piątek, 16 grudnia 2016

Nowy rok



 Witam wszystkich! Zbliżają się święta, a tym samym Nowy Rok! A więc łapcie sylwestrową miniaturkę. Przedstawiam Dralunę ♥
------------------------------------------------------

Luna opierała się o barierkę, stojąc  na kamiennym pomoście. Wiatr był bardzo mroźny, a płatki śniegu spadały na bladą twarz dziewczyny. Był grudzień, a dokładnie trzydziesty pierwszy dzień tego miesiąca. Zazwyczaj  Sylwestra spędza się w inny sposób. Tańczy się, wymyśla nowe postanowienia, jest się z osobą towarzyszącą. Dla Lovegood przyjaciółmi były Gnębiwtryski, które często wprawiają ludzi w paskudny nastrój, a towarzyszem Nargle, które spełniały razem z nią marzenia. Jak co roku była Krukonka przychodziła w to samo miejsce, aby w ten sam sposób powitać nowy rok. Dzisiaj mija dwudziesty piąty raz odkąd leżała jeszcze w kołysce, nie wiedząc co znaczy koniec i początek. Opatulona białym szalikiem, spojrzała się na taflę wody, gdzie zaczęły pojawiać się pierwsze fajerwerki w przeróżnych kolorach, mimo że jeszcze nie było charakterystycznego odliczania ostatnich dziesięciu sekund. Do końca brakowało ze dwadzieścia minut. Jedne fajerwerki były różowe, drugie niebieskie, a trzecie były złote jak smocze jajo. Barwy mieszały się ze sobą, tworząc na czarnym niebie naprawdę piękny widok. Mugole bardzo ładnie witają Nowy Rok. Czarodziejski świat po ostatniej wojnie z Lordem Voldemortem zmienił się. Od tamtego incydentu, czas jakby się zatrzymał. Każdy czarodziej stał się ponury, rodzice nie chcieli oddawać swoich dzieci do Hogwartu, nadal od tylu minionych lat bojąc się o swoje pociechy. Na samo wspomnienie wojny, Lovegood drżało ciało, a martwe twarze jej kolegów i koleżanek powracały przed jej oczyma. Wszystko stało się monotonne, a ludzie stali się takimi, jakich Luna najbardziej się obawiała. Teraz oglądała śmieszne wzorki na niebie, podziwiając jaskrawe kolory, które rozprzestrzeniały się po całej wielkiej plamie, jakby czarnej farby. Uśmiechnęła się i zanuciła pod nosem swoją ulubioną piosenkę, która zawsze wprawiała ją w dobry nastrój. Pogrążyła się we wspomnieniach kiedy jeszcze nosiła rzodkiewkowe kolczyki, naszyjnik od kremowego piwa, którego nadal nosi, ale tym razem ozdabiał jej szczupły nadgarstek. Przypomniała sobie Gwardię Dumbledora, Harry’ego który został aurorem . Dopiero teraz sobie uświadomiła, że nie widziała go już sporo lat, pomijając szare gazety, gdzie jego twarz zdobiła wszystkie pierwsze strony artykułów. Myślami popędziła do Nevilla. Tego pulchnego, uroczego chłopca… Teraz stał się surowym nauczycielem zielarstwa. Hermiona została ministrem Magii i Czarodziejstwa, a Ron także został ponurym, lecz sławnym aurorem. Kobieta często się zastanawiała czy lepiej być szczęśliwym, lecz pozostać takim jakim się jest czy stać się szaroburym człowiekiem, ale sławnym.
Odgarnęła kosmyk włosów za ucho i przekrzywiła głowę, spoglądając na ciemną osobę idącą w jej kierunku. Lekko przymrużyła oczy, w jej głowie brzmiał cichutki głos, który podpowiadał, że ma uciekać. Mogły się wydarzyć dwie rzeczy. Albo ten ktoś przejdzie i nic nie zrobi, albo (oczywiście w tym gorszym wypadku) zaczepi ją i będzie bardzo niedobrze. Z tego wszystkiego nie wzięła pod uwagę jeszcze jednej opcji, gdy ciemna postać zatrzymała się, patrząc na jej drżące dłonie. Nie wiadomo czy z zimna czy ze strachu. W ten sposób szybko przymknęła oczy, obawiając się najgorszego, gdy usłyszała szorstki głos.
- Witaj, Lovegood. Naprawdę myślisz, że ktoś może cię zaatakować? Nawet w świecie mugoli nikt cię nie tknie…

                      ***

                Minęło już trochę czasu. A dwoje młodych czarodziejów nadal rozmawia na bardzo trudny temat. Niedawno ucichły wrzaski odliczania, a na niebie wciąż eksplodowały przeróżne kolory tęczy.
- Boję się, że już wszystko na zawsze będzie takie smutne, bez cienia uśmiechu. Powoli zaczynam stawać się taka jak oni.
- Oczywiście, że powróci. Problem w tym, że musisz w końcu uwierzyć, że tak się stanie, bo jak sama powiedziałaś, ciemność powoli zabiera cię w swoje sidła. Uwierz… Szybciej i wygodniej odejść na ciemną stronę mocy, nawet wtedy, gdy Voldemort nie żyje, ponieważ dobro zawsze coś ma przed sobą. Jest pewna przeszkoda, aby dobro  wiedziało i przekonało się, że osoba która chce przejść na jej stronę jest tego pewna i nie ma w sobie ani trochę cienia wątpliwości. Wiem, że to skomplikowane…
- Każdy człowiek ma wątpliwości. Wszystko zależy od rozmiaru jakie ono jest. Jak osiąga rozmiary takie, że widzisz je przed oczami i zaplątało twój umysł, to jest za późno. A jeśli jest takie malutkie, że go nie odczuwasz, to jest dobrze – cicho powiedziała.
- Jednego nie rozumiem…
- Czego?
- Że wątpliwość może być dobra… Gdy miałem misję i za zadanie miałem uśmiercić Dumbledora, nie zrobiłem tego z powodu wątpliwości.
- Nie zrobiłeś tego, ponieważ bałeś się zniszczenia duszy. W sumie nie wiadomo czy wątpliwość jest zła czy dobra. Zostawmy to pytanie dla kogoś dużo mądrzejszego od nas.
- Więc co robimy?
- A co chcesz robić?
- Chcę cię zaprosić na rozgrzewające piwo kremowe za czasów naszych młodzieńczych lat, gdzie było mnóstwo wątpliwości. Albo może niezdecydowania. Zbrzydło mi się to słowo…
- Masz rację. Jest dokładnie dziesięć minut po północy – powiedziała, przyjrzawszy się zegarkowi. 

                   ***

Lunie mijał właśnie dwudziesty szósty raz, odkąd leżała w kołysce i nie wiedziała czym jest początek i koniec. Tak naprawdę nadal nie wie. Stoi na kamienistym pomoście, patrząc na odbicia fajerwerków w wodzie, a głowę trzyma opartą o twarde ramię Dracona Malfoy’a. Teraz nie myślą o ponurych czarodziejach od czasów wojny. Teraz wspominają chwile, jak dokładnie rok temu, spotkali się w tym samym miejscu i w tym samym czasie, gdzie niebo rozbłyskało się na wiele kolorów, tworząc naprawdę piękny obraz. Jakby ktoś wziął paletę do ręki i wszystkimi istniejącymi kolorami, narysował wielkie smugi na czarnym tle. Jedyna różnica jest taka, że odcienie są bardziej jaskrawe i żywsze, jakby były widziane przez zupełnie inne oczy. To wszystko wina miłości.

Koniec.

wtorek, 1 listopada 2016

Róża Eden



Witam! Kolejny miesiąc, kolejna miniaturka. Tym razem Tuna. Zapraszam!
----------------------------------------------
Wieczór, godzina kiedy wszyscy powinni spać, Pokój Życzeń. Historia dalej się toczy. Po środku pomieszczenia stoją naprzeciw siebie dwie nieporadne istoty. Albo poradne … Tylko o tym nie wiedzą. Ona – wariatka, jakiej świat nie znał, Pomyluna Lovegood, wiecznie uśmiechnięta dziewczyna. On- tajemniczy Ślizgon, Theodore Nott, mroczny chłopak bez uśmiechu. 

Spoglądają na siebie oceniającym wzrokiem. Sala, w której się znajdują jest wielkim pomieszczeniem, z tysiącami luster i ich odbić. Mieszane kolory czerni i pastelowej brzoskwini. Drewniane, twarde podłoże. Powolna muzyka wpadająca w ucho. Idealnie relaksująca dla wszystkich ludzi potrzebujących spokoju i odprężenia, taka, która zawiera emocje w samej sobie. Oni już kiedyś się widzieli.

 Dwoje ludzi myślących tak samo, ale trochę inaczej. Dwoje ludzi w Pokoju Życzeń z takim samym marzeniem, ale jednak innym. Przyglądają się sobie, szmaragd przeciwko akmarynowi. Walka między zielonym, a niebieskim. Muzyka gra co raz głośniej, tak samo jak ich emocje wzrastają. Nott zaczesał do tyłu swoje kruczoczarne włosy nadal pozostawiając je w artystycznym nieładzie i lekko odchylił głowę do tyłu, a Lovegood zamknęła powieki, delektując się dźwiękiem skrzypiec. 

Raz, dwa, trzy. 

Bujają się w tył i w przód, na prawo i lewo. Narastała presja, dziwna sytuacja pomiędzy dziwnymi ludźmi. Złapali się za ręce, nadal niepewnie, wczuwając się w nuty muzyki, by odpowiednio rozpocząć kroki. Jeszcze trochę bujania, dokładniejszy uścisk i zaczęło się. Nott lekko pochylił Lovegood do tyłu, odrzucając jej długie loki, a ona oddała się całkowicie grawitacji. Cicho się zaśmiała, czując jak puszcza od ziemi jedną ze swoich stóp. Postawił ją do pionu i obrót, w którym jej sukienka zafalowała w powietrzu. W chwili przerwy styknęli się czołami, czując własne oddechy, mieszające się ze sobą. Jakby wymieszać cukier i sól.
Raz, dwa, trzy.

 Dobrze przemyślane kroki stąpały na pięknej drewnianej posadce, a każde odbicie miało inną perspektywę, było samo w sobie wyjątkowe. Nott korzystając z nieuwagi Krukonki uśmiechnął się i oderwał dziewczynę od ziemi, podnosząc ją do góry. Poczuła się szczęśliwa i wolna. To tak jakby latała. Jakby zrobiła coś, czego inni nie mogą zrobić. Dwoje ludzi poczuli więź między sobą, zrozumienie i pełną swobodę. Chłopak, który nigdy się nie uśmiechał, uśmiechnął się, a dziewczyna, która zawsze chciała latać, macha stopami w powietrzu. Przez przypadek się spotkali, przez przypadek są w tym samym miejscu, gdzie tańczą, a nigdy nie zatańczyliby przy innych. Imię chłopaka rozpowszechniło się  po sali, jak echo w lesie. Słychać było śmiech i czuć było radość. W sumie nie wiadomo czy to przypadek czy przeznaczenie…

Raz, dwa, trzy.

Zanurzył swoją głowę w jej włosach, wdychając słodki zapach truskawek, dziewczyna niekoniecznie rozumiejąc co się dzieje, cały czas się śmiała. Czuła na swoich biodrach ręce ucznia Slytherinu, miała lekkie dreszcze przebiegające po jej plecach. Muzyka trochę zwolniła, wtuliła się w tors chłopaka, pozwalając się wyciszyć, by po chwili znów wirować w powietrzu. Zdjęła buty, odrzucając je za siebie. Mocno trzymała ramiona Notta, aby nie spaść, choć była pewna, że ten Ślizgon nie pozwoliłby jej stracić równowagi. Powoli jego perfumy napełniały ja całą od środka. Miały cudowny zapach mięty, mchu dębowego i ambry.

Raz, dwa, trzy.

Piosenka na chwilę stanęła, tak jak oni. Luna przyjrzała się jego głębokim rysom, a on jej zaróżowionym policzkom, które stały się odcieniem róży „Eden”. Dziewczyna lekko uchyliła usta, chcąc coś powiedzieć, lecz po chwili poczuła jego palec, dając do zrozumienia, że nie potrzeba żadnych słów, że słowa często burzą magię między ludźmi, że mają potężną moc, która czasami wszystko psuje, zamiast naprawiać. Otarł delikatnie jej policzek, bojąc się, że jej skóra jest bardzo wrażliwa  na dotyk, chociażby ten najbardziej delikatny, jaki człowiek może zrobić. Nie wiedział co robi i co będzie dalej. W tej chwili marzył tylko o tym, by ta chwila nigdy się nie skończyła. Aby trwała wiecznie i żeby mógł wiecznie patrzeć na ta dziwną osobę, jaką jest Luna. Muzyka dalej nie grała, jakby zatrzymała się w miejscu, dokładni jak oni. Tak jak oni chcieli… To był Pokój Życzeń. Chłopak przybliżył się jeszcze bardziej, spojrzał się przez chwilę w jej rozbawione oczy, w których wciąż widniała iskierka radości. Zawahał się, lecz przymknął powieki, złapał dziewczynę mocniej, a jej podbródek podtrzymał swoją dłonią. Musnął jej wargi. Najpierw powoli, aby dać dziewczynie czas na jakikolwiek sprzeciw, lec z nic takiego nie miało miejsca. Całował ją. Pomieszczenie zaszło mgłą, jakby powoli cofało się w czasie. Wszystko zaczęło wirować, a ich ciała rozmywały się jak piasek z plaży. 

Theodore obudził się w łóżku. Już się nie uśmiechał. Przed oczami miał Pomylunę w tej pięknej pastelowo brzoskwiniowej sukience, która wiecznie się śmiała. Czuł jakby jeszcze przed chwilą dotykał swoimi ustami jej wargi, jak tańczył i podnosił ją do góry, bo była niezwykle lekka. W uszach dzwoniła mu ta sama muzyka. Podniósł się z łóżka, poprawił włosy i sięgnął po srebrny zegarek, cenna pamiątka dumnej rodziny Nottów. Cyfry pokazywały grubo po godzinie drugiej w nocy. W dormitorium panowała ciemność i przeraźliwa cisza, lecz dało jednak się dojrzeć jasną czuprynę Malfoya. Wstał i nie wiedzieć czemu skierował się ku Pokojowi Życzeń. Szedł ciemnym korytarzem, wiedząc, że za wszelką cenę musi tam iść. Rozglądał się po bokach, widząc śpiące twarze znanych czarodziejów z portretów. Niektóre lekko pochrapywały. Na sobie miał luźny T-shirt i ciemnozielone dresy, które nijak się trzymały do garnituru w tym śnie…  Dotarł na siódme piętro, obrócił się i zobaczył ją. W różowej koszuli nocnej z jakimiś kolorowymi księżycami.
- Theodore? – zapytała, a jej cichy głos  Nott słyszał dwa razy głośniej.
- Luna?
- Miałeś ten sen?
-Miałem… O czym myślisz?
- O tym, że bardzo potrzebuje lustrzanej komnaty, gdzie będę mogła zatańczyć w brzoskwiniowej sukni  z przystojnym Ślizgonem i latać w powietrzu. A ty?
- Myślę o spokojnej muzyce, zapachu truskawek i odcieniu róży „Eden” – uśmiechnął się, a przed nimi ukazały się drzwi, które zapraszały do środka. 
 Chłopak wziął pod rękę, delikatną dłoń Luny, a z każdym krokiem zmieniały im się stroje, fryzury i nastrój.
- Teraz już wiem czego szukałem od początku szkoły… - szepnął. – Ciebie… To ty byłaś tą nieznajomą w moich snach. To dlatego zawsze się interesowałem co robisz i nienawidziłem jak ktoś się z ciebie śmiał, choć zdarzało się, że i ja nim byłem… Do teraz. Bo już odkryłem to co chciałem odkryć – powiedział i uszczypnął się.
- Co robisz?
- Sprawdzam czy to nie następny sen… Złuda. Sprawdzam czy to się dzieje naprawdę, że już się nic nie rozmaże.
- Na pewno nie…
- Historia dalej się toczy – szepnęli razem i spojrzeli sobie w oczy, wiedząc już, że odkryli to, nad czym zawsze się zastanawiali. 

Czyli siebie.

sobota, 1 października 2016

Królowa Czasu



Witajcie kochani!
Tym razem trochę filozofii. Miłego czytania!
------------------------------------------------------------
Odludzie, gdzie nikt nie mieszka, ciemne kolory i granatowe niebo ze srebrnymi błyskotkami. Wszystko samotne, a wraz z tą samotnością, samotna też istota, spoglądająca na niekończącą się przestrzeń.

- Mój czas przemija - powiedziała do siebie i spojrzała na spadającą gwiazdę. – Proszę, aby śmierć nie była czarna, bo czarny to dobry kolor. Gorzej  z szarym. Tak… Śmierć może być szara, nawet nazwa pasuje do nazwy. Pasują do siebie, tak jak pomarańczowy i żółty, niebieski i zielony. W końcu szary odnalazł swoją parę. Tak… Śmierć do dobry wybór dla szarego – położyła się na mokrej trawie i próbowała powstrzymać łzy. –  To jest moja ostatnia noc na tym świecie. Nie mogę pozwolić, aby coś tak banalnego jak ta kropelka, zamazała mi coś, nad czym warto się zastanawiać. Kosmos jest wartościowy, ponieważ nikt go całkowicie nie odkrył, a to, co jest nieodkryte, warte jest jego obejrzenia – zaśmiała się gorzko, analizując w głowie własne słowa.

Życie człowieka to taka jedna sekunda, porównując z życiem okruszka piasku, książki czy metalu, choć metal i tak zeżre rdza.

 – Czy to nie śmieszne, ale zarazem i cudowne, że mieszkamy na Ziemi? – pytała się drzew, które cicho szumiały, jakby chciały odpowiedzieć, lecz coś im nie pozwalało. A może myślą, że wystarczy tylko szumieć, by osoba słysząca ich dumny śpiew, zrozumiała ich język i nie potrzeba już więcej  jakichkolwiek słów w tej chwili. – Czy to nie głupie i smutne, że ludzie myślą, że są sami wśród tych galaktyk? – tym razem odpowiedziały jej przelatujące ptaki, które swoim świergotaniem chciały przekazać dziewczynie Tak, jest głupie, ale jakie smutne i leciały dalej odkrywać nowe miejsca i pouczać  przybyszy szukających odpowiedzi na te niesamowicie trudne pytania. – I ostatnie pytanie moi drodzy… - powiedziała. -  Czy warto jest żyć, by umrzeć i umrzeć, aby zacząć nowe życie? – czekała na jakiś głos.

Tym razem nikt nie znał odpowiedzi, więc nic nie wydało żadnego dźwięku. Nawet wiatr ucichł, drzewa przestały szeleścić liśćmi, a liście przestały chcieć się szeleścić. Ptaki nie zaświergotały, deszcz przestał padać, a latający samolot jakby zastał w miejscu. Zrobiła się nieskazitelna cisza, jakby została stworzona przez nieme głosy, mówiące nie wiem, nie wiem i takie echo niczego rozpościerało się wśród natury.
- No właśnie… Ja też nie wiem. Myślę, że w tej chwili nikt nie ma bladego pojęcia, dlatego zostawmy to w spokoju. Choć… Tak bardzo mnie to ciekawi, ehh… - zagryzła dolną wargę i zerknęła na księżyc, bojąc się, że on też zamilkł na dobre. Bo księżyc mówi… Mówi wszystkim dookoła. Posługuję się każdym dźwiękiem, a także światłem. 

Dziewczyna oparła się na swoich dłoniach i rozciągnęła parę kości. 

- Już możecie mówić. Nie pragnę tej odpowiedzi – powiedziała trochę niegrzecznie, ale skutek był natychmiastowy. Pozwoliła komuś przywrócić rzeczywistość.

 Ta niepozorna dziewczyna miała władzę nad czasem, lecz nigdy nie przyszło jej do głowy, aby nazwać się czas. Była kimś drugim, kimś kto przeszkadzał… Bo czas nie miał formy, a ona miała formę kobiety, więc nie byłoby to zgodne z egzystencją świata. Lecz jedno pytanie wciąż nasuwało jej się do głowy… Jeśli tylko ona może nad nim panować, to co się stanie jak umrze? Wtedy czas będzie miał nieograniczoną władzę, a wiadomo… Władza równa się szaleństwo. Będzie chodziło własnymi ścieżkami, przestanie być kontrolowane, zostanie królem przestrzeni, a świat zamąci się na zawsze. Albo po prostu ma tak być… Żeby było coś dobre, trzeba się poświęcić – pomyślała.

- Więc pewnie ja przeszkadzam w dobrym funkcjonowaniu…

- Wiu wiuuu… - odpowiedziały Drzewa, chcąc przekazać, że to prawda. Nie mogą być kontrolowane przez czas, a ona nimi kontroluje. Jest zbyt idealnie, sztucznie. 

- Świr, świr – zaświergotały Ptaki, mówiąc Drzewa są mądre, Drzewa mają rację. Ty musisz odejść, by życie było prawdziwe.

- Ale ja nie chcę, boję się śmierci... – szepnęła królowa czasu. Tak, to ona była królową, lecz do dobrego funkcjonowania potrzebny jest tylko król. Jak będzie ich dwoje, wciąż będą się sprzeczać. Ona będzie zatrzymywać, a on ponawiać. I tak bez końca…

- Szum szum… - mówił Wiatr Każdy kiedyś umrze. Nawet ja, pobawię się w wirze, zatonę w słońcu i przestanę istnieć, gdyż zastąpi mnie ktoś nowy. Zapewne rano to już nie będę ja, tylko inny wiatr.
- A ja myślałam, że jesteście nieśmiertelni…

 Rozległ się głuchy śmiech pana Księżyca. – Musisz to zrobić, kochanie… Wtedy życie odzyska równowagę czasową. Ale jak chcesz, będziesz mogła nadal rozmawiać ze mną, latać wokół nieznanych ci planet i będziesz się śmiała codziennie, bo będziesz wiedziała, że już nie umrzesz, że zrobiłaś coś dobrego dla Ziemi. Mimo że mnie kiedyś czas zabierze, to i tak będziemy razem. Ty będziesz latała swobodnie po kosmosie, a ja zamienię się w malutki, błyszczący okruszek pyłu, falujący za tobą w niekończącej się przestrzeni.

- Naprawdę?

- Naprawdę, a teraz musisz to zrobić, bo już słońce wschodzi i rozpoczyna się nowy dzień. Widzisz? Wtedy zniknę i pójdę dawać nadzieję innym – powiedział bardzo spokojnym głosem.

- Dobrze, ale obiecaj, że wciąż tu będziesz, gdy zniknę z tego świata.

- Obiecuję.

I w ten sposób mała istotka podeszła do skalistego wybrzeża, spoglądając na morze, które pogodnie uśmiechało się do niej. Teraz jej kolej. Ostatni uśmiech, ostatnia łza i ostatnie przepraszam skierowane do wszystkich, którym zatrzymała czas. Plum.

Przecież musiała. To ona była królową czasu. Życie stało się lepsze… Niby.

Życie nie stało się lepsze, jak mówili jej wszyscy. Przestało być kontrolowane. Czas stał się jedynym królem przestrzeni, a świat zamącił się na zawsze… Lecz mała istotka wciąż się uśmiechała, latając za księżycem. Niedługo i on zamieni się w pyłek i będą słuchać swoich marzeń. 

Królowa czasu umarła. Koniec.

niedziela, 4 września 2016

Ananasowe lody



    Witam wszystkich! Oto pojawiła się druga miniaturka o pairingu Draluna. Jeszcze wakacyjna, na pożegnanie lata. Zapraszam do przeczytania ♥
-----------------------------------------------------------------------------                                 
                Luna Lovegood szła mugolskimi uliczkami zmierzając do swojej ulubionej kawiarenki, gdzie przesiadywała pijąc kawę o smaku balonowej gumy do żucia. Za bardzo się nie zmieniła od czasów chodzenia do Hogwartu. Nadal zakładała przeróżne kreacje, na jej szyi wisiał naszyjnik z korków od kremowego piwa i miała rozmarzony wyraz twarzy. Jedyna większa różnica była w jej wieku. Niedawno  obchodziła właśnie swoje 25 urodziny. Teraz  jest umówiona ze swoją przyjaciółką z lat szkolnych- Ginny Weasley - aby opracować następny artykuł w gazecie „Wszystko dla wszystkich”, które podjęły się razem prowadzić. Kobiety już za czasów szkolnych zamierzały publikować razem własne artykuły. Obie projektowały stylizację dla każdej czarownicy i dodawały najciekawsze wiadomości z ubiegłych dni. Nikt by się nie spodziewał, że Pomyluna oraz Wiewióra mogą osiągnąć tak wielką karierę, ponieważ ich gazety są sprzedawane na cały magiczny świat, a najlepsze firmy zgłaszają się o nowe projekty dla swoich modelek. Tak właśnie dwie niezbyt doceniane osoby z Hogwartu stały się najbardziej szanowanymi czarownicami w całym magicznym świecie. Już Lovegood miała otwierać różowe drzwiczki kawiarenki, gdy ujrzała nadchodzącą rudą czuprynę.
            - Część kochana -przywitała się Ginny i przytuliła blondynkę. – Masz materiały?
            - Mam tutaj – uśmiechnęła się i podniosła do góry swoją czerwono- zieloną torebkę, ozdabianą żółtymi koralikami, które idealnie komponowały się z czerwoną sukienką kobiety. - Wchodzimy? Mamy mnóstwo spraw do omówienia. Poczynając od nowego przepisu na czekoladowe ciasteczka z imbirem, a kończąc na projekcie, którą zamówiła sama Sara Russell.
            - A dzisiaj dostałam nową propozycję zaprojektowania kapelusza dla… Zgadnij kogo!
            - Nie wiem… Mów szybko!
            - Rose Kennedy! To ta sławna aktorka, która grała w filmie „ Czarownice nie do zatrzymania”. Kocham to! – krzyknęła, a kilka mugoli spojrzało się na Ginny podejrzliwie. – No tak… Zapomniałam… Jesteśmy w jednej z londyńskich uliczek. Naprawdę nie możemy umawiać się gdzieś w bezpieczniejszych miejscach?
            - Nie, a co do filmu, nie widziałam go, ale mniejsza z tym – zaśmiała się i przycisnęła klamkę do drzwi, wchodząc do małej, ale uroczej kawiarenki.
            - Jak mogłaś tego nie widzieć – zdziwiła się Weasley. – Każdy zna ten film…
            - Najwyraźniej nie każdy. Tutaj siadamy?
            - Jak zawsze.
Przyjaciółki rozsiadły się na białych fotelach, wyciągając niezliczone ilości papieru i po chwili przyszła kelnerka z bardzo ładnym uśmiechem i zielonymi oczami.
            - O! Dzień dobry paniom! Co dzisiaj zamawiamy? – zapytała się miła, młoda dziewczyna, która z całą pewnością wiedziała co napisać na żółtej karteczce.
            - Ja to co zawsze, poproszę. Czyli kawa o smaku balonowej gumy do żucia i ciasteczko z kawałkami malin.
            - A dla pani?
            - A ja mrożoną herbatę i ten deser co zawsze. Nigdy nie mogę zapamiętać nazwy – zaśmiała się i puściła oczko w kierunku kelnerki.
Czekając na zamówienie, Luna spojrzała przez okno. Na niebieskie auta stojące po drugiej stronie chodnika, wielki szary budynek skąd wychodzą wszystkie ponure osoby i czarna latarenka, która oświetla noc. To wszystko było takie dziwne… Nie magiczne… Przejechała jeszcze raz wzrokiem po długiej ulicy, gdy zatrzymała się w połowie. To rzadkość widzieć Dracona Malfoya wśród mugoli. Do tego z Blaisem Zabinim! Szczyt!
            - Popatrz kto idzie, Ginny – powiedziała spokojnie.
            - Co? Kto? Jak i gdzie? – zapytała zdezorientowana i obróciła się w trybie natychmiastowym.
            - Nie tutaj. Spójrz przez okno.
            - Nie wierzę własnym oczom… Draco Malfoy i Blaise Zabini! – krzyknęła na cały głos.
            - Trochę ciszej, nie rób z tego takiej sensacji- pokręciła głową, dziękując za kawę, którą przyniosła miła kelnerka.
            - Słyszałaś o tym, że oni też prowadzą wielką firmę? Ostatnio zawarli jakiś ważny kontrakt… Ej, oni tu wchodzą – powiedziała przestraszona, widząc, że dwaj mężczyźni przekraczają próg kawiarenki. – Dobrze wyglądam? – zapytała szybko, poprawiając włosy, na co Lovegood tylko się zaśmiała.
            - Wyglądasz pięknie jak zawsze i przestań histeryzować jakby byli Merlin wie kim. Okey?

                                                           ***

            Blaise Zabini rozejrzał się po pomieszczeniu jednocześnie krzywiąc się na dominujący kolor różu i bieli.
            - Stary, serio? Akurat tutaj?
            - Tu przynajmniej nikt nas nie rozpozna…
            - JEST MILION TAKICH MIEJSC – powiedział akcentując każde słowo.
            - Nie marudź już… Popatrz, kelnerka jest niezła.
            -Fakt, ale mamy ważniejsze sprawy na głowie, a w tym różowym czymś nie mogę się skupić. Mało tego one tu są! – oburzył się.
            - Jakie one? – zapytał się.
            - No ta Pomyluna i Wiewióra…
            - Co? – parsknął śmiechem.
            - No tam – wskazał długim palcem na zgrabny stolik przy oknie.
            - A rzeczywiście. Wiesz co? Mam plan.
            - Jaki?
            - No wiesz… One teraz są redaktorkami tego popularnego wydawnictwa to może przeprowadzą z nami wywiad? To będzie darmowa reklama, a może nawet na tym zarobimy – uśmiechnął się z przekąsem i podszedł do stolika dziewczyn.
            - Witam drogie panie. Cóż za miłe spotkanie, nie sądzicie? – przywitał się, podając rękę kobietom, a za nim powtórzył gest jego wspólnik. – Możemy się dosiąść? – zapytał i nie czekając na odpowiedź przysiadł się do stolika.
- Już kilka lat minęło od zakończenia nauki, prawda? Jeszcze ktoś przezywa was per Pomyluna i Wiewióra? – wtrącił się Zabini.
            - Słuchaj per Czarnuchu! Jak masz zamiar nas obrażać to do wiedzenia! Zrobimy wam taką piękną reklamę, że zobaczycie! – krzyknęła była Gryfonka, a inni klienci zdziwieni odwrócili głowy w ich stronę.
            - Dobra, ja tylko żartowałem. I po pierwsze nie jestem czarny tylko ciemnobrązowy. Odróżniaj cerę rasistko…
            - Przejdźmy do konkretów. Czego właściwie panowie życzą sobie od nas? – zapytała rozmarzonym głosem Luna, a Ginny i Blaise przestali rzucać w siebie nienawistnymi spojrzeniami.
            - Po uzgodnieniu z moim wspólnikiem.
            - Taaa… - przerwał Malfoyowi, Ślizgon.
            - Postanowiliśmy zapytać się czy panie chcą z nami przeprowadzić wywiad na temat naszej firmy.
            - I co z tego będziemy miały? Jakieś korzyści?
            - Panno Weasley, bo rozumiem, że nie wyszła jeszcze pani za mąż, korzyści są takie, że my mamy darmową reklamę, a panie nowy pomysł do gazety. Ile ludzi szuka takich firm jak naszych? A ile czyta pani gazet?
Przyjaciółki wymieniły się spojrzeniami i skierowały się do wyczekujących mężczyzn.
            - Dobra!
            - Szybko poszło – zaśmiał się Blaise, a Malfoy szturchnął go w ramię.
            - W każdej chwili możemy zmienić zdanie. A kiedy panom pasuje termin do wywiadu? – zapytała się Luna, bo Ginny spuściła głowę podtrzymując się ręką na czole.
            - Za tydzień?
            - Za tydzień!? Człowieku my w tym tygodniu musimy wydać artykuł! – wybuchła rudowłosa.
            - Zrobimy tak, że wasz wywiad damy w następnej gazecie. Czyli za tydzień w tym samym miejscu, o tej samej godzinie, panie Malfoy? Bo widzę, że pana współpracownika niezbyt to interesuje… - powiedziała spokojnie, widząc Zabiniego krztuszącego się ze śmiechu.
            - Przepraszam za niego. Często ma głupawki.
            - O stary, przegiąłeś! Hahaha, współpracowniku…
            - Panowie już idą? – wtrąciła się wściekła Ginewra, która zrobiła się strasznie czerwona na twarzy.
            - Nie złość się tak. Złość piękności szkodzi – zażartował Blaise i wstał od stołu. – Do soboty miłe panie – kiwnął głową i wyszedł razem z Draco Malfoyem.
            - Nigdy więcej. Nie z nimi, Luna.
            - Spokojnie – zaśmiała się. – Przynajmniej będzie coś nowego w naszej gazecie. A teraz weźmy się do roboty, bo nigdy nie dokończymy tej pracy – powiedziała żwawo i łyknęła średniej kawy.

                                                                   ***

Na dworze powiewał wiatr, a słońce zakryło się za chmurami. Właśnie dzisiaj, gdy jest taka pogoda, miało odbyć się spotkanie. Luna zawsze myślała, że jak jest gorsza pogoda, więcej spraw nie wychodzi, więc musi założyć specjalny naszyjnik odstraszający złe pogodynki- stworzonka powstające w chmurach. Im więcej chmur tym więcej pogodynek.. Ubrała się w zwiewną, bladoróżową bluzkę we wzorki i długie, białe rurki. Do tego niebieskie trampki i pomarańczową torebkę. Musiała wyrównać jasność i ciemność. Gdy jest ciemno na dworze, zakładała jasne ubrania, lecz w sumie, gdy było słonecznie też ubierała się w tym kolorze. Luna nie tolerowała ciemnych barw w porównaniu do Ginny. A już najbardziej na świecie nie pasował jej szary. Przypominał jej nicość, bezbarwność, jakby połączenie dwóch nieistniejących kolorów. Uśmiechnięta kobieta wyszła ze swojego mieszkania i udała się do centrum miasta. Nie używała żadnego proszka Fiuu czy nie teleportowała się z jednego miejsca na drugie. Zresztą wzbudziłoby to jakieś podejrzenie wśród mugoli. Wolała przejść się i poobserwować życie innych osób, tworzyć z nimi grupę spieszących się ludzi i obdarowywać ich swoim uśmiechem co było dla nich tak niezrozumiałe. Zamknęła oczy, wyciągając głowę do odsłaniającego się słońca i dobrowolnie uśmiechnęła się stojąc po środku placu, wirując dookoła własnej osi, gdy nagle poczuła czyjąś rękę na ramieniu.
- Nie za dobrze pani?
- O! Dzień dobry panie Malfoy! – zawołała radośnie. – Właśnie zmierzam do kawiarenki, pan zdaje się też, prawda? Możemy iść razem – uśmiechnęła się i złapała mężczyznę za rękę.
- Tak właściwie to czekam na mojego współpracownika – powiedział szorstkim głosem, wyrywając swoją dłoń z uścisku. Nigdy nie pałał do Pomyluny jakąś specjalną sympatią.
- Coś mi się wydaje, że da radę samemu dojść do kawiarenki, panie Malfoy.
- Panno Lovegood – zaczął, lecz nie dane było mu dokończyć.
- Może przejdziemy na ty? Przecież znamy się od bardzo dawna – przerwała i spojrzała na dawnego Ślizgona. Zauważyła, że trochę się zmienił. Wydoroślał? Już nie miał tak okropnie przylizanych włosów i znacznie urósł. Przystojny był zawsze, ale jednak co do charakteru to nic. Żadnej poprawy. Ten sam szorstki i arogancki Draco Malfoy.
- Radziłbym nie zmieniać dotychczasowego stosunku, panno Lovegood.
- Nalegam – zaśmiała się i poszła tańczącym krokiem w kierunku lodziarni. – Chcesz? Ja uwielbiam smerfowe i mięte z czekoladą.
- Ja nie jem lodów.
- Jak można nie jeść lodów? – zapytała przerażona. – One dawają tyle szczęścia!
- Szczęścia? Lody nie powodują szczęścia, tylko chwilową radość.
- Ale czy ta chwila nie jest tego warta? Zawsze odbiera chwilę smutku – powiedziała, a Draco odsapnął z przekąsem.
- Jedną o smaku truskawki…
- I jeszcze jedną ananasową dla tego pana proszę – puściła oczko w stronę sprzedawczyni.
- Ładnie razem wyglądacie – powiedział zadowolona i podała rożka Lunie.
- My nie… Nic…
- Absolutnie – zaśmiała się blondynka i zapłaciła sprzedawczyni.
- To jak się masz po ukończeniu szkoły?
- A jak ma być? Założyłem z kumplem firmę i razem ją prowadzimy, nic więcej.
- Żona, dzieci?
- Żartujesz?! Nie mam czasu na takie bzdety.
- Oj, jeszcze kiedyś się przekonasz.
- A ty wariatko?
- Ja prowadzę wydawnictwo z Ginny i jest świetnie.
- Mąż, dzieci?
- Też nie mam czasu… Cały czas muszę pisać i projektować nowe rzeczy, aby cokolwiek wydać w artykule.
- Więc sama widzisz jak to jest. Ty wiesz, że w sumie dobre są te lody? – powiedział i po raz pierwszy od spotkania Luna zauważyła uśmiech na jego twarzy.
- Powinieneś więcej się uśmiechać.
- Co? – zaśmiał się.
- Ludzie powinni widzieć, że ktoś jest radosny. Może wtedy nauczą się razem z nami się śmiać.
- Mugole mnie nie interesują. Co prawda nie darzę już ich taką nienawiścią jak kiedyś, ale są mi obojętni.
- A ty mieszkasz w Londynie?
- Nie, po prostu teleportuję się, bo mam dość niektórych czarodziejów.
- Ja mieszkam tutaj, Ginny też. Tutaj tworzymy i projektujemy, a sprzedajemy w czarodziejskim świecie.
- A mugole się jeszcze nie zorientowali?
- Nie. Nie używamy czarów, posługujemy się normalnym piórem, a ruszające się zdjęcia robimy prywatnie w mieszkaniu. Następnie przenosimy się za pomocą proszka Fiuu i przekazujemy nasze gazety ministerstwu Magii, gdzie wywołują kopie i sprzedawają je na całym  magicznym świecie. Później przysyłają nam dochody za pomocą specjalnej sowy i tak działa nasze wydawnictwo.
- Nie boisz się, że ktoś coś zauważy? – zapytał.
- Nie. Czyli ty wtedy byłeś w Londynie, aby odpocząć od tych wszystkich ludzi?
- Brawo. Jestem pod wrażeniem…
- Po prostu podsumowuję twoje słowa…
- Jeszcze miałem sprawę do omówienia z Blaisem i weszliśmy do tej kawiarni. No i wtedy zobaczyliśmy was i wpadłem na pomysł z reklamą naszej firmy i już.
- A tą sprawę omówiliście przed czy po spotkaniu z nami?
- Po, bo przecież wyszliśmy. Nie chcieliśmy przy was tego omawiać.
- Mówisz jakby to było coś super tajnego – zaśmiała się i spojrzała na blondyna, na co on się zatrzymał.
- A skąd masz pewność, że to nie było tajne? – zapytał. - Nie noo… Po prostu musieliśmy pogadać i już. – powiedział, widząc przerażoną twarz dziewczyny.
- I w końcu dogadaliście się?
- Mało tego, będziemy mieli darmową reklamę – uśmiechnął się arogancko i wyrzucił do najbliższego kosza papierek od lodów. Która godzina? Blaise będzie wściekły…
- Przynajmniej zjadłeś loda, więc cicho – szturchnęła go ramieniem. – Musimy już iść, bo się spóźnimy. Za dziesięć druga.
Po przejściu przez kilka uliczek zobaczyli małą, uroczą kawiarenkę. Draco otworzył drzwi, przepuszczając Lunę i wszedł do środka. Na starym miejscu siedzieli Ginny Weasley i Blaise Zabini, którzy nad czymś bardzo dyskutowali, aż w końcu Ruda wstała i przyłożyła siarczystego policzka jego współpracownikowi.
- Ginny! – zawołała Lovegood.
- Nie będę z nim pisać żadnego wywiadu!
- Stary, jak mogłeś mnie zostawić! – krzyknął, widząc Dracona śmiejącego się z zaistniałej sytuacji. – Ta wariatka się na mnie rzuciła! Dotąd myślałem, że Pomyluna ma nierówno pod sufitem, ale najwyraźniej jest to zaraźliwe – burknął.
- Dobra, już nie zwalaj na każdego winę i uspokój się. Nie masz pięciu lat.
- Łatwo ci mówić. Widzę, że ty się z Lovegood dobrze bawiłeś.
- Po pierwsze nie bawiłem, tylko rozmawiałem o działalności firmy. Im szybciej zaczniemy ten wywiad, tym lepiej.
- Ja nie robię z nim żadnego wywiadu! – zawarczała Weasley, ale Lovegood wzięła ją za ramię i posadziła na kanapie przy stoliku.
- Cisza! Jak jeszcze raz ktoś niepotrzebnie się odezwie to nie ręczę za siebie! – krzyknęła Krukonka, na co kelnerka przyniosła cztery herbatki Melissy z ciastkami czekoladowymi.
- Dziś za darmo – mrugnęła i szybko wróciła do klienta.
- Nie lubię tej herbaty.
- Czarny pij to!
- Skąd mam wiedzieć, że nic tam nie dodałaś?
- Jak miałam coś dodać, jeśli – lecz nie dane było jej dokończyć, bo Draco w zaskakującym tempie pochwycił dwa ciastka i włożył im do ust co uniemożliwiało wymówienie jakiegokolwiek słowa.
- Smacznego kochasie.
Luna wyjęła ze swojej torby zeszyty i długopisy do potrzebnych notatek. Malfoy w trakcie obserwował jej wyczyny uwolnienia pióra z jakichś sznureczków. Nagle naszła go pokusa by przyjrzeć się twarzy blondynki. Miała duże, niebieskie oczy, pełne malinowe usta i jasną cerę. Bardzo ładnie wyglądała, gdy się uśmiechała. Długie blond loki opadały jej na ramiona, a ona  raz czasem poprawiała kosmyki włosów jednym, zgrabnym ruchem ręki. Nadal nosiła kolczyki w kształcie rzodkiewek i naszyjnik z korków od kremowego piwa. Bardzo lubiła pastelowe kolory. W sumie Pomyluna w całej tej dziecinności jest wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. W szkole często jej dokuczał, przezywał i chował trampki po całym Hogwarcie, ale czy to nie było powodowane, bo chciał zwrócić na niej swoją uwagę? Może...
- Smoku! Dobrze się czujesz? – zapytał Blaise. Najwyraźniej zjadł już ciastko.
- Eemm… Tak, a co? – rozejrzał się i wszystkie twarze były skierowane ku niemu.
- Gapiłeś się w jedno miejsce, przy okazji robiąc dziwny uśmieszek jakbyś był otumaniony człowieku…
- Sam jesteś otumaniony, mój wierny współpracowniku – zażartował.
- Możemy już zacząć? – odezwał się rozmarzony głos.
- No raczej… Widzisz jacy są skoncentrowani. Ten jest otumaniony, a drugi cały czas je te ciastka. Zostaw je! Ja też mam prawo do jedzenia ciastek!
- Nie byłbym tego taki pewien. Z tego co wiem, wy, kobiety, musicie trzymać formę, bo inaczej tyjecie, jesteście wściekłe, że zjadłyście i wyżywacie się na innych. Następnie pytacie się ludzi, czy jesteście grube i jak ktoś odpowie prawdę mówicie, że jest debilem oraz przysięgacie sobie i całemu światu, że już nie tkniecie słodyczy, pójdziecie na dietę, a i tak wszystko pożeracie w mgnieniu oka. Pamiętaj… To działa jak narkotyk, skarbie.
- Pacan. Tyle jesz tych czekoladowych rzeczy, że sam zrobiłeś się tego koloru.
- A ty przybierasz takiej samej barwy jak twoje włosy, wiesz?
- Stop! – krzyknęła Luna, czując niepokojącą atmosferę.
- Umówcie się, nie wiem, na kawę lub coś i wtedy pogadajcie, a nie! – wtrącił się Malfoy, a dwójka ludzi spojrzało na siebie wyzywająco – Zaczynamy?
W trakcie wywiadu, czwórka dorosłych ludzi śmiała się, nieraz dokuczała w przypadku Ginny i Zabiniego, jednym zdaniem miło spędzili ze sobą czas. Kto by pomyślał, że dawni wrogowie mogą przełamać swoje bariery i zapomnieć o dawnych czasach. Luna, gdy już wychodziła chwilę poczekała na swoją przyjaciółkę. Najwyraźniej umawiała się z Blaisem Zabinim, aby się jeszcze trochę pokłócić. I dobrze… Tak ładnie ze sobą wyglądali. Szybko pożegnały się z byłymi Ślizgonami i wyszły z uroczej kawiarenki. Na dworze było już ciemno, a gwiazdy i księżyc srebrzały na granatowym niebie. Idąc kamiennym chodnikiem, powoli zapalały się lampy i dało się wyczuć na własnej skórze przyjemne dreszcze na lekkim chłodzie. Kobiety rozdzieliły się i każda poszła do swoich mieszkań.
               Luna na drugi dzień wstała, spojrzała przez okno, jakby miało na nią coś czekać. Była trochę zawiedziona, że to koniec znajomości z dwoma Ślizgonami. To była taka mała odskocznia od codziennej monotonii. Podążając długim białym korytarzem w srebrzystej pidżamie, wpadła do salonu, gdzie natychmiast zauważyła bukiet białych róż. Uśmiechnęła się pod nosem (pewnie od tej miłej sąsiadki, której pomogła wnieść zakupy do domu) i jej wzrok znów padł na stół. Kątem oka zauważyła karteczkę, pochwyciła za jednym zamachem i powoli odczytała  krótki liścik.


To kiedy się spotykamy? Jutro o 16.00 przy lodach?

Chętnie jeszcze raz zjem ananasowe ~ Draco Malfoy

PS. Nie odpisuj, bo wiem, że przyjdziesz.

            Zaśmiała się i nucąc podbiegła do kuchni, gdzie wyjęła wąski wazonik, nalewając do środka wody. Zaparzyła sobie mocnej kawy, powąchała róże, które zdążyły nasączyć się perfumami arystokraty i upadła na kanapę cały czas się śmiejąc.               
- A jednak - szepnęła.