Witam po długiej przerwie i zapraszam na kolejną miniaturkę!
---------------------------------------------------------
Jak wstałam rano po tysiącach przemyśleń, czułam się jednocześnie
smutna i szczęśliwa. Smutna, bo wiedziałam, że to tylko marzenia, a szczęśliwa,
ponieważ wiem, że marzenia się spełniają.
***
Odgarnęła czarne kosmyki z twarzy
i powoli wdychała uspokajającą lawendę, unoszącą się po całym pomieszczeniu.
Szybko się spakowała do torby i ruszyła ponownie tę samą ścieżką. Jest ona
bardzo długa i kręta, ukryta w cieniu lasu, który często opatulony jest przez gęstą
mgłę, jakby las spał na wieki. Wraz z nią porusza się ponura plamka, ukryta
gdzieś w mrocznych zakątkach. Śledzi postać fioletowymi oczami, widzi
wydobywającą się parę z ust, niemal słyszy jej oddech, już prawie czuje jej
sierść. Czarną niczym smoła. Straszną niczym śmierć.
- Jesteś dziwną osobą, Florry.
- June, powtarzasz mi to dzień w
dzień. Doskonale wiem kim jestem.
- Jesteś człowiekiem, ale jednak
innym. Inni ludzie nie rozmawiają z naszą rasą.
- Inni ludzie nie widzą waszej
rasy.
- Czyli jednak sprawdza się
powiedzenie, że to czego nie widzimy, nie oznacza wcale, że tego nie ma.
- Prawda i tego najbardziej się
obawiam – szepnęła Florry, czując niepokój.
Szybko przeskoczyła zamarzniętą
kałużę, jednocześnie widząc w niej twarz starego wilka. Pobiegła kilka kroków
dalej, a echo rozpostarło się po całym lesie.
- Czemu tu zawsze jest ciemno?
- Ponieważ my nie lubimy światła.
Dobrze o tym wiesz. Czemu więc zadajesz ponownie to pytanie?
- Nie wiem. Czuję się samotna w
tym lesie. Zamknięta, jak w jakiejś klatce. Z dala od ludzi, od ciepła…
- Chcesz mi powiedzieć, że masz
dość Florry? Lepiej nie mów takich rzeczy głośno. Tutaj każdy ma uszy.
- Boję się tu być. Zresztą… po co
ja ci to mówię. I tak potrafisz wyczuć strach.
- Masz rację. Śmierdzisz
niesamowicie strachem. Spróbuj tego nie okazywać.
- Nie potrafię.
Dziewczyna zaczęła szybciej
oddychać, szarpiąc się jednocześnie z głodną rośliną. Czuła bolesny ucisk w
okolicy prawego ucha. Przystanęła i pogładziła chudymi palcami okolice bólu.
- Znowu boli cię głowa?
- Yhm. Czemu ta droga musi być
taka długa?
- Ponieważ, jak dojdziesz do końca, to już tu nie wrócisz.
Tutaj, jak się wejdzie, to trudno wyjść. Tak został zaprojektowany las, moja
droga.
- Czemu akurat ja, June?! Nikt
mnie nie pytał czy chcę tutaj być!
- Zostałaś wybrana. Czuj się
wyjątkowo.
- Nie chce być wyjątkiem.
- Przykro mi. Już jesteś.
Rozejrzała się wokoło. Nerwowo
zaczęła mrugać. Stała na rozstaju dróg. Jedna z nich była bardziej zarośnięta,
a druga natomiast była wydeptana, jakby często uczęszczana. Zawsze szła tą
drugą. Nigdy nie próbowała skręcić w prawo. Zrobiła jeden, niezdecydowany krok
w kierunku zagęszczonej ścieżki. Po chwili stawiała pewne i duże kroki.
- Wydaje mi się, że źle robisz.
- Nie możesz tego wiedzieć.
- Oczywiście, że mogę, Florry.
Mieszkam tu od zawsze. Nigdy tędy nie przechodziłam.
- No właśnie, June. Więc nie masz
prawa mówić, że ta droga jest gorsza od tej częściej uczęszczanej.
- Może i tak, ale istnieje takie
coś jak instynkt. Z jakiegoś powodu nikt tędy nie chodzi.
- Dlatego będziemy tymi
pierwszymi.
Uśmiechnęła się ze swoich słów i
z dumą przedostawała się dalej i dalej w głąb lasu. Czuła podekscytowanie. Nie
mogła się doczekać czegoś.
- Ostatnio się zmieniłaś. Czemu
chcesz szukać nowej drogi ? Tamta była dobra.
- Może i była dobra, ale nie
wprowadzała żadnych zmian. Prowadziła do nikąd, a już na pewno nie do celu.
- Przecież tu jest ci dobrze! Nie
lubisz mnie?
- Tu nie chodzi o to, June. Tu
jest twój świat, ale mój jest położony gdzieś bardzo daleko stąd. Gdzieś za tym
lasem.
Stanęła przed wielkim głazem. Wdrapała
się na niego i zeskoczyła ponownie na ziemię. Podłoże było suche i twarde.
- Zimno.
- To normalne. Zimno cię
dekoncentruje. Niszczy twój mózg. Nie myślisz racjonalnie. Zamiast przejść obok
głazu, wolałaś na niego wejść i zeskoczyć. Gdzie tu logika dziewczyno? Gdzie tu
sens, tego co robisz?
- Nie wiem.
- Spróbuj się dowiedzieć.
Florry przyjrzała się starej
wilczycy. Miała ona wystraszone oczy. Szybko oddychała. Zjeżyła sierść na
grzbiecie i cicho zawarczała.
- Tam nie idź.
- Nie rozumiem – powiedziała czarnowłosa
i spojrzała się na wąski tunel, z którego na końcu wychodziło światło. –
Przecież tam jest słońce.
- Nie wszystko co jasne, jest
dobre, Florry.
- Ale przecież właśnie tego
szukam.
- Niczego nie szukasz. Tylko
sobie to wmówiłaś. Tam nie idź. Dla własnego dobra, Florry. Tam jest koniec
wszystkiego. Nie możesz… Prawidłowa droga jest tam na lewo. Przecież
niemożliwe, że już nie pamiętasz.
- Nie pamiętam. Przecież jeszcze
nas tu nie było.
- Przecież wierzysz mi, prawda? –
zapytała smutna wilczyca.
- Chyba tak – szepnęła Florry.
Twarz miała jednak inną niż zawsze. Jakby niepewną słów towarzyszki. Znowu
wrócił strach i niepokój. – Chyba tak.
- To chodźmy.
I stał się wir.
Mimo że cały czas miała otwarte
oczy, dopiero teraz zaczęła cokolwiek widzieć. Wiedziała, że znowu musiała się
rzucać, ponieważ została związana do niewygodnego łóżka, który uniemożliwił jej
ucieczkę oraz gwałtowne ruchy. W psychiatryku już tak jest. Siedziała zamknięta
w ciemnym pokoju. Znowu miała atak. Znowu widziała i słyszała coś czego nie ma.
Jakże okropnie nie cierpiała tej choroby, która doprowadziła ją do szaleństwa. Zaczęła
ufać komuś, kto nie istnieje. Czyli zaczęła ufać własnej chorobie. Sama
zatrzymuje się własnym umysłem, więc aby być zdrową, musi zwalczyć go. Najgorsze
jest to, że polubiła postać w swojej głowie, a w realistycznym życiu nie ma
nikogo.
***
Jednak znów przegrałam walkę ze sobą. Znów porzuciłam swoje marzenie, a
jest nim zostać normalną w tym świecie. Oh June… Chciałabym cię mieć, ale
jednocześnie wiem, że nie powinno cię tu być. Praktycznie byłam już tak blisko.
Widziałam już przejście do normalnych ludzi. Może następnym razem mi się uda.
Może następnym razem mnie nie zwodzisz.