Witam wszystkich! Zbliżają się święta, a tym samym Nowy Rok! A więc łapcie sylwestrową miniaturkę. Przedstawiam Dralunę ♥
------------------------------------------------------
Luna opierała się o barierkę, stojąc na kamiennym pomoście. Wiatr był bardzo
mroźny, a płatki śniegu spadały na bladą twarz dziewczyny. Był grudzień, a
dokładnie trzydziesty pierwszy dzień tego miesiąca. Zazwyczaj Sylwestra spędza się w inny sposób. Tańczy
się, wymyśla nowe postanowienia, jest się z osobą towarzyszącą. Dla Lovegood
przyjaciółmi były Gnębiwtryski, które często wprawiają ludzi w paskudny
nastrój, a towarzyszem Nargle, które spełniały razem z nią marzenia. Jak co
roku była Krukonka przychodziła w to samo miejsce, aby w ten sam sposób powitać
nowy rok. Dzisiaj mija dwudziesty piąty raz odkąd leżała jeszcze w kołysce, nie
wiedząc co znaczy koniec i początek. Opatulona białym szalikiem, spojrzała się
na taflę wody, gdzie zaczęły pojawiać się pierwsze fajerwerki w przeróżnych
kolorach, mimo że jeszcze nie było charakterystycznego odliczania ostatnich
dziesięciu sekund. Do końca brakowało ze dwadzieścia minut. Jedne fajerwerki były
różowe, drugie niebieskie, a trzecie były złote jak smocze jajo. Barwy mieszały
się ze sobą, tworząc na czarnym niebie naprawdę piękny widok. Mugole bardzo
ładnie witają Nowy Rok. Czarodziejski świat po ostatniej wojnie z Lordem
Voldemortem zmienił się. Od tamtego incydentu, czas jakby się zatrzymał. Każdy
czarodziej stał się ponury, rodzice nie chcieli oddawać swoich dzieci do
Hogwartu, nadal od tylu minionych lat bojąc się o swoje pociechy. Na samo
wspomnienie wojny, Lovegood drżało ciało, a martwe twarze jej kolegów i
koleżanek powracały przed jej oczyma. Wszystko stało się monotonne, a ludzie
stali się takimi, jakich Luna najbardziej się obawiała. Teraz oglądała śmieszne
wzorki na niebie, podziwiając jaskrawe kolory, które rozprzestrzeniały się po
całej wielkiej plamie, jakby czarnej farby. Uśmiechnęła się i zanuciła pod
nosem swoją ulubioną piosenkę, która zawsze wprawiała ją w dobry nastrój.
Pogrążyła się we wspomnieniach kiedy jeszcze nosiła rzodkiewkowe kolczyki,
naszyjnik od kremowego piwa, którego nadal nosi, ale tym razem ozdabiał jej
szczupły nadgarstek. Przypomniała sobie Gwardię Dumbledora, Harry’ego który
został aurorem . Dopiero teraz sobie uświadomiła, że nie widziała go już sporo
lat, pomijając szare gazety, gdzie jego twarz zdobiła wszystkie pierwsze strony
artykułów. Myślami popędziła do Nevilla. Tego pulchnego, uroczego chłopca…
Teraz stał się surowym nauczycielem zielarstwa. Hermiona została ministrem
Magii i Czarodziejstwa, a Ron także został ponurym, lecz sławnym aurorem.
Kobieta często się zastanawiała czy lepiej być szczęśliwym, lecz pozostać takim
jakim się jest czy stać się szaroburym człowiekiem, ale sławnym.
Odgarnęła kosmyk włosów za ucho i
przekrzywiła głowę, spoglądając na ciemną osobę idącą w jej kierunku. Lekko
przymrużyła oczy, w jej głowie brzmiał cichutki głos, który podpowiadał, że ma
uciekać. Mogły się wydarzyć dwie rzeczy. Albo ten ktoś przejdzie i nic nie
zrobi, albo (oczywiście w tym gorszym wypadku) zaczepi ją i będzie bardzo
niedobrze. Z tego wszystkiego nie wzięła pod uwagę jeszcze jednej opcji, gdy
ciemna postać zatrzymała się, patrząc na jej drżące dłonie. Nie wiadomo czy z
zimna czy ze strachu. W ten sposób szybko przymknęła oczy, obawiając się
najgorszego, gdy usłyszała szorstki głos.
- Witaj, Lovegood. Naprawdę
myślisz, że ktoś może cię zaatakować? Nawet w świecie mugoli nikt cię nie
tknie…
***
Minęło już
trochę czasu. A dwoje młodych czarodziejów nadal rozmawia na bardzo trudny
temat. Niedawno ucichły wrzaski odliczania, a na niebie wciąż eksplodowały
przeróżne kolory tęczy.
- Boję się, że już wszystko na
zawsze będzie takie smutne, bez cienia uśmiechu. Powoli zaczynam stawać się
taka jak oni.
- Oczywiście, że powróci. Problem
w tym, że musisz w końcu uwierzyć, że tak się stanie, bo jak sama powiedziałaś,
ciemność powoli zabiera cię w swoje sidła. Uwierz… Szybciej i wygodniej odejść
na ciemną stronę mocy, nawet wtedy, gdy Voldemort nie żyje, ponieważ dobro
zawsze coś ma przed sobą. Jest pewna przeszkoda, aby dobro wiedziało i przekonało się, że osoba która
chce przejść na jej stronę jest tego pewna i nie ma w sobie ani trochę cienia
wątpliwości. Wiem, że to skomplikowane…
- Każdy człowiek ma wątpliwości.
Wszystko zależy od rozmiaru jakie ono jest. Jak osiąga rozmiary takie, że
widzisz je przed oczami i zaplątało twój umysł, to jest za późno. A jeśli jest
takie malutkie, że go nie odczuwasz, to jest dobrze – cicho powiedziała.
- Jednego nie rozumiem…
- Czego?
- Że wątpliwość może być dobra…
Gdy miałem misję i za zadanie miałem uśmiercić Dumbledora, nie zrobiłem tego z
powodu wątpliwości.
- Nie zrobiłeś tego, ponieważ
bałeś się zniszczenia duszy. W sumie nie wiadomo czy wątpliwość jest zła czy
dobra. Zostawmy to pytanie dla kogoś dużo mądrzejszego od nas.
- Więc co robimy?
- A co chcesz robić?
- Chcę cię zaprosić na
rozgrzewające piwo kremowe za czasów naszych młodzieńczych lat, gdzie było
mnóstwo wątpliwości. Albo może niezdecydowania. Zbrzydło mi się to słowo…
- Masz rację. Jest dokładnie
dziesięć minut po północy – powiedziała, przyjrzawszy się zegarkowi.
***
Lunie mijał właśnie dwudziesty
szósty raz, odkąd leżała w kołysce i nie wiedziała czym jest początek i koniec.
Tak naprawdę nadal nie wie. Stoi na kamienistym pomoście, patrząc na odbicia
fajerwerków w wodzie, a głowę trzyma opartą o twarde ramię Dracona Malfoy’a.
Teraz nie myślą o ponurych czarodziejach od czasów wojny. Teraz wspominają
chwile, jak dokładnie rok temu, spotkali się w tym samym miejscu i w tym samym
czasie, gdzie niebo rozbłyskało się na wiele kolorów, tworząc naprawdę piękny
obraz. Jakby ktoś wziął paletę do ręki i wszystkimi istniejącymi kolorami,
narysował wielkie smugi na czarnym tle. Jedyna różnica jest taka, że odcienie
są bardziej jaskrawe i żywsze, jakby były widziane przez zupełnie inne oczy. To
wszystko wina miłości.
Koniec.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz