Witam!
Wiem,że miniaturka nie powala, ale pisałam ją dość dawno temu. Postaram się miniaturki poprawić, aby nie miały one błędów oraz je trochę rozwinąć, ale póki co musicie mi wybaczyć wszystkie gafy i długą nieobecność. Mogę się jedynie tłumaczyć tym, że byłam w trakcie zmieniania szkoły i aktualnie mam mnóstwo zaległości, które muszę szybko nadrobić. Dziękuje za wszystkie komentarze i jeszcze raz przepraszam. Pozdrawiam i życzę miłego czytania moi drodzy
~ Arbuzek^^
---------------------------------------------------
Luna podskakiwała wzdłuż
korytarzy Hogwartu, czując na sobie rozbawione spojrzenia uczniów, czekających
na dzwonek. Była uśmiechnięta, w uszach podrygiwały rzodkiewko-kolczyki, a na
ramieniu miała zawieszoną torebkę z milionami koralików i piórek, które zdobiły
ją we wszystkich stronach świata. W rękach trzymała podręcznik do Eliksirów w
skórzanej okładce, który za moment miał być potrzebny do przeczytania
instrukcji na dwu godzinnych, morderczych lekcjach profesora Snape’a. I zaczęło
się. Po dzwonku weszła do pustej Sali, gdzie poustawiane były drewniane
stoliki, a na nich puste kociołki, w których za chwilę będzie bulgotać wrzący się
wywar. Na półkach stały obrzydliwe słoiki z nieznaną dla uczniów zawartością.
- Proszę zająć swoje miejsca.
Otworzyć podręcznik na stronie 275, przeczytać cały temat i wykonać eliksir
mądrości „ Magnum Ingenium” według instrukcji na stronie 394. Wszystkiego czego
potrzebujecie znajdziecie na półkach po prawej stronie klasy. Wszystkie
eliksiry proszę oddać mi na końcu drugiej godziny lekcyjnej, gdyż jest to
złożony eliksir i potrzeba na niego dużo czasu, aby wykonać go prawidłowo –
syknął w stronę uczniów i obrócił się w błyskawicznym tempie w kierunku swojego
biurka. - Zaczynać. Proszę nie zadawać
zbędnych pytań. Scott nie ta strona…
- Tak, panie profesorze –
powiedział Ślizgon i lekko poczerwieniał na twarzy, słysząc chichot Malfoya i
Zabiniego.
- Ma być całkowita cisza! –
przypomniał Mistrz Eliksirów. – Obniżę ocenę o cały jeden stopień, jeśli
usłyszę jakieś niepotrzebne wymiany zdań.
Lovegood z łaski swojej zawiąż swoje kudły i weź się do roboty, bo
znając twoje zdolności w tworzeniu eliksirów, podpalisz sobie włosy... Kogo ja
uczę?! – zapytał klasę, a odpowiedziało mu krojenie pestek żerunkuli, czyli
rośliny w jakiś sposób myślącej, co jest niezbędnym składnikiem do
przygotowania „ Magnum Ingenium”.
Nauczyciel zasiadł za swoim
wielkim, dębowym biurkiem, obrzucił klasę surowym spojrzeniem i wziął do ręki
pognieciony list, który prawdopodobnie na początku dostał się w ręce woźnego
Hogwartu- Filcha. O okno nieustannie odbijały się krople deszczu. Jest to
normalne biorąc pod uwagę trwający miesiąc, listopad. Na dworze było dosyć
mroźno i ponuro, a uczniowie chodzili w ciepłych ubraniach, mimo chroniących ich
przed zimnem grubych murów zamku. Niedługo zaczną się przygotowania na
grudzień, a w salach zaczną się pojawiać kolorowe łańcuchy i bombki, które
nadadzą barw pomieszczeń.
Minuty mijały coraz szybciej, a
czasu do oddania skończonych Eliksirów było bardzo mało, aż w końcu rozległ się
po klasach dzwonek, oznaczający koniec udręki dla niektórych uczniów, np. tych co
siedzieli w szklarni i przemoknięci do suchej nitki wracali z powrotem do szkoły. Luna już miała wychodzić z pomieszczenia, gdy nagle usłyszała za sobą
donośny głos Snape’a.
- Lovegood, proszę na chwilę
zostać, a ostatnia osoba niech zamknie za sobą drzwi – rozkazał i spojrzał
ponuro na zdziwionych uczniów.
Krukonka podeszła do biurka i
analizowała słowa profesora, robiąc przy okazji coraz większe oczy.
- Czyli ja mam rozmawiać z Draco,
aby nie zabił dyrektora? – zapytała cicho, lekko przerażona tym co usłyszała. –
Draco miał zabić dyrektora? A pan nie chce żeby to zrobił, więc wtedy jest
zmuszony do tego pa- an?
- Gratuluję trzeźwego umysłu
Lovegood.
- Ale dlaczego? – Luna zaczęła
mówić takim słabym głosem, że Snape jednak stwierdził, że nie jest trzeźwa.
- Ponieważ dostał zadanie od
Czarnego Pana, a ja przyrzekłem jego matce, że jeśli Draco stchórzy, ja będę
zmuszony do zabicia profesora Dumbledora. Nie chcę, żeby Draco stał się
Śmierciożercą takim jak inni. Jest młody i potrzebuje kogoś, kto mu wytłumaczy
na czym polega życie i dobro – powiedział i przez chwilę zaśmiał się w myślach
na jaki pomysł Lovegood wpadnie, aby zacząć rozmowę z młodym Ślizgonem. – Ale pod żadnym pozorem nie możesz powiedzieć
tego Wybrańcowi, ani nikomu innemu, bo wtedy i ty będziesz w śmiertelnym
niebezpieczeństwie – zakończył poważnie.
- Czemu ja…?
- Tylko ty jesteś na tyle
świrnięta, aby w szybkim tempie przekonać Dracona, żeby stchórzył i nie wykonał
zadania.
- No to dlaczego pan…? – nie
dokończyła.
- Ponieważ Draco ma całe życie
przed sobą, musi skończyć szkołę. Ja i tak jestem stracony, uczniowie w tej
szkole mnie nienawidzą, a teraz idź, bo zaczną coś podejrzewać – powiedział
srogo, a Krukonka szybko wyszła z Sali.
Profesor jeszcze długo siedział
samotnie przy biurku, zastanawiając się co teraz będzie. Draco nie mógł zabić
Dumbledora. Nigdy.
Pomyluna leżała w łóżku, nadal
wstrząśnięta tym co usłyszała. Draco Śmierciożercą? Profesor Snape też? Jak
przekonać Ślizgona, żeby stchórzył? To
przecież niemożliwe. Choć Luna dokonywała już niemożliwego nie raz. Potrafiła
rozumieć zwierzęta, wyłaniać ze złego dobro i cieszyć się jednym promykiem
słońca, nawet wtedy, gdy nic nie szło po jej myśli. Potrafiła wierzyć w nic i
czerpać nadzieję z zielonej trawy. Łapać powietrze w dłonie i zdmuchiwać je
wraz ze wszystkimi smutkami ku niebu, by i one znalazły swoje miejsce. Tak,
Luna miała moc uszczęśliwiania ludzi, ale czy spragniony władzy i docenienia
przez samego Czarnego Pana Ślizgon, to nie za wiele, aby wymagać od
nastoletniej dziewczyny „Pomyluny Lovegood”? I tak zmęczona dzisiejszym dniem
zasnęła, myśląc o tym, co będzie jutro.
Na śniadaniu nałożyła sobie na
talerz kawałek chleba i trochę jajecznicy, lecz zamiast normalnie jeść jak
zazwyczaj, dłubała widelcem, jeżdżąc po porcelanie. Układała je w samolociki,
chmury, samochody, lecz w myślach wędrowała o sposobie od którego zaczęłaby
rozmawiać z Malfoyem. Spojrzała na stół Slytherinu, gdzie jej spojrzenie jak na
złość skrzyżowało się ze stalowoszarym wzrokiem Ślizgona. Przytrzymała trochę
dłużej przypatrując się jego twarzy. Oderwała
kontakt, czując narastającą presję. Jej blond loki opadły, zasłaniając
częściowo twarz – Jak dobrze, że
związałam je na Eliksirach – pomyślała i cicho westchnęła, popijając powoli
sok dyniowy i uśmiechając się do Ginny, która przysiadła się stołu Krukonów.
- Jak miło cię widzieć, Ginny –
przywitała się i pogłaskała Pufka.
- Hej, Luna. Czemu nie jesz?-
zauważyła błyskawicznie przyjaciółka. – Chcesz puddingu?
- Nie, dziękuję. Nie mam apetytu.
Podejrzewam, że gnębiwtryski maczały w tym palce – zaśmiała się i zbliżyła swój nos do
puchatej kulki, tuląc się w jego ciepłym futerku. – Jaki on słodki, Ginny!
- Uważaj, bo zacznie cię
podgryzać!- ostrzegła i pogrążyła się w rozmowie z blondwłosą dziewczyną.
Luna budząc się następnego dnia,
postanowiła zacząć coś kombinować i mimo że nie miała żadnego planu, nie
zamartwiała się na za pas. Na lekcjach u profesora czuła się dziwnie
skrępowana. Ten często obserwował jej żmudne poczynania w robieniu
czegokolwiek.
Na jej szczęście, śledząc
Ślizgona, wypadł mu z kieszeni świstek
papieru, który wylądował pod stopami Luny. Ta widząc, że obok niego stoją tylko
Crabble i Goyle, a korytarz jest całkowicie pusty, stwierdziła, że jest to
idealna okazja do zaczepienia Malfoya. Stanęła po środku i zawołała swoim
rozmarzonym głosem, który budził niechęć zwłaszcza u Ślizgonów.
- Draco… Draco! – krzyknęła, a
młodzieniec szybko obrócił się w stronę dziewczyny.
- Czego chcesz Pomyluno? –
zawarczał. Nie lubił jej i nie zamierzał z nią rozmawiać.
- Coś ci wypadło – powiedziała
łagodnie i wysunęła rękę z tajemniczym papierkiem.
-
Oddawaj to wariatko i idź stąd, bo jeszcze ktoś zauważy, że ze mną gadasz.
Ślizgon
szybko wyrwał świstek z jej drobnej ręki i wcisnął do prawej kieszeni w
spodniach. Obrzucił dziewczynę pogardliwym spojrzeniem, a jego goryle zaciskali
pięści. Już miał się obrócić i odejść, gdy nagle usłyszał jej szept.
- Wiem
kim jesteś.
Najpierw
spojrzał na jej wisiorek z korków od kremowego piwa, a później na jej twarz.
Luna czuła się jakby była przewiercana od środka jego stalowoszarym wzrokiem.
Świetnie udawał.
- No to
chyba każdy wie, wariatko…- syknął, ale bez przekonania.
Dobrze wiedział o co tej pomylonej
kobiecie chodzi. Doskonale o tym wiedział. Teraz najchętniej przywarłby ją do
ściany i wymusił skąd to wie… Szkoda tylko, że stoją tutaj ci dwaj idioci,
którzy i tak w sumie nic nie zrozumieją, bo są za głupi… Więc może by tak kazać
im iść do dormitorium? I tak jest przerwa. Przy okazji zjedzą coś, bo nic nie
robią od godziny, niż to, że zawracają mi głowę jedzeniem. – pomyślał.
- Ej, wy… Idźcie stąd– rozkazał.
- Gdzie? – burknął Goyle, ten
szczuplejszy, ale bez przesady.
- A gdzie teraz szliśmy, idioto?
– zapytał, robiąc się na twarzy coraz bardziej blady ze złości.
- A tak… Rzeczywiście…
- No to spadać stąd.
Luna spokojnie czekała i słuchała
z zaciekawieniem tą inteligentną wymianę zdań między uczniami domu Slytherina.
Za uchem na wszelki wypadek czekała w gotowości przygotowana różdżka, mimo że
miała nikłe szanse na jakąkolwiek obronę przed nowo dołączonym do grona
Śmierciożerców Draconem. Wzrokiem odprowadziła dwóch goryli do końca pustego
korytarza i skierowała swoją głowę w arystokratę, który bacznie ją obserwował.
Po chwili jednak, gdy znaleźli się całkowicie sami w tym miejscu, szarpnął Lunę
za ramię, która wydała tylko cichy jęk i zaprowadził do jakiegoś kąta, odpychając ją w stronę
ściany.
- Skąd wiesz, Lovegood – szepnął,
bojąc się, że ktoś niechciany usłyszy ich rozmowę. W sumie nie wiedział czego
bardziej się bał. Czy tego, że ktoś go spotka w obecności „tego kogoś”, czy
wyjawienia jego tajemnicy.
- Eeemmm… Bo ja… Podsłuchałam cię
jak rozmawiałeś z profesorem Snape’em. – wpadła na pomysł.
- Ach tak?
- Yhm– potwierdziła skacząc w
miejscu. – I pomyślałam, że jesteś dobry i warto przekonać cię, żebyś nie
zabijał Dumbledora.
- Naprawdę? – udał zdziwienie .
- No tak… I chciałabym z tobą
porozmawiać o tym! – mówiła dalej, czując, że idzie w dobrym kierunku.
- Jestem taki szczęśliwy, że
Pomyluna Lovegood chce ze mną rozmawiać! Kiedy moglibyśmy zacząć?! – zapytał z
sztucznym uśmiechem.
- Jutro o 19:00 w sowiarni. Do
zobaczenia! – pożegnała się i szybko wyminęła chłopaka, który odprowadził ją
wzrokiem do końca korytarza.
- Jeszcze zobaczy ta mała… - nie
dokończył zdania i poszedł do lochów, śmiejąc się z jej naiwności.
Luna zadowolona ze swojego
postępu, zanurzyła się w ciepłej pościeli i powoli zasypiała. Śniło jej się, że
Dumbledore i wszyscy nauczyciele są dumni, że dzięki niej dyrektor Hogwartu
żyje, a Draco odszedł z grona Śmierciożerców. Trochę science-fiction- pomyślała
rano, po obudzeniu, kąpiąc się pod prysznicem. Na śniadaniu zjadła to co
zwykle, poszła na wszystkie lekcje i spokojnie wyczekiwała wieczoru,
zastanawiając się od czego zacząć. Wyszła powoli z dormitorium Ravenclawu,
zamykając za sobą drzwi i skierowała się w stronę sowiarni, gdzie bardzo często
karmiła sowy. Wiedząc, że rzadko tam ktokolwiek przychodzi, stwierdziła, że
jest to doskonałe miejsce na takiego typu rozmowy. Naciskając na klamkę,
usłyszała ciche chrząknięcie za sobą.
- Punktualna jesteś… O dziwo. To
słucham, jak zamierzasz mnie nakłonić , abym zrezygnował z zadania od samego
Czarnego Pana, Lovegood?
- Jeszcze nie wiem. Będę
interweniować– uśmiechnęła się do arystokraty, na co ten nie poruszył nawet
powieką. – Cieszę się, że tak szybko dało się ciebie namówić.
- Przypominam, że w ogóle mnie
nie namawiałaś.
- To w takim razie cieszę się z
twojego wyboru. Tak naprawdę, to się dziwię dlaczego tak szybko poszło.
- Stwierdziłem, że może odmienisz
moje życie w jakiś interesujący sposób– tłumił w sobie śmiech i założył swoje ręce do tyłu, wchodząc
rozważnym krokiem do sowiarni.
- Nabijasz się ze mnie?
- Wcale, przecież się nawet nie
uśmiecham.
- I to jest właśnie najgorsze w
tobie. W ogóle się nie uśmiechasz, a jak już to krzywisz usta w okrutny
półuśmiech, o ile można to tak nazwać. Śmiać też się nie umiesz – pocieszyła
Ślizgona swoimi słowami.
- Szczera do bólu Pomyluna. To
będą ciekawe rozmowy. Czuję to– zaszydził z Krukonki.
- Też tak mi się wydaje. Wierzysz
w coś, co nie istnieje, albo istnieje, tylko jeszcze tego nie odkryto?
- Oczywiście, że nie. Posłuchaj
samej siebie, Lovegood. Twoje zdania nie mają sensu.
- A ja wierzę – uśmiechnęła się i
zdjęła swój naszyjnik – On pozwala mi być sobą. Dzięki niemu czuję się
bezpieczna i wiem, że Nargle mnie nie zaatakują. Chcesz taki? – zapytała.
-Nie – warknął i wyjął różdżkę,
by się nią pobawić – Dla mnie różdżka pozwala mi być sobą i czuję się wtedy
bezpieczny.
- Ale za to ile masz Nargli… –westchnęła
i usiadła obok Ślizgona.
- Popatrz –
wskazał na swoją różdżkę. – W czym pomoże ci naszyjnik z korków od kremowego
piwa, jak zaatakuje cię dementor?- zapytał i odgarnął różdżką jej spadający
kosmyk włosów z czoła. Krukonka się wzdrygnęła. Zaśmiał się w duchu. Teraz
delikatnie przejechał jej po policzku, po czym szybko schował różdżkę z
powrotem. Lubił sprawiać zakłopotanie ludziom, a jeszcze większą czerpał
przyjemność, gdy tym kimś była Pomyluna– I nie skłamiesz mi, że poczułaś się
dziwnie.
- Poczułam, ale
biorąc pod uwagę, że ja ogółem jestem dziwna, nie wiem czy powinnam się tym
martwić, Draco.
- Pfff…
- Jesteś
szczęśliwy? Wydaje mi się, że nie… - powiedziała, nie dając mu dojść do słowa.
– Jesteś strasznie blady, masz podkrążone oczy, chudy i cały czas dokuczasz
Harry’emu.
- Co mnie
interesuje Potter? – zasyczał, zmieniając ton na znacznie zimniejszy.
- Nie lubisz
go, ponieważ nie chciał się z tobą przyjaźnić, prawda? Gdyby był twoim
przyjacielem, stałbyś się jeszcze bardziej popularny w szkole, a przede
wszystkim miałbyś wpływ na niego. Potrafiłbyś nim manipulować, śmiałby się
razem z tobą z uczniów z mugolskich i biednych rodzin. Harry stałby się zabawką
w twoich rękach. O wiele byłoby łatwiej…
Malfoy zwęził oczy. Ta idiotka
zawsze mówi to co myśli? Tą cholerną prawdę? Oczywiście, że byłoby mu łatwiej…
Od razu wydałby Pottera w ręce Voldemorta, a on stałby się najbardziej oddanym
sługą Czarnego Pana. Zyskałby jego zaufanie jak żaden inny Śmierciożerca.
- Nigdy w życiu
nie chciałem mieć styczności z Potterem, Lovegood– skłamał, a Luna
zachichotała. Jej śmiech odbił się od kamiennych ścian Hogwartu. - Tik tak…
Czas mija naszej rozmowy. Do widzenia.
Draco wstał, otrzepał
spodnie, upewniając się, że ma czyste i podszedł do drzwi.
- Za dwa dni w
Wieży Astronomicznej o tej samej godzinie?
- Nie
przeciążaj tak swojego umysłu Lovegood. Tyle informacji w jednym zdaniu. No no…
Bądź punktualna – zawarczał i nacisnął klamkę, gdzie skierował się w stronę
zimnego dormitorium Slytherinu.
Tak Lunie
mijały dni, rozmawiając z Draconem. Nadal nic nie mogło go przełamać. Dni co
raz szybciej mijały, a Ślizgon minimalnie otworzył się przed blondynką. Nie
zwracał na nią uwagi na korytarzach, dokuczał jej, gdy miał taką możliwość.
Można powiedzieć, że nic się nie zmieniło, oprócz małego szczegółu. Na jego
twarzy co raz częściej gościł tak zapomniany uśmiech podczas ich spotkań.
Szczery, bez żadnego cienia okrucieństwa. I tak po raz kolejny zaczęła rozmowę
w Wieży Astronomicznej.
- Świat jest piękny, jeśli
potrafisz zrozumieć mowę jakim się posługuje.
- A jeśli ja nie potrafię? –
syknął.
- Każdy potrafi. Wystarczy
posłuchać szumu morza, szelestu drzew, świerkających ptaków i słów zwierząt. A
żeby posłuchać, musisz w to wierzyć. Głęboko wierzyć. Tak, że wiara sięgnie
twojego najdalszego i najbardziej mrocznego kąta duszy. Wtedy cały czas będziesz
widział światło, które pomoże ci podejmować dobre decyzje. Ty na pewno już je
widzisz.
Ślizgon spojrzał na blondynkę i
na jego twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech, lecz po chwili zastąpił go
jeszcze bardziej posępnym wzrokiem, powodując, że atmosfera stała się
zimniejsza, a chłód na dworze jeszcze bardziej dokuczył zmarzniętym uczniom.
- Ale jak ja go nie zabiję,
zabije go Snape. Stchórzę, a tchórze są nikim.
- Myślisz, że lepiej być mordercą
niż nikim? – zapytała spokojnie.
- Ale ja jestem Śmierciożercą! –
krzyknął i gwałtownie wstał, odsłaniając czarny znak wypalony na bladej skórze
Draco.
Luna lekko przymrużyła oczy i cicho
chrząknęła. Bała się tego. Bała się po części Ślizgona, mimo że wiedziała, że
nic jej nie zrobi. Zgadzając się mu pomóc, naraziła i swoje życie. Nie była
pewna czy profesor Snape dobrze robi, prosząc ją, a raczej rozkazując, żeby
porozmawiała z Draco. Chłopak zrobił się bledszy, a na policzkach pojawiły się
rumieńce ze złości.
– Ich zadaniem jest zabijanie,
torturowanie i słuchanie się Czarnego Pana! Sam chciałem nim zostać. Bronię
mojej rodziny! Ty nie rozumiesz, że jak nie zabiję Dumbledora, to zginie moja
rodzina?! Ja MUSZĘ to zrobić! – szybko wypuścił powietrze z ust i spojrzał na
przestraszoną jego wybuchem złości Krukonkę.
- Draco…
- Weź już przestań… Wiem, że
Snape kazał ci że mną rozmawiać. Podsłuchiwałem się waszej rozmowie w Sali.
Myślisz, że to nie było podejrzane, gdy nagle Mistrz Eliksirów rozkazał ci
przyjść po lekcjach do siebie? I pewnie nadal myślisz, że możesz mi pomóc?
Jak?! Ty jesteś tylko nienormalną Krukonką z rzodkiewkami w uszach, uważana za
dziwadło w całej szkole! I tak najlepsze były twoje wypociny, aby w końcu
zwrócić na siebie moją uwagę. Trochę nędzne, więc musiałem ci pomóc, ponieważ
byłem ciekaw twoich bezsensownych rozmów o niczym. Najpierw specjalnie
wysunąłem ten świstek papieru, żebyś mogła mi go oddać, a później udawałem, że
nic nie wiem. Ubaw miałem po pachy, jak musiałaś się wytłumaczyć skąd to wiesz,
że jestem Śmierciożercą. Jak on mógł pomyśleć, że coś zmienisz? Pomyluna
Lovegood– prychnął gniewnie i obrzucił dziewczynę poniżającym wzrokiem.
Ta spuściła głowę, a jasne włosy
zasłoniły jej łzę, lecącą powoli po policzku. Kropelka wydrążyła mokry
korytarzyk na jej skórze. Poczuła lekkie
skrępowanie, siedząc przy nim w naszyjniku od kremowego piwa odstraszającego
Nargle z zielonymi spodniami i żółtym sweterkiem na sobie. Nie wiedziała, że
tak zareaguje. Zazwyczaj nie obchodziło ją zdanie innych. Nie licząc jej
przyjaciół. Może przez te rozmowy jakoś zbliżyła się do Ślizgona i mimowolnie
zdążyła go w pewien sposób polubić? Chłopak zarzucił tylko szatę na siebie i
wyszedł z Wieży Astronomicznej trzaskając drzwiami, na co Lovegood lekko
podskoczyła w miejscu. Szybko otarła twarz dłonią, cicho westchnęła i podeszła
do balkonu z którego najczęściej uczniowie badają przez teleskop gwiazdy i
zapisują na pożółkłych pergaminach. Łączą gwiazdozbiory i zapisują swoje
obserwacje, odkrywając wciąż nowe „małe słońca”. Pomyluna bardzo lubi
Astronomię. Jest to praktycznie jej drugi ulubiony przedmiot, zaraz po Opiece
Nad Magicznymi Stworzeniami. Spojrzała na granatowe niebo i przymknęła oczy,
czując na twarzy podmuch wiatru. Było już ciemno i zbliżała się noc, więc
musiała powoli wracać w kierunku dormitorium Ravenclawu, gdzie mogłaby
spokojnie przemyśleć i przeanalizować słowa blondyna, które były jak
najbardziej bolesne dla jej psychiki.
Odchodząc spojrzała się ostatni raz na swoją ulubioną gwiazdę i odeszła.
Draco zapalił kolejnego
papierosa, siedząc na szmaragdowym fotelu w dormitorium Slytherinu. Tam
wszystko był w kolorze zielonego i srebrnego, dokładnie tak jak herb tego
dumnego domu Hogwartu. Przejechał ręką po włosach, burząc jej idealne ułożenie
i ponownie tego wieczoru wypuścił szarawy dym z ust. Zgasił papierosa,
przyciskając mocno do szklanej popielniczki. Coś nie dawało mu spokoju… Dobrze
wiedział, że skrzywdził blondynkę swoimi słowami, ale taka była prawda. Ta
okropna, dobijająca prawda. I teraz nagle przypomniał sobie, że ona nigdy nie
powiedziała o nim żadnego złego zdania. Nawet wtedy, gdy ją poniżał, jak śmiał
się na lekcjach i na korytarzu, a nawet wtedy, gdy chował jej buty i oddawał w
ostatniej chwili. Zaśmiał się, jak na złego chłopca przystało i poszedł do
łazienki, przygotować się do burzliwego snu. Znów miał koszmar, gdzie Voldemort
torturuje jego ojca i matkę, grożąc mu, że jak nie wykona zadania, zabije ich
oby dwu. Te nocne koszmary nawiedzały go prawie co noc. Były nie do
wytrzymywania. Jego misja stała się dla niego taką udręką z jaką nigdy
wcześniej nie miał styczności, a na pewno była złą decyzją, bez żadnego światła
dobra. Bał się konsekwencji, bał się morderstwa, bał się Voldemorta i tego
przeklętego tchórzostwa.
Draco wciągu kolejnych dni nie mógł nawet
słowem odezwać się do Luny. Często omijała go na korytarzu, nie spoglądała na
niego, ani nie zapowiadała kolejnych wizyt we Wieży Astronomicznej. Czuł
poczucie winy, które zawładnęło jego ciałem. Co prawda to nie w jego stylu, ale
jednak… Jak ja mogłem skrzywdzić tak
niewinną osobę jaką jest Luna? – zapytał sam siebie pewnego dnia, gdy
minęło już sporo czasu, a blondynka zdawała się być bardziej pochmurna niż
kiedykolwiek wcześniej. Brakowało mu jej. Brakowało mu jej uśmiechu, pogody
ducha i tych wielkich rozmarzonych oczu, które również pojawiały się w jego
snach. Owładnęła nim całkowicie… Nie mógł uwierzyć, że Pomyluna może tak
uzależnić człowieka. Czuł coś czego nie umiał zinterpretować. Nawet przestał
myśleć o tej przeklętej sprawie, a zastąpiło to coś o wiele gorszego. Czuł
nienawiść do niej, ale jednocześnie pragnął ją mieć. Żeby była tylko jego i
nikt nie mógł jej dotknąć. Nie wiedział czy to miłość… Raczej rządza. Taka sama
jak chciał wstąpić do szeregów Voldemorta. Bo przecież Draco Malfoy jeszcze
nigdy nikogo nie kochał. A jeśli nigdy nie kochał, to przecież nie wie co to miłość i czym się
objawia… W końcu postanowił z nią porozmawiać. Idąc wieczorem po ciemnym
korytarzu, skierował się po schodach do dormitorium Ravenclawu. Niestety, jak
na złość tutaj jest ta kołatka, a on nie jest dobry w zgadywanki… Zagryzł wargę i spróbował jeszcze raz skupić
się na zagadce.
- Malfoy… - usłyszał warknięcie
za sobą.
- Croswell.
- Czego tu chcesz? Pomyliły ci
się domy?
- Szukam kogoś… Gdzie jest
Lovegood?
- Po co ci Pomyluna? – zapytał zdezorientowany
Krukon, jeden ze ścigających Ravenclawu.
- Nic ci do tego.
- Nie wiem, pałęta się po zamku… - powiedział, a Draco już dobrze wiedział,
gdzie przebywa dziewczyna.
Nie dziękując, szybko pobiegł w
stronę Wieży Astronomicznej. Zobaczył, że drzwi są lekko uchylone i po cichu
wsunął się do pomieszczenia. Ujrzał ją stojącą na balkonie w rozwianej białej
sukience i rozpuszczonych włosach. Wyglądała nieco inaczej… Była jeszcze
bardziej delikatna. Wyglądała jak rozkwitający kwiat, który zapowiadał się na
naprawdę piękny okaz. Być może i najpiękniejszy. Stała, a wiatr bawił się jej
włosami. Podszedł do niej od tyłu i pochwycił jej rękę jak najdelikatniej
potrafił. Dziewczyna zgięła lekko palce, powoli przesuwając paznokciem po
dłoniach arystokraty. Schylił się do jej ucha i szeptem wypowiedział jedno, ale
bardzo ważne słowo.
- Przepraszam.
Luna obróciła się z lekkim
uśmiechem na twarzy i przytuliła Malfoya.
- Obiecaj mi, że nie zrobisz tego
bez względu na wszystko… Zostań tchórzem, bo takiego cię potrzebuję…-
powiedziała.
- Obiecuję.