poniedziałek, 7 maja 2018

Oh June




Witam po długiej przerwie i zapraszam na kolejną miniaturkę!
---------------------------------------------------------
 

Jak wstałam rano po tysiącach przemyśleń, czułam się jednocześnie smutna i szczęśliwa. Smutna, bo wiedziałam, że to tylko marzenia, a szczęśliwa, ponieważ wiem, że marzenia się spełniają. 

                                                                              ***

Odgarnęła czarne kosmyki z twarzy i powoli wdychała uspokajającą lawendę, unoszącą się po całym pomieszczeniu. Szybko się spakowała do torby i ruszyła ponownie tę samą ścieżką. Jest ona bardzo długa i kręta, ukryta w cieniu lasu, który często opatulony jest przez gęstą mgłę, jakby las spał na wieki. Wraz z nią porusza się ponura plamka, ukryta gdzieś w mrocznych zakątkach. Śledzi postać fioletowymi oczami, widzi wydobywającą się parę z ust, niemal słyszy jej oddech, już prawie czuje jej sierść. Czarną niczym smoła. Straszną niczym śmierć.
- Jesteś dziwną osobą, Florry.
- June, powtarzasz mi to dzień w dzień. Doskonale wiem kim jestem.
- Jesteś człowiekiem, ale jednak innym. Inni ludzie nie rozmawiają z naszą rasą.
- Inni ludzie nie widzą waszej rasy.
- Czyli jednak sprawdza się powiedzenie, że to czego nie widzimy, nie oznacza wcale, że tego nie ma.
- Prawda i tego najbardziej się obawiam – szepnęła Florry, czując niepokój.
Szybko przeskoczyła zamarzniętą kałużę, jednocześnie widząc w niej twarz starego wilka. Pobiegła kilka kroków dalej, a echo rozpostarło się po całym lesie.
- Czemu tu zawsze jest ciemno?
- Ponieważ my nie lubimy światła. Dobrze o tym wiesz. Czemu więc zadajesz ponownie to pytanie?
- Nie wiem. Czuję się samotna w tym lesie. Zamknięta, jak w jakiejś klatce. Z dala od ludzi, od ciepła…
- Chcesz mi powiedzieć, że masz dość Florry? Lepiej nie mów takich rzeczy głośno. Tutaj każdy ma uszy.
- Boję się tu być. Zresztą… po co ja ci to mówię. I tak potrafisz wyczuć strach.
- Masz rację. Śmierdzisz niesamowicie strachem. Spróbuj tego nie okazywać.
- Nie potrafię.
Dziewczyna zaczęła szybciej oddychać, szarpiąc się jednocześnie z głodną rośliną. Czuła bolesny ucisk w okolicy prawego ucha. Przystanęła i pogładziła chudymi palcami okolice bólu.
- Znowu boli cię głowa?
- Yhm. Czemu ta droga musi być taka długa?
- Ponieważ, jak  dojdziesz do końca, to już tu nie wrócisz. Tutaj, jak się wejdzie, to trudno wyjść. Tak został zaprojektowany las, moja droga.
- Czemu akurat ja, June?! Nikt mnie nie pytał czy chcę tutaj być!
- Zostałaś wybrana. Czuj się wyjątkowo.
- Nie chce być wyjątkiem.
- Przykro mi. Już jesteś.
Rozejrzała się wokoło. Nerwowo zaczęła mrugać. Stała na rozstaju dróg. Jedna z nich była bardziej zarośnięta, a druga natomiast była wydeptana, jakby często uczęszczana. Zawsze szła tą drugą. Nigdy nie próbowała skręcić w prawo. Zrobiła jeden, niezdecydowany krok w kierunku zagęszczonej ścieżki. Po chwili stawiała pewne i duże kroki.
- Wydaje mi się, że źle robisz.
- Nie możesz tego wiedzieć.
- Oczywiście, że mogę, Florry. Mieszkam tu od zawsze. Nigdy tędy nie przechodziłam.
- No właśnie, June. Więc nie masz prawa mówić, że ta droga jest gorsza od tej częściej uczęszczanej.
- Może i tak, ale istnieje takie coś jak instynkt. Z jakiegoś powodu nikt tędy nie chodzi.
- Dlatego będziemy tymi pierwszymi.
Uśmiechnęła się ze swoich słów i z dumą przedostawała się dalej i dalej w głąb lasu. Czuła podekscytowanie. Nie mogła się doczekać czegoś.
- Ostatnio się zmieniłaś. Czemu chcesz szukać nowej drogi ? Tamta była dobra.
- Może i była dobra, ale nie wprowadzała żadnych zmian. Prowadziła do nikąd, a już na pewno nie do celu.
- Przecież tu jest ci dobrze! Nie lubisz mnie?
- Tu nie chodzi o to, June. Tu jest twój świat, ale mój jest położony gdzieś bardzo daleko stąd. Gdzieś za tym lasem.
Stanęła przed wielkim głazem. Wdrapała się na niego i zeskoczyła ponownie na ziemię. Podłoże było suche i twarde.
- Zimno.
- To normalne. Zimno cię dekoncentruje. Niszczy twój mózg. Nie myślisz racjonalnie. Zamiast przejść obok głazu, wolałaś na niego wejść i zeskoczyć. Gdzie tu logika dziewczyno? Gdzie tu sens, tego co robisz?
- Nie wiem.
- Spróbuj się dowiedzieć.
Florry przyjrzała się starej wilczycy. Miała ona wystraszone oczy. Szybko oddychała. Zjeżyła sierść na grzbiecie i cicho zawarczała.
- Tam nie idź.
- Nie rozumiem – powiedziała czarnowłosa i spojrzała się na wąski tunel, z którego na końcu wychodziło światło. – Przecież tam jest słońce.
- Nie wszystko co jasne, jest dobre, Florry.
- Ale przecież właśnie tego szukam.
- Niczego nie szukasz. Tylko sobie to wmówiłaś. Tam nie idź. Dla własnego dobra, Florry. Tam jest koniec wszystkiego. Nie możesz… Prawidłowa droga jest tam na lewo. Przecież niemożliwe, że już nie pamiętasz.
- Nie pamiętam. Przecież jeszcze nas tu nie było.
- Przecież wierzysz mi, prawda? – zapytała smutna wilczyca.
- Chyba tak – szepnęła Florry. Twarz miała jednak inną niż zawsze. Jakby niepewną słów towarzyszki. Znowu wrócił strach i niepokój. – Chyba tak.
- To chodźmy.
I stał się wir.
Mimo że cały czas miała otwarte oczy, dopiero teraz zaczęła cokolwiek widzieć. Wiedziała, że znowu musiała się rzucać, ponieważ została związana do niewygodnego łóżka, który uniemożliwił jej ucieczkę oraz gwałtowne ruchy. W psychiatryku już tak jest. Siedziała zamknięta w ciemnym pokoju. Znowu miała atak. Znowu widziała i słyszała coś czego nie ma. Jakże okropnie nie cierpiała tej choroby, która doprowadziła ją do szaleństwa. Zaczęła ufać komuś, kto nie istnieje. Czyli zaczęła ufać własnej chorobie. Sama zatrzymuje się własnym umysłem, więc aby być zdrową, musi zwalczyć go. Najgorsze jest to, że polubiła postać w swojej głowie, a w realistycznym życiu nie ma nikogo.

                                                                              ***

Jednak znów przegrałam walkę ze sobą. Znów porzuciłam swoje marzenie, a jest nim zostać normalną w tym świecie. Oh June… Chciałabym cię mieć, ale jednocześnie wiem, że nie powinno cię tu być. Praktycznie byłam już tak blisko. Widziałam już przejście do normalnych ludzi. Może następnym razem mi się uda. Może następnym razem mnie nie zwodzisz.