Witam! Kolejny miesiąc, kolejna miniaturka. Tym razem Tuna. Zapraszam!
----------------------------------------------
Wieczór, godzina kiedy wszyscy
powinni spać, Pokój Życzeń. Historia dalej się toczy. Po środku pomieszczenia
stoją naprzeciw siebie dwie nieporadne istoty. Albo poradne … Tylko o tym nie
wiedzą. Ona – wariatka, jakiej świat nie znał, Pomyluna Lovegood, wiecznie
uśmiechnięta dziewczyna. On- tajemniczy Ślizgon, Theodore Nott, mroczny chłopak
bez uśmiechu.
Spoglądają na siebie oceniającym
wzrokiem. Sala, w której się znajdują jest wielkim pomieszczeniem, z tysiącami
luster i ich odbić. Mieszane kolory czerni i pastelowej brzoskwini. Drewniane,
twarde podłoże. Powolna muzyka wpadająca w ucho. Idealnie relaksująca dla
wszystkich ludzi potrzebujących spokoju i odprężenia, taka, która zawiera
emocje w samej sobie. Oni już kiedyś się widzieli.
Dwoje ludzi myślących tak samo, ale trochę
inaczej. Dwoje ludzi w Pokoju Życzeń z takim samym marzeniem, ale jednak innym.
Przyglądają się sobie, szmaragd przeciwko akmarynowi. Walka między zielonym, a
niebieskim. Muzyka gra co raz głośniej, tak samo jak ich emocje wzrastają. Nott
zaczesał do tyłu swoje kruczoczarne włosy nadal pozostawiając je w artystycznym
nieładzie i lekko odchylił głowę do tyłu, a Lovegood zamknęła powieki,
delektując się dźwiękiem skrzypiec.
Raz, dwa, trzy.
Bujają się w tył i w przód, na
prawo i lewo. Narastała presja, dziwna sytuacja pomiędzy dziwnymi ludźmi.
Złapali się za ręce, nadal niepewnie, wczuwając się w nuty muzyki, by
odpowiednio rozpocząć kroki. Jeszcze trochę bujania, dokładniejszy uścisk i
zaczęło się. Nott lekko pochylił Lovegood do tyłu, odrzucając jej długie loki,
a ona oddała się całkowicie grawitacji. Cicho się zaśmiała, czując jak puszcza
od ziemi jedną ze swoich stóp. Postawił ją do pionu i obrót, w którym jej
sukienka zafalowała w powietrzu. W chwili przerwy styknęli się czołami, czując
własne oddechy, mieszające się ze sobą. Jakby wymieszać cukier i sól.
Raz, dwa, trzy.
Dobrze przemyślane kroki stąpały na pięknej
drewnianej posadce, a każde odbicie miało inną perspektywę, było samo w sobie
wyjątkowe. Nott korzystając z nieuwagi Krukonki uśmiechnął się i oderwał
dziewczynę od ziemi, podnosząc ją do góry. Poczuła się szczęśliwa i wolna. To
tak jakby latała. Jakby zrobiła coś, czego inni nie mogą zrobić. Dwoje ludzi
poczuli więź między sobą, zrozumienie i pełną swobodę. Chłopak, który nigdy się
nie uśmiechał, uśmiechnął się, a dziewczyna, która zawsze chciała latać, macha
stopami w powietrzu. Przez przypadek się spotkali, przez przypadek są w tym samym
miejscu, gdzie tańczą, a nigdy nie zatańczyliby przy innych. Imię chłopaka
rozpowszechniło się po sali, jak echo w
lesie. Słychać było śmiech i czuć było radość. W sumie nie wiadomo czy to
przypadek czy przeznaczenie…
Raz, dwa, trzy.
Zanurzył swoją głowę w jej
włosach, wdychając słodki zapach truskawek, dziewczyna niekoniecznie rozumiejąc
co się dzieje, cały czas się śmiała. Czuła na swoich biodrach ręce ucznia
Slytherinu, miała lekkie dreszcze przebiegające po jej plecach. Muzyka trochę
zwolniła, wtuliła się w tors chłopaka, pozwalając się wyciszyć, by po chwili
znów wirować w powietrzu. Zdjęła buty, odrzucając je za siebie. Mocno trzymała
ramiona Notta, aby nie spaść, choć była pewna, że ten Ślizgon nie pozwoliłby
jej stracić równowagi. Powoli jego perfumy napełniały ja całą od środka. Miały
cudowny zapach mięty, mchu dębowego i ambry.
Raz, dwa, trzy.
Piosenka na chwilę stanęła, tak
jak oni. Luna przyjrzała się jego głębokim rysom, a on jej zaróżowionym
policzkom, które stały się odcieniem róży „Eden”. Dziewczyna lekko uchyliła usta,
chcąc coś powiedzieć, lecz po chwili poczuła jego palec, dając do zrozumienia,
że nie potrzeba żadnych słów, że słowa często burzą magię między ludźmi, że
mają potężną moc, która czasami wszystko psuje, zamiast naprawiać. Otarł
delikatnie jej policzek, bojąc się, że jej skóra jest bardzo wrażliwa na dotyk, chociażby ten najbardziej delikatny,
jaki człowiek może zrobić. Nie wiedział co robi i co będzie dalej. W tej chwili
marzył tylko o tym, by ta chwila nigdy się nie skończyła. Aby trwała wiecznie i
żeby mógł wiecznie patrzeć na ta dziwną osobę, jaką jest Luna. Muzyka dalej nie
grała, jakby zatrzymała się w miejscu, dokładni jak oni. Tak jak oni chcieli…
To był Pokój Życzeń. Chłopak przybliżył się jeszcze bardziej, spojrzał się przez
chwilę w jej rozbawione oczy, w których wciąż widniała iskierka radości. Zawahał
się, lecz przymknął powieki, złapał dziewczynę mocniej, a jej podbródek
podtrzymał swoją dłonią. Musnął jej wargi. Najpierw powoli, aby dać dziewczynie
czas na jakikolwiek sprzeciw, lec z nic takiego nie miało miejsca. Całował ją.
Pomieszczenie zaszło mgłą, jakby powoli cofało się w czasie. Wszystko zaczęło
wirować, a ich ciała rozmywały się jak piasek z plaży.
Theodore obudził się w łóżku. Już
się nie uśmiechał. Przed oczami miał Pomylunę w tej pięknej pastelowo
brzoskwiniowej sukience, która wiecznie się śmiała. Czuł jakby jeszcze przed
chwilą dotykał swoimi ustami jej wargi, jak tańczył i podnosił ją do góry, bo
była niezwykle lekka. W uszach dzwoniła mu ta sama muzyka. Podniósł się z
łóżka, poprawił włosy i sięgnął po srebrny zegarek, cenna pamiątka dumnej
rodziny Nottów. Cyfry pokazywały grubo po godzinie drugiej w nocy. W
dormitorium panowała ciemność i przeraźliwa cisza, lecz dało jednak się dojrzeć
jasną czuprynę Malfoya. Wstał i nie wiedzieć czemu skierował się ku Pokojowi
Życzeń. Szedł ciemnym korytarzem, wiedząc, że za wszelką cenę musi tam iść.
Rozglądał się po bokach, widząc śpiące twarze znanych czarodziejów z portretów.
Niektóre lekko pochrapywały. Na sobie miał luźny T-shirt i ciemnozielone dresy,
które nijak się trzymały do garnituru w tym śnie… Dotarł na siódme piętro, obrócił się i
zobaczył ją. W różowej koszuli nocnej z jakimiś kolorowymi księżycami.
- Theodore? – zapytała, a jej
cichy głos Nott słyszał dwa razy
głośniej.
- Luna?
- Miałeś ten sen?
-Miałem… O czym myślisz?
- O tym, że bardzo potrzebuje
lustrzanej komnaty, gdzie będę mogła zatańczyć w brzoskwiniowej sukni z przystojnym Ślizgonem i latać w powietrzu.
A ty?
- Myślę o spokojnej muzyce, zapachu
truskawek i odcieniu róży „Eden” – uśmiechnął się, a przed nimi ukazały się
drzwi, które zapraszały do środka.
Chłopak wziął pod rękę, delikatną
dłoń Luny, a z każdym krokiem zmieniały im się stroje, fryzury i nastrój.
- Teraz już wiem czego szukałem
od początku szkoły… - szepnął. – Ciebie… To ty byłaś tą nieznajomą w moich
snach. To dlatego zawsze się interesowałem co robisz i nienawidziłem jak ktoś
się z ciebie śmiał, choć zdarzało się, że i ja nim byłem… Do teraz. Bo już
odkryłem to co chciałem odkryć – powiedział i uszczypnął się.
- Co robisz?
- Sprawdzam czy to nie następny
sen… Złuda. Sprawdzam czy to się dzieje naprawdę, że już się nic nie rozmaże.
- Na pewno nie…
- Historia dalej się toczy –
szepnęli razem i spojrzeli sobie w oczy, wiedząc już, że odkryli to, nad czym
zawsze się zastanawiali.
Czyli siebie.