niedziela, 11 listopada 2018

Dobra decyzja


 Doberek!
No kochani wzięłam się i napisałam coś w końcu. Napisane dość szybko i chaotycznie, ale co tam. Dzisiaj Tuna! Pozdrowienia ślę wszystkim i miłego czytania życzę~ Arbuzek^^
-----------------------------------------------
Czy warto dostrzegać coś, czego inni nie potrafią dostrzec? Widzieć więcej i słyszeć więcej, a nawet czuć? Czy nie prościej być kimś normalnym i zaakceptowanym wśród innych? Czy trudno udawać kogoś normalnego, podczas, gdy jest się nienormalnym?

Theodore Nott długo myślał nad tym, co zamierza właśnie zrobić. Szybko opuścił dormitorium Slytherinu i lochy, po czym udał się na dwór, gdzie letnie, świeże powietrze  zachęcało uczniów do wyjścia z zamku. Niestety coraz mniej młodych czarodziejów miało ochotę na spacer po Błoniach. Od paru tygodni często odwiedzało szkołę kilku Śmierciożerców, których zadaniem było utrzymanie rygoru i porządku w czarodziejskiej szkole. Bowiem Hogwart przestał być bezpiecznym budynkiem odkąd Voldemort ponownie zaczął straszyć i zabijać. Nawet mugole wyczuwali, że dzieje się coś bardzo złego. Chłopak wszystko sobie zaplanował. Nie lubił spontanicznych decyzji. Zawsze miał wszystko poukładane, a gdy coś wychodziło poza jego kontrolę, robił się bardzo zdenerwowany. Przeszedł szybko przez Błonia, skrawek lasu i zatrzymał się przed kwitnącą o tej porze łąką, gdzie, jak zauważył, często przesiadywała Pomyluna Lovegood. Imponowało jemu, że dziewczyna nadal się nie boi sama wychodzić poza zamek. Sam w tej chwili odczuwał niepokój.
- Witaj Theodorze – uśmiechnęła się i nawet nie spoglądając na nowego przybysza, kontynuowała plecenie wianku z bratków i koniczyn.
 - Witaj, Lovegood – zdziwiony, próbował po sobie nie poznać, że Krukonka go zaskoczyła. Wydawało mu się, że nie widać go zza drzewa. Lekko zirytowany stanął naprzeciw Krukonki.
- Mam nadzieję, że nie masz złych zamiarów – szepnęła.
 - A boisz się? – zapytał i poprawił sobie koszulę, która lekko się pogniotła.        
 Luna spojrzała na Notta z zaciekawieniem i chłopak od razu wiedział, że jest zaniepokojona. Zaśmiał się pod nosem, widząc, że nawet Pomyluna odczuwa przed nim lęk. Kręcony kosmyk włosów osunął jej się na twarz, jakby specjalnie, zasłaniając jej purpurowe policzki, które nabrały koloru prawdopodobnie od wstydu.
- Dawno nikt tutaj nie przychodził oprócz mnie.
- Mało kto wie, że niedaleko zamku znajduje się taka ładna polana.
- Co cię tutaj sprowadza?
 Theodore usiadł niedaleko Luny, pamiętając o odpowiedniej odległości, aby Krukonka jeszcze bardziej się nie przestraszyła.
 - Nudziło mi się, to przyszedłem.
 - A tak naprawdę? – zapytała, nie patrząc na Ślizgona.
 - Tak naprawdę to chciałem pogadać.
 - O czym uczeń z samego Slytherinu może chcieć rozmawiać z Pomyluną? – podniosła głowę ze zdziwienia w kierunku Notta.
Theodore usłyszał w jej głosie pogardę, gdy wymawiała słowo „Śmierciożerca”, mimo że starała się to jak najbardziej ukryć.
 - Każdy w Hogwarcie wie, że jesteś zwariowana Lovegood i nawet nie chcę wiedzieć z czego to wynika. W tej szkole nikt już normalnie się nie zachowuje, każdy Ślizgon wywołuje respekt wobec innych. Już nie wspomnę o Śmierciożercach.
 - Oczekujesz, że będziemy razem pletli wianki – zaśmiała się Luna, pokazując Nottowi wianuszek z kwiatków, którego właśnie skończyła robić. Po chwili jednak ucichła, widząc powagę na twarzy Ślizgona. Coś jej nie pasowało.
 - Może nie tyle co pletli te wianki, a po prostu porozmawiali.
Luna spojrzała na Notta. Musiała nieco śmiesznie wyglądać. Usta miała lekko otworzone, oczy wielkie, ale znużone. Włosy potargane przez wiatr. Ubrana, jak zwykle kolorowo, mimo że w Hogwarcie obowiązywał teraz tylko i wyłącznie czarny mundurek, na którym Krukonka sobie wygodnie siedziała.
- Myślisz, że mogę ci zaufać?
- Myślę, że możesz.
- A czemu miałbym ci ufać?
-Bo i tak nikomu bym tego nie powiedziała. A nawet, gdyby się tak zdarzyło, to kto by w takie bzdury uwierzył, Lunie Lovegood, co? – spojrzała się radośnie na zielone oczy Theodora i nie opuszczała wzroku, dopóki Nott cicho nie westchnął.
- Ja nie chcę być Śmierciożercą.
Luna spojrzała się na Notta z taką intensywnością, że wyraźnie było można odczuć współczucie bijące od niej. Theodore poczuł, jak serce mu zaczyna szybciej bić. Wiedział, że jeśli znajdują się w pobliżu jacyś Śmierciożercy, nie zdąży się wykaraskać. Luna niespodziewanie dotknęła zimnymi opuszkami palców policzek Ślizgona, cały czas nie odrywając wzroku od jego oczu. Nott się obruszył i już miał się gwałtownie obrócić, gdy dziewczyna cofnęła dłoń. Nie odwróciła jednak wzroku, a jej ręka zawisła w powietrzu, jakby czas na chwilę się zatrzymał.
- To widać, Theodorze – szepnęła znużonym głosem, jakby mówiła dobranoc. Uśmiechnęła się. – Cieszę się, że nie chcesz być takim, jak oni.
- Chciałbym, żebyś mi pomogła. Rozmową – opamiętał się Nott. – Czarny Pan i moja rodzina, zwłaszcza ojciec, pragną, abym dołączył do grona Śmierciożerców. Jeśli dołączę…
- Już nigdy nie będziesz mógł pozbyć się tego miana. Rozumiem- dokończyła za niego Luna.- Nie rozumiem, jak mam ci pomóc. Boję się, że nie będę w stanie ci tego zaoferować- powiedziała smutno i spuściła wzrok, ponownie zabierając się za plecenie wianka, tym razem z różowej koniczyny.- Spróbuj robić to co ja. Weź kwiatek, możemy zrobić wianek.
Theodore przez chwilę stracił wiarę, że ta zwariowana Krukonka może mu w czymkolwiek pomóc. Po chwili jednak wyrwał z ziemi kawałek kwiatka i spróbował zapleść go w podobny sposób, do tego, co robiła Luna.
- Dobrze ci idzie- powiedziała Lovegood po dłuższej przerwie niezręcznej ciszy.
- Mówisz? – zapytał i podniósł swój wianek lekko unosząc kąciki ust. Nie uszło to uwadze spostrzegawczej Krukonce.
- Uśmiechasz się.
- Ja?
- Yhm – zaśmiała się- Widzisz, już coś się dzieje.
Luna wstała otrzepała swoje różowe, luźne ogrodniczki z ziemi i schowała wianek ostrożnie do środkowej kieszeni. Nott widząc, że dziewczyna się ubiera, sam wstał i nie wiedząc czy zatrzymać koniczyny, wsadził je ostatecznie do kieszeni swojego idealnie wyprasowanego garnituru.
- Miło mi się z tobą rozmawiało- powiedziała Luna, a Theodore zamyślił się czy w ogóle porozmawiali czy była to tylko wymiana zdań i bezkres ciszy, którą przerywało od czasu do czasu świergotanie ptaków i szum drzew.- To zobaczenia jutro, Theodorze – zawołała i pobiegła w stronę Hogwartu.
- Zaraz..- pomyślał-  Co? Jutro?
- Oczywiście, przecież mam ci pomóc, tak?- zaśmiała się radośnie Pomyluna, nie odwracając nawet swojej głowy, pozostawiając Notta w zamyśleniu czy dobrze zrobił prosząc taką zwariowaną osobę o cokolwiek. Mimo wszystko uśmiechnął się. Ponownie.

                                         ***
Nie wiedział, o której godzinie Lovegood zapragnęła się z nim spotkać, mówiąc do zobaczenia jutro, ale stwierdził, że pora ta jest właśnie porą ostatniego ich wspólnego spotkania. I nie mylił się. Z daleka ujrzał siedzącą po turecku Lunę w zwiewnej, białej sukience i jak zwykle- bosych stopach. Miała ona odchyloną ku niebu głowę i zamknięte oczy. Nott przyjrzał się Krukonce, obserwując jej niezwykle subtelną urodę.
- Usiądź, Theodorze.
Nott usiadł tak, jak mu rozkazała Luna i poczuł się lekko zawstydzony tym , że znowu dał się zaskoczyć jej nieprzewidywanymi słowami. Po chwili również usiadł po turecku i spojrzał się do góry. Luna zaśmiała się, mimo że cały czas miała zamknięte oczy.
- Ależ zrelaksuj się! To nic trudnego – zachichotała i spojrzała w końcu na Ślizgona,
Ten również spojrzał na nią i zamrugał.
- Co mam robić?- burknął.
- Zamknij oczy- szepnęła. – Zamknąłeś?
- Yhm.
Luna wzięła swoją rękę i zasłoniła oczy Nottowi.
- Teraz odchyl się tak, jakbyś spoglądał na niebo, ale mniej cały czas zamknięte oczy- ciągnęła monotonnie.- Poczuj, że żyjesz. Usłysz to, co chciałbyś usłyszeć, ale czego nigdy nie usłyszałeś. Poczuj powiew wiatru, jego smak, szorstkość, łagodność, pożądanie, nienawiść. Wyobraź sobie, że rośniesz. Jak drzewo. Wspinasz się ku górze. Zamieniasz się w ptaka. Szybujesz. Poznajesz lądy, oceany. Widzisz ból, szczęście, radość, tęsknotę. Widzisz, jak te wszystkie emocje formują się w wielką, nieokiełznaną kulkę. Następnie zamieniasz się w dziecko, a kula staje się piłką. Bawisz się nią i wyrzucasz, gdzieś daleko. Szukasz jej, ale nie znajdujesz. Mimo wszystko czujesz się szczęśliwy, bo możesz się bawić w coś innego. Zamieniasz się w ptaka i szybujesz jeszcze dalej, sięgasz chmur. Czujesz ich wilgoć i to, jak oblepiają ci pióra. Powoli spadasz w dół. Coraz szybciej. I jeszcze szybciej – szeptała- Boisz się, ale chcesz tak spadać w nieskończoność . Jesteś tuż nad ziemią. Upadasz, ale nie czujesz bólu. Nie czujesz już nic. Wstajesz. Jesteś człowiekiem. Wolnym czarodziejem. Bez burzy uczuć, ponieważ gdzieś sobie poleciała. Pragnący więcej światła, jak rosnące drzewo. Szczęśliwe dziecko, któremu nie brak wigoru i ambicji. Jak wszechwiedzący ptak, który po prostu w ciszy poznaje i uczy się wszystkiego. Widzisz to? Słyszysz to? Czujesz to? – powiedziała i spojrzała się na zamknięte oczy Notta.
- Wszystko jest w zasięgu twojej ręki. Twoje wybory są twoje. Życie twoje jest twoje. Wybór, kim chcesz się stać jest tylko i wyłącznie twoim wyborem, Theodorze. Otwórz oczy.
Nott zrobił to, co powiedziała mu Lovegood, lecz nadal spoglądał na niebo.
- Wybór, kim chcesz się stać jest tylko i wyłącznie twoim wyborem- powtórzył.
- Nikt nie może ci powiedzieć, kim masz być. Można ci jedynie pomóc w tym, ale ostateczna decyzja należy do ciebie- skrzywiła głowę na bok, patrząc na Theodora - Do zobaczenia jutro- wstała, założyła szatę i nie czekając na chłopaka udała się w kierunku zamku, pozostawiając Notta samego sobie.

                        ***

- Osobiście uważam, że jest piękny. A spójrz – powiedziała Luna o bratku i wskazała palcem na łąkę. - Dużo ich, prawda?
- Owszem. Ten praktycznie niczym się nie różni od tego obok.
- Właśnie. Jest taki sam, jak te wszystkie kwiatki, które tutaj rosną.
- Chcesz mi powiedzieć, że…
- Że każdy z nas jest piękny nawet wtedy, gdy nie wyróżniamy się czymś szczególnym.
- Ty we wszystkim dostrzegasz coś niezwykłego.
- I dlatego nazwano mnie Pomyluną, bo dostrzegam dobro w świecie, w którym panuje zło.
Luna zawiązała ostatni kwiatek na swoim wianku i go założyła.

                                   *** 

Jest niezwykła. Intrygująca. Jak anioł. Cudowna, piękna, mądra. Jak anioł. Pomyślał Nott, zanim powieki mu się nie zamknęły.

                                    ***
Theodore wiedział i czuł, co się zbliża. I jaka decyzja ciąży na jego sercu. Wiedział również, czego chce. I czego jest pewien. Po tylu rozmowach z tą zwariowaną Krukonką nie mógł wybrać inaczej. Ubrał się ciepło widząc za oknem padające płatki śniegu i ruszył w kierunku miejsca ich kolejnego spotkania. Ostatniego takiego. Po chwili zobaczył ją. Karmiła testrale. Podszedł.
- Ilu z nas chce się wyróżniać? A gdy naprawdę się czymś różnimy, to się tego wstydzimy. Próbujemy to zakryć. Stać się kimś, kim nie jesteśmy. To śmieszne, że niektórzy wstydzą się samego siebie – szepnęła jasnowłosa i nieśmiało się uśmiechnęła. – Też uważasz, że ten testral jest wyjątkowy?
- Chciałbym tak myśleć, ale nie widzę w nim nic cudownego.
Luna spojrzała się smutno na Theodora. Wiedziała, że u niego trudno wywołać zachwyt. Po chwili jednak uśmiechnęła się znowu, gdy Theodore zdjął swój szalik i oplótł nim nagą szyję Krukonki. Stali obok siebie, a dzieliło ich tylko parę centymetrów.
- Zapomniałam szalika. Dziękuję. Mam nadzieję, że chrybytki grypowitki nie zdążyły mnie zainfekować- zachichotała się.
- Zdecydowałem Luna- powiedział poważnie.- Stanę po waszej stronie. Wiem, że zawiodę rodzinę, ale..
- Jestem pewna, że wiedziałeś to już od pierwszego naszego spotkania- powiedziała radośnie.
- Co sądzisz o tym, że złym się jest od samego początku?
- Moja mamusia mówiła mi, że człowiek nie rodzi się złym, tylko inni ludzie i otoczenie wnikają w to, jacy później jesteśmy. Mówiła także, że niezależnie od tego jak będziemy się starać i tak będą mówili, że jest za mało. Dlatego staramy się być mili dla wszystkich, ale powinniśmy pamiętać również o własnym szczęściu. Rozumiesz?
 - Yhm. Czasami się tak nie da. Czasami nie mamy wyboru i często nie myślimy o własnym szczęściu, tylko walczymy o dobro dla rodziny. Nawet wtedy, gdy trzeba zrobić coś bardzo złego, aby ta rodzina miała spokój.
 - Ja też bym zrobiła wszystko, żeby mojego tatko wypuścili z Malfoy Manor. Ale boję się, że to niemożliwe, Theodorze.
Zapadła cisza. Krępująca.
- Nie chcę, aby to było nasze ostatnie spotkanie, Luno. Ja… Ja poczułem coś do ciebie. - powiedział nagle i złapał ją za rękę.
Luna spojrzała się głęboko w oczy Notta, a ten ponownie stwierdził, że nie ma nic piękniejszego od tych błękitnych oczu.
- Nikt nigdy nie powiedział terminu naszego ostatniego spotkania. To tylko ty sobie wmówiłeś, że przestaniemy się spotykać, gdy odnajdziesz tą właściwą drogę, Theo.
Nott po raz pierwszy usłyszał, jak Krukonka powiedziała zdrobniale jego imię. Uśmiechnął się z własnej głupoty.
- Było by mi bardzo przykro, gdybyś teraz się ze mną pożegnał i mielibyśmy widywać się tylko na korytarzu. Kto wie… Może bym pogrążyła się w smutku? – zaśmiała się.
- To znaczy, że..
- Tak, głuptasie. Też ciebie kocham- uszczypnęła go w policzek i pocałowała delikatnie w usta.  

Theodore jeszcze nigdy nie był tak pewny czegoś, jak teraz. Jak również jeszcze nigdy nie czuł się tak szczęśliwy, jak teraz. Otóż wiedział, że decyzja, jaką podjął była najlepszą decyzją, jaką tylko mógł podjąć.