popularny w szkole, a przede wszystkim miałbyś wpływ na niego. Potrafiłbyś nim manipulować, śmiałby się razem z tobą z uczniów z mugolskich i biednych rodzin. Harry stałby się zabawką w twoich rękach. O wiele byłoby łatwiej…
               Malfoy zwęził oczy. Ta idiotka zawsze mówi to co myśli? Tą cholerną prawdę? Oczywiście, że byłoby mu łatwiej… Od razu wydałby Pottera w ręce Voldemorta, a on stałby się najbardziej oddanym sługą Czarnego Pana. Zyskałby jego zaufanie jak żaden inny Śmierciożerca.
- Nigdy w życiu nie chciałem mieć styczności z Potterem, Lovegood– skłamał, a Luna zachichotała. Jej śmiech odbił się od kamiennych ścian Hogwartu. - Tik tak… Czas mija naszej rozmowy. Do widzenia.
Draco wstał, otrzepał spodnie, upewniając się, że ma czyste i podszedł do drzwi.
- Za dwa dni w Wieży Astronomicznej o tej samej godzinie?
- Nie przeciążaj tak swojego umysłu Lovegood. Tyle informacji w jednym zdaniu. No no… Bądź punktualna – zawarczał i nacisnął klamkę, gdzie skierował się w stronę zimnego dormitorium Slytherinu.
Tak Lunie mijały dni, rozmawiając z Draconem. Nadal nic nie mogło go przełamać. Dni co raz szybciej mijały, a Ślizgon minimalnie otworzył się przed blondynką. Nie zwracał na nią uwagi na korytarzach, dokuczał jej, gdy miał taką możliwość. Można powiedzieć, że nic się nie zmieniło, oprócz małego szczegółu. Na jego twarzy co raz częściej gościł tak zapomniany uśmiech podczas ich spotkań. Szczery, bez żadnego cienia okrucieństwa. I tak po raz kolejny zaczęła rozmowę w Wieży Astronomicznej.
- Świat jest piękny, jeśli potrafisz zrozumieć mowę jakim się posługuje.
- A jeśli ja nie potrafię? – syknął.
- Każdy potrafi. Wystarczy posłuchać szumu morza, szelestu drzew, świerkających ptaków i słów zwierząt. A żeby posłuchać, musisz w to wierzyć. Głęboko wierzyć. Tak, że wiara sięgnie twojego najdalszego i najbardziej mrocznego kąta duszy. Wtedy cały czas będziesz widział światło, które pomoże ci podejmować dobre decyzje. Ty na pewno już je widzisz.  
Ślizgon spojrzał na blondynkę i na jego twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech, lecz po chwili zastąpił go jeszcze bardziej posępnym wzrokiem, powodując, że atmosfera stała się zimniejsza, a chłód na dworze jeszcze bardziej dokuczył zmarzniętym uczniom.
- Ale jak ja go nie zabiję, zabije go Snape. Stchórzę, a tchórze są nikim.
- Myślisz, że lepiej być mordercą niż nikim? – zapytała spokojnie.
- Ale ja jestem Śmierciożercą! – krzyknął i gwałtownie wstał, odsłaniając czarny znak wypalony na bladej skórze Draco.
 Luna lekko przymrużyła oczy i cicho chrząknęła. Bała się tego. Bała się po części Ślizgona, mimo że wiedziała, że nic jej nie zrobi. Zgadzając się mu pomóc, naraziła i swoje życie. Nie była pewna czy profesor Snape dobrze robi, prosząc ją, a raczej rozkazując, żeby porozmawiała z Draco. Chłopak zrobił się bledszy, a na policzkach pojawiły się rumieńce ze złości.
– Ich zadaniem jest zabijanie, torturowanie i słuchanie się Czarnego Pana! Sam chciałem nim zostać. Bronię mojej rodziny! Ty nie rozumiesz, że jak nie zabiję Dumbledora, to zginie moja rodzina?! Ja MUSZĘ to zrobić! – szybko wypuścił powietrze z ust i spojrzał na przestraszoną jego wybuchem złości Krukonkę.
- Draco…
- Weź już przestań… Wiem, że Snape kazał ci że mną rozmawiać. Podsłuchiwałem się waszej rozmowie w Sali. Myślisz, że to nie było podejrzane, gdy nagle Mistrz Eliksirów rozkazał ci przyjść po lekcjach do siebie? I pewnie nadal myślisz, że możesz mi pomóc? Jak?! Ty jesteś tylko nienormalną Krukonką z rzodkiewkami w uszach, uważana za dziwadło w całej szkole! I tak najlepsze były twoje wypociny, aby w końcu zwrócić na siebie moją uwagę. Trochę nędzne, więc musiałem ci pomóc, ponieważ byłem ciekaw twoich bezsensownych rozmów o niczym. Najpierw specjalnie wysunąłem ten świstek papieru, żebyś mogła mi go oddać, a później udawałem, że nic nie wiem. Ubaw miałem po pachy, jak musiałaś się wytłumaczyć skąd to wiesz, że jestem Śmierciożercą. Jak on mógł pomyśleć, że coś zmienisz? Pomyluna Lovegood– prychnął gniewnie i obrzucił dziewczynę poniżającym wzrokiem.
Ta spuściła głowę, a jasne włosy zasłoniły jej łzę, lecącą powoli po policzku. Kropelka wydrążyła mokry korytarzyk na jej skórze.  Poczuła lekkie skrępowanie, siedząc przy nim w naszyjniku od kremowego piwa odstraszającego Nargle z zielonymi spodniami i żółtym sweterkiem na sobie. Nie wiedziała, że tak zareaguje. Zazwyczaj nie obchodziło ją zdanie innych. Nie licząc jej przyjaciół. Może przez te rozmowy jakoś zbliżyła się do Ślizgona i mimowolnie zdążyła go w pewien sposób polubić? Chłopak zarzucił tylko szatę na siebie i wyszedł z Wieży Astronomicznej trzaskając drzwiami, na co Lovegood lekko podskoczyła w miejscu. Szybko otarła twarz dłonią, cicho westchnęła i podeszła do balkonu z którego najczęściej uczniowie badają przez teleskop gwiazdy i zapisują na pożółkłych pergaminach. Łączą gwiazdozbiory i zapisują swoje obserwacje, odkrywając wciąż nowe „małe słońca”. Pomyluna bardzo lubi Astronomię. Jest to praktycznie jej drugi ulubiony przedmiot, zaraz po Opiece Nad Magicznymi Stworzeniami. Spojrzała na granatowe niebo i przymknęła oczy, czując na twarzy podmuch wiatru. Było już ciemno i zbliżała się noc, więc musiała powoli wracać w kierunku dormitorium Ravenclawu, gdzie mogłaby spokojnie przemyśleć i przeanalizować słowa blondyna, które były jak najbardziej bolesne dla jej psychiki.  Odchodząc spojrzała się ostatni raz na swoją ulubioną gwiazdę i odeszła.
Draco zapalił kolejnego papierosa, siedząc na szmaragdowym fotelu w dormitorium Slytherinu. Tam wszystko był w kolorze zielonego i srebrnego, dokładnie tak jak herb tego dumnego domu Hogwartu. Przejechał ręką po włosach, burząc jej idealne ułożenie i ponownie tego wieczoru wypuścił szarawy dym z ust. Zgasił papierosa, przyciskając mocno do szklanej popielniczki. Coś nie dawało mu spokoju… Dobrze wiedział, że skrzywdził blondynkę swoimi słowami, ale taka była prawda. Ta okropna, dobijająca prawda. I teraz nagle przypomniał sobie, że ona nigdy nie powiedziała o nim żadnego złego zdania. Nawet wtedy, gdy ją poniżał, jak śmiał się na lekcjach i na korytarzu, a nawet wtedy, gdy chował jej buty i oddawał w ostatniej chwili. Zaśmiał się, jak na złego chłopca przystało i poszedł do łazienki, przygotować się do burzliwego snu. Znów miał koszmar, gdzie Voldemort torturuje jego ojca i matkę, grożąc mu, że jak nie wykona zadania, zabije ich oby dwu. Te nocne koszmary nawiedzały go prawie co noc. Były nie do wytrzymywania. Jego misja stała się dla niego taką udręką z jaką nigdy wcześniej nie miał styczności, a na pewno była złą decyzją, bez żadnego światła dobra. Bał się konsekwencji, bał się morderstwa, bał się Voldemorta i tego przeklętego tchórzostwa.
 Draco wciągu kolejnych dni nie mógł nawet słowem odezwać się do Luny. Często omijała go na korytarzu, nie spoglądała na niego, ani nie zapowiadała kolejnych wizyt we Wieży Astronomicznej. Czuł poczucie winy, które zawładnęło jego ciałem. Co prawda to nie w jego stylu, ale jednak… Jak ja mogłem skrzywdzić tak niewinną osobę jaką jest Luna? – zapytał sam siebie pewnego dnia, gdy minęło już sporo czasu, a blondynka zdawała się być bardziej pochmurna niż kiedykolwiek wcześniej. Brakowało mu jej. Brakowało mu jej uśmiechu, pogody ducha i tych wielkich rozmarzonych oczu, które również pojawiały się w jego snach. Owładnęła nim całkowicie… Nie mógł uwierzyć, że Pomyluna może tak uzależnić człowieka. Czuł coś czego nie umiał zinterpretować. Nawet przestał myśleć o tej przeklętej sprawie, a zastąpiło to coś o wiele gorszego. Czuł nienawiść do niej, ale jednocześnie pragnął ją mieć. Żeby była tylko jego i nikt nie mógł jej dotknąć. Nie wiedział czy to miłość… Raczej rządza. Taka sama jak chciał wstąpić do szeregów Voldemorta. Bo przecież Draco Malfoy jeszcze nigdy nikogo nie kochał. A jeśli nigdy nie kochał,  to przecież nie wie co to miłość i czym się objawia… W końcu postanowił z nią porozmawiać. Idąc wieczorem po ciemnym korytarzu, skierował się po schodach do dormitorium Ravenclawu. Niestety, jak na złość tutaj jest ta kołatka, a on nie jest dobry w zgadywanki…  Zagryzł wargę i spróbował jeszcze raz skupić się na zagadce.
- Malfoy… - usłyszał warknięcie za sobą.
- Croswell.
- Czego tu chcesz? Pomyliły ci się domy?
- Szukam kogoś… Gdzie jest Lovegood?
- Po co ci Pomyluna? – zapytał zdezorientowany Krukon, jeden ze ścigających Ravenclawu.
- Nic ci do tego.
- Nie wiem, pałęta się po zamku…  - powiedział, a Draco już dobrze wiedział, gdzie przebywa dziewczyna.
Nie dziękując, szybko pobiegł w stronę Wieży Astronomicznej. Zobaczył, że drzwi są lekko uchylone i po cichu wsunął się do pomieszczenia. Ujrzał ją stojącą na balkonie w rozwianej białej sukience i rozpuszczonych włosach. Wyglądała nieco inaczej… Była jeszcze bardziej delikatna. Wyglądała jak rozkwitający kwiat, który zapowiadał się na naprawdę piękny okaz. Być może i najpiękniejszy. Stała, a wiatr bawił się jej włosami. Podszedł do niej od tyłu i pochwycił jej rękę jak najdelikatniej potrafił. Dziewczyna zgięła lekko palce, powoli przesuwając paznokciem po dłoniach arystokraty. Schylił się do jej ucha i szeptem wypowiedział jedno, ale bardzo ważne słowo.
- Przepraszam.
Luna obróciła się z lekkim uśmiechem na twarzy i przytuliła Malfoya.
- Obiecaj mi, że nie zrobisz tego bez względu na wszystko… Zostań tchórzem, bo takiego cię potrzebuję…- powiedziała.
- Obiecuję.

sobota, 26 sierpnia 2017

Noc sądu


Witam!
Dzisiaj kolej na Tunę. Miniaturka krótka, ale mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu. Zapraszam do czytania. Chciałam również ogłosić, że miniaturki będą niebawem poprawiane, ponieważ zdaję sobie sprawę z wielu błędów, które popełniłam. Będzie się na pewno przyjemniej czytało ☺ Pozdrawiam~ 
Arbuzek^^
-----------------------------------------------------------------
  
    Mogłam tylko patrzeć, jak odchodzisz. Śmiejąc się i płacząc jednocześnie. Być wdzięczna tobie za wszystkie chwile, które spędziliśmy razem. Łzy kapią na moją kolorową sukienkę. Jasne paski żółci ciemnieją, tak jak ja w środku. Widzę jeszcze przez chwilę, jak odwracasz się w moją stronę. W twoich oczach wyłapuję słowa, których już nie możesz wypowiedzieć. Przepraszam, wybaczaj. Zauważam, że twoja postać robi się bardziej zamazana, jakby widziana przez mgłę. Wiatr dotyka moich włosów, skóry, drażni ją, nie pozwala złagodzić bólu. Zimny, szorstki wiatr. Zimny, szorstki twój dotyk. Na zawsze będę zadręczać się pytaniami. Czy gdybyś kiedyś mi obiecał, że mnie nie opuścisz, odszedłbyś teraz? Czy brak obietnicy mogę nazwać życiowym błędem? Dobrze pamiętam, jak siedzieliśmy pod wierzbą. Słońce opalało nasze ciała. Chciałeś coś powiedzieć, zaczynałeś od „przyrzekam”, lecz ja stanęłam na przeszkodzie. Przyłożyłam palec do twych ust, wierząc, że prawdziwa miłość nie potrzebuje zbędnych obietnic. Czy gdyby nie ja… Nadal byś stał przy mnie? Grzał moją dłoń. Oddawał mi ciepło. W tą zimną noc. W tą bezgwiezdną noc. Tak bardzo smutną.

    Odchodzę sama pustą alejką. Lampa obok coś się tnie. Migocze. Słyszę wycie wilków. Czuję śmierć i ból wokół mnie. Mimo że księżyc dziś tak pięknie wygląda. Drzewa szeleszczą liśćmi. Śpiewają dla mnie żałobną piosenkę. Żegnają się. Żegnają miłość, która jeszcze wczoraj tu była. Dziś jest tylko pustka. Próżnia. Nic. Dziś następna osoba umrze. Odejdzie ze świata, gdzie wszystko miało być dobre. Nawet takie coś, jak odejście i tęsknota. Theodore pokazał mi jak żyć w świecie, gdzie nie ma miłości. Gdzie człowiek drugiemu człowiekowi potrafi zrobić krzywdę dla władzy. Theodore pokazał mi jak kochać, podczas gdy on nigdy nikogo nie kochał. To brzmi tak cudownie i nierealnie.

    To właśnie ten moment. Cisza zrobiła się jeszcze bardziej nieznośna niż przedtem. Białe kruki zleciały się wokół mnie, mieszając się z czarnymi krukami. Chmura ptaków odleciała w kierunku pustego księżyca, oddając jednocześnie hołd wszystkim poległym dzisiejszej nocy.  Zwierzęta, rośliny, ludzie. Wszyscy pogrążeni w smutku. Spojrzałam się, widziałam ich płacz. To ten moment. Serce zabolało bardziej. Łza spłynęła po policzku, pozostawiając mokry ślad. Zdążyłam jeszcze zobaczyć zielone światło na niebie. Symbol okrucieństwa i mordu. Wykonano sąd. Zabito dziś wiele czarodziejów. W tym jego. Za zniewagę i zdradę Czarnego Pana. Rzekomo okryci hańbą. Zapisani na czarnej liście. Pozbawieni wszystkiego, co tylko mogli mieć. Niemi bohaterzy. 

    Moje stopy stają się coraz bardziej niebieskawe. Czuję chłód. Ciało niepotrzebnie drży ze strachu. Zimna woda otula moje kostki, następnie powoli zabiera całe ciało do siebie. Ostatnie kręcone kosmyki włosów unoszą się na wodzie, do chwili, aż czarna głębia jeziora nie porwie ich ze sobą, a wraz z nimi i mnie. Lunę Lovegood. 

    Już idę do ciebie Theodorze.

wtorek, 11 lipca 2017

Podaruję światu butelkę z listami



Witam cieplutko wszystkich czytelników! 
Zapraszam na nowe opowiadanie i pozdrawiam 
~ Arbuzek^^
-------------------------------------------------------------
Myślałem, że uczyłem się jak żyć, a uczyłem się jak umierać. Te słowa Leonarda da Vinci idealnie pasują do mojego życia. Jeszcze niedawno byłam spokojna, ponieważ ufałam, że mam na wszystko czas i na razie nie muszę tak wiele od siebie wymagać. Po odczytaniu diagnozy, moje życie obróciło się o 180 stopni, a ja każdą chwilę odbieram tak, jakby miała być ostatnią. Choroba to straszna prawda. Prawda rzadko kiedy bywa dobra. 

            Przechodząc przez ulicę, czuję, że śmierć jest tuż obok mnie i czeka tylko na odpowiedni moment. Wyobrażam sobie wtedy, że bawię się w chowanego i dopóki jestem dobrze ukryta, nie odnajdzie mnie. Od razu porównuję to do przyjmowania leków, które wciąż biorę, choć wiem, że niedługo skończy się zabawa, po zapaleniu światła. Ukrywam się wśród ludzi i zapamiętuję jak najwięcej twarzy, aby później je sobie przypomnieć w najtrudniejszych chwilach. Wtedy kiedy następuje ciemność, księżyc rozświetla noc, a w mojej głowie szaleje wichura z milionami marzeń, których prawdopodobnie nie zdążę spełnić. Do moich oczu cisną się łzy, a usta wypowiadają nieme słowa skierowane do wszystkich i do nikogo. Głowę mocno przyciskam do bawełnianej poduszki, aby uśmierzyć ból samotności, następnie biorę kartkę papieru i piszę starannie kolejny list skierowany do całego świata. Dawno temu przyrzekłam sobie, że podaruję światu butelkę z listami, aby też miał coś dla siebie i coś od kogoś. Bo tak naprawdę robimy dużo dobrych rzeczy dla Ziemi, ale co tak naprawdę jest tylko dla niej, a my nie myślimy równocześnie o sobie? Chociaż raz w życiu zrobić coś dla innych. To pierwsze moje marzenie.

            Słyszałam wiele słów, różnych słów, tych dobrych i tych złych. Czasami wywoływały moją radość, a czasami smutek. Wcześniej, gdy jeszcze myślałam, że foch przyjaciółki jest czymś najgorszym, co może mnie spotkać, nie wiedziałam, czym tak naprawdę jest strach. Strach jest drżeniem ciała, natarczywą myślą, niemiłym głosem w mojej głowie, niepohamowanym płaczem oraz prawdą, że następnego dnia mogę się nie obudzić. Uczę się codziennie, jak go przezwyciężyć, choć tak naprawdę już zawsze będzie mi towarzyszył. Mogę jednego dnia wstać i powiedzieć głośno: Jestem świetna, niczego się nie boję, nic mi się nie może stać, ale już 24 godziny później uciekam przed własnym cieniem. Strach jest moim bliskim przyjacielem, na szczęście czasami zapomina zadzwonić z pytaniem: Jak się czujesz? Marzeniem drugim jest ucieczka przed strachem.

            Pochłaniam książki. Mam świadomość, że życie bez nich można porównać do ułamka ½ . Dzięki nim żyję wielokrotnie. Będąc młodszą, chciałam zostać aktorką. Mieć kilka twarzy jednocześnie. Ale teraz myślę, że każdy z nas jest aktorem w swoim życiu. Wszyscy nakładamy maski, które boimy się zdjąć. Przychodzą rodzice, zakładam maskę odwagi, a w środku jest jednym kamieniem rozsypanym na milion kawałków. Przychodzi lekarz, zakładam maskę wściekłości. Czy akurat mnie musi leczyć? Tak naprawdę obwiniam wszystkich. Przychodzi przyjaciółka, zakładam maskę szczerości. Ale jeszcze nie powiedziałam jej szczerze, że będąc w podstawówce, wzięłam jej długopis. A nocą? Nocą zdejmuję maskę. Księżyc też… I słońce też. Słońce w dzień przybiera maskę dobra, a nocą ją odsłania. Natomiast księżyc jest czymś czystym. Czymś bez wątpienia czystym, bo tak naprawdę zawsze jest ciemny, tylko oświetlany dobrą stroną słońca. A więc marzeniem trzecim jest zdjąć maskę.

            Muzyka jest moim wybawieniem i ukojeniem. Przenosi mnie Potrafię przy niej się odciąć i trafić do kompletnie innego miejsca. Słuchając kropel deszczu przez słuchawki, wyobrażam sobie, że jestem w Londynie. Przy czerwonej budce telefonicznej, obok mnie przejeżdża żółta taksówka, a ja tańczę wokół własnej osi z tęczowym parasolem w ręku. Przełączam na rock i przenoszę się w świat koncertów. Widzę śmieszne irokezy, tańczących ludzi, śpiewających każde słowo znanego mi utworu. Klikam kolejny raz i słyszę cudowną grę na skrzypcach. Przenoszę się do wielkiej auli. Sama, a wokół mnie wirują czarne nuty. Jakie to piękne i tajemnicze. Jakie to smutne wrócić ponownie na szpitalne łóżko. Mogę słuchać każdej muzyki. Ale czy mogę posłuchać piosenki ciszy? Żebym słyszała  bicie własnego serca, krążenie krwi, nawet pracę mózgu. Marzeniem czwartym  jest posłuchać muzyki  ciszy. 

            Zastanawiam się, jacy są ludzie i do czego zostali stworzeni. Czemu prowadzone są wojny i rośnie nienawiść. Gdyby ktoś zadał mi to pytanie pół roku temu, parsknęłabym śmiechem, teraz mogę siedzieć godzinami i zastanawiać się nad jednym słowem, dopóki nie odkryję jego prawdziwego znaczenia. Czasami wymyślam sobie własne definicje, trochę je ubarwiam. Nadaję im głębszy sens. Zegarek położony na nocnej szafce wiąż tyka. Nie przestanie. Często wkurza. Mam wtedy ochotę zatrzymać wszystkie wskazówki, aby jednocześnie zatrzymać czas. Rzecz niemożliwa. Marzeniem piątym i ostatnim jest mieć trochę więcej czasu. Czasu na wszystkie moje marzenia. 

Prawda jest taka, że im trudniejsze marzenie, tym bardziej chcemy je spełnić. Wystarczy wymieszać trochę ambicji, nadziei i odwagi. Wielkiej odwagi.... A zdobędziemy wszystko, co chcemy.
                                                                                                                     

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Cząsteczka nadziei



 Witajcie!
Czas na Dralunę ♥ 
Aktywnych wakacji życzę!
~ Arbuzek^^ 
 ----------------------------------------------------
   Dzień był nudny. Ostatnio wszystko było nudne… Krople deszczu monotonnie bębniły w okno, powodując, że szesnastoletnia Krukonka zasypiała tuląc się w wygodnym fotelu. Ogrzewając swe drobne ciało w ciepłych, skórzanych pokryciach.

   On znowu z niej się śmiał…

  Nie zwracała uwagi na inne osoby siedzące w dormitorium Ravenclawu. Każdy rozmawiał, śmiał się lub poświęcał swój czas na naukę Eliksirów. W końcu miał być niebawem kolejny sprawdzian. Nie obawiała się dziwnych żartów swoich towarzyszy. Obawiała się jednego.

   Że znowu go spotka…

  Idąc nuciła znaną sobie piosenkę, którą wymyśliła zrywając śliwki samosterowalne. Wcześniej nie zastanawiała się głębiej nad słowami muzyki. Nie trafiały tak mocno jak teraz. W każdym dniu rozumiała i uczyła się życia. Tak jakby wcześniej nigdy nie żyła.

   Bo osoba zakochana, rozumie inaczej i głębiej…

   Próbowała ukrywać swe emocje na lekcji. Miała rozmarzony wyraz twarzy, wielkie oczy i niewielki uśmiech. Notowała na długim zwoju pergaminu, gdzieś na trzy stopy, malutkimi litereczkami. Miała o wiele więcej napisane niż reszta uczniów.

   Chciała zwrócić na sobie jego uwagę…

   Lekcja mijała powoli. Luna czekała na dzwonek oznaczający koniec lekcji, aby oddać pracę i uwolnić się z rąk czasu. Czas ma różne formy. Krótkie, długie… Nawet nijakie.

   Czas się dłuży i skróca, nie ma jednakowych dni, gdy kogoś lubisz… Nawet bardzo…

   Wetknęła za ucho różdżkę i znowu podążyła długim kamiennym korytarzem nie wiadomo gdzie. Chciała odetchnąć od myśli, od wybujałych marzeń jeszcze bardziej niemożliwych niż chrapaki krętorogie lub plumpki. 

   Chciała przestać być poniżana w jego obecności…

   Usiadła w sowiarni i poczęstowała przysmakiem śnieżno-białą sowę. Jedna łza osunęła się wzdłuż jej wychudzonego policzka. Po prostu nieraz miała ochotę popłakać w samotności. Posiedzieć na chłodnej posadce i otoczyć rękoma zmarznięte nogi.

   Karmiła ją miłość do arystokraty.

   Chciała poczytać książkę. Zatonąć w literach i zdaniach. Samogłoskach i spółgłoskach. Pragnęła by otoczyły ją sznurkiem wyrazów i nie pozwoliły opuścić tego stanu, gdzie mogła wyobrazić sobie, że jest jedną z bohaterek danej opowieści. Że może być drobinką kurzu…

   Na kurz można mieć alergie. Jest to taki pyłek ze sproszkowanych ziarenek piasku, ziemi, z cząsteczek różnych ciał…

   Za dużo czasu nie minęło, gdy wyszła na Błonia i stanęła niedaleko zielonego jeziora. Rozpuściła swe długie jasne loki na ciepłym wietrze i odpłynęła podróżując statkiem po własnej świadomości. Oddychając czystym i świeżym powietrzem, zatapiającym się w jej płucach.

   Chciała poczuć wolność od niego. Od uczucia, które wpędzało ją w szaleństwo… Troszkę innego szaleństwa niż zazwyczaj.

   Tak kończył się jeden dzień, idąc do zachodniej wieży Ravenclawu. Ponuro wchodziła na marmurowe schodki, trzymając się poręczy i kiwając raz w prawo, a raz w lewo głową. Jutro będzie jutro, pojutrze będzie pojutrze, a za pięć dni będzie pięć dni.

   Nikłe szanse rosną… lub gasną z każdym dniem…

   Marzyła nocami. Nie spała. Przypominała sobie jego stalowoszare oczy. Zimne jak lód. Srogie jak zima, które kłuło ją jak sople lodu za każdym razem jak się z niej naśmiewał.

   Uwielbiała patrzeć w jego oczy…

   Przychodziła na śniadania w Wielkiej Sali. Grzebała widelcem w galaretowatej jajecznicy. Podnosiła metalową łyżeczkę by zanurzyć w niej swoje podniebienie, waniliowy smak łagodził jej usta. W nozdrza powoli napływał słodki i kuszący aromat lasek tej przyprawy.
Uniosła głowę z nadzieją, że patrzy.
 
   Taką sama nadzieją, jak  przez kilka żmudnych lat…

   Zapisała się na dodatkowe zajęcia z transmutacji, bo on też się zapisał, lecz nie zwracał na nią uwagi. Siedział cicho skupiając się na swoim zadaniu.  Zwinnie przekształcając  przedmioty w zasięgu jego ręki. Powoli i starannie wymawiając dane zaklęcie. Jego głos był takim zaklęciem dla zaginionego serca Luny. 

   On nie zwracał uwagi na nikogo. Był tak samo samotny jak ona…

   Tygodnie mijały… Wyczerpana marzeniami zasypiała. Śniła o tej jasnej jak śnieg czuprynie. O tej bladej cerze i wąskich wargach. Zawsze chciała je dotknąć. Musnąć na chwilę swoimi malinowymi ustami. Przejechać delikatnie opuszkami palców… Jak we śnie, ale czy to nie był sen?

   Myślała o nim dnie i noce… Niezależnie od pory dnia…

   Wiedziała, że on ma misję. Misję, której nie popierała w żaden możliwy sposób. Widziała jak płakał z bezsilności, jak twardo walczy ze sobą. Jak łamał się w pół, bo piekło go ramię. Ona to wszystko obserwowała, przeżywała razem z nim. Chciała mu pomóc, ale co taka Pomyluna może zrobić.

   Pomyluna była Pomyluną. Wariatką, której nikt nie wierzył…

   Ubierała się nadal w te kolorowe stroje, aby nikt nie podejrzewał zmiany. Ale czy ktokolwiek się nią interesował? Nadal była uważana za radosną (może tak było, patrząc z innej perspektywy) i nie zważającą na wszelkie złośliwości innych osób. Zwyczajnie wszystkie smutki zostawiała głęboko w sobie, gdzie na koniec stawały się jak rozcięta rana przez kartkę papieru.

   Luna Lovegood zawsze była piątym kołem u wozu…

   Pałała dziwnym uczuciem do Ślizgona, którego jeszcze nigdy wcześniej nie miała. W sercu zostawiła puste miejsce. Specjalnie dla niego, aby w odpowiednim czasie mógł je zająć.

   By mógł w niej zostać na zawsze…
 
   Mimo że wątłe były szanse na zauważenie jej przez arystokratę, miała tą nadzieję, a gdy spoglądał na nią przez rozdzielające ich dwa stoły, serce podchodziło jej do gardła i płonęła niewyjaśnionym rumieńcem, niewinnie zwieszając głową w dół. 

   On potrzebował kogoś, ale chyba nie ją… Chyba… „Chyba” to nie słowo. To pięć liter, które posiadają niezwykłą moc. Tak jak „kocha”.

   Luna Lovegood kocha Dracona Malfoy’a. Tego cynicznego dupka, w którym widzi o wiele więcej niż inni. On kiedyś to doceni, zobaczy i zrozumie. Tak przynajmniej Luna mówiła sobie codziennie na wieczór, patrząc beztrosko na zachodzące słońce. Przyglądając się wolnym ptakom i powolnym drganiu na jeziorze. Obserwując bacznie podmuch wiatru i spadające liście z drzew.

   
W końcu nadszedł taki dzień, bo nigdy nie dawała za wygraną i mimo że nie miało prawa tak się stać, to stało się… Draco Malfoy zakochał się w Pomylunie. Zobaczył w niej coś, czego żadna inna dziewczyna nie miała. 

   Zaczął się interesować jej nocnymi przechadzkami na polanę, gdzie spokojnie mogła nakarmić testrale. Zwierzęta śmierci. Zaczął zauważać jej ucieczki do sowiarni. Znał na pamięć jej kartę dań, które na okrągło spożywała w czasie posiłku. Jak uwielbiała jeść pudding i popijać go sokiem z dyni. Zwrócił też uwagę jak dziewczyna go obserwuje, jak zawstydza się i rumieni na piękny różowy odcień.
Nie mógł uwierzyć, że dopiero teraz tak naprawdę to widzi. Jakby wcześniej jej w ogóle nie było. Nie istniała w jego szarym świecie. Ona wnosi w jego życie barwy. Kolory, których wcześniej nie miał.
I tak się dzieje, ponieważ nawet mała cząsteczka nadziei, nigdy nie sprawiła, że Luna przestała w coś wierzyć, a wierzyć potrafiła w wiele rzeczy. Tak naprawdę kto wie, czy to nie przez jej pewność  i wieloletnie uczucie do Ślizgona, nie sprawiło, że jest dobrze. Bo jest…

  On jest przy niej… I będzie…