niedziela, 4 czerwca 2017

Dziwne szepty




Witam! 
Dzisiaj czas na Tunę. Zapraszam do przeczytania ♥ ~ Arbuzek^^
------------------------------------
Nocą, gdy wszyscy śpią zawsze słyszę dziwne szepty. One bardzo pragną mnie. Chcą abym do nich dołączyła. Błagają o litość. Namawiają mnie, a ja nigdy ich nie słucham. Czuję się wtedy okropnie. Odrzucam ich prośby. Pozostawiam je w najdalszym kątku swojej głowy, ale one zawsze wracają. W piękną noc. Czarną noc. I straszną. Często razem z nimi słyszę głos mamusi. Prosi mnie, abym do niej przyszła, że mnie kocha bardzo i tęskni. Mówi mi, że tatuś też mnie potrzebuje. A ja zawsze się sprzeciwiam. Z trudem przełykam ślinę i cichutko łkam. Mamusiu, tatusiu. Przepraszam. Jestem złym dzieckiem. Egoistycznym. Myślącym tylko o sobie. Zostałam obdarzona zdrowiem, inteligencją, rodzicami. Mimo że jedno z nich szybko utraciłam. Teraz tracę wszystko po kolei. Mijające godziny odbierają mi wszystko co dostałam. Mamusiu, tatusiu, jestem dzieckiem. Waszym dzieckiem. Wybaczcie mi.

 Widząc śmierć najbliższych, zabijano mnie. Stawałam się człowiekiem bez uczuć. Zimna jak lód. Sroga. Beznamiętna. A jednak pragnąca miłości. Otrzymując wcześniej rzeczy, które kochałam, nagle zabrano mi je w okrutny sposób. Nieprzygotowana do bólu, stałam się kłębkiem rozpaczy, zamkniętym w sobie. Pozostawionym tylko dla siebie. Mogącym ukoić ból, tylko we własnej osobie. Wiadomo, że jak ktoś umiera, to jakaś cząstka człowieka, który kochał, została odebrana. W ten sposób zostałam wciągnięta w próżnię własnej duszy, która stała się w środku pusta. W końcu zginęło wielu ludzi podczas bitwy o Hogwart. Jedna z nielicznych przeżyłam. 

Szukałam po bitwie wiele lat kogoś, kto wynagrodzi mi za to, co przeszłam. Spodziewałam się ciepła od ludzi, których mijałam na ulicy. Liczyłam codziennie na ich dobroć, której jednak nigdy nie było. Wojna wyniszczyła ludzi zupełnie, przez co stali się oni zamknięci i niedostępni. Bezinteresowni na czyjeś krzywdy. Zawsze, budząc się o poranku, widziałam świat przez mgłę. Niepiękne rysy zwyczajnych przedmiotów. Wiedziałam, że zmieniłam się, jak wszyscy. Chciałam być dawną Luną Lovegood, która szła przed siebie śmiałymi krokami, tylko po to, żeby przyjrzeć się klękwiątkom samgrabnych. Świat nabrał zupełnie rożnych barw. Na początku były one nawet ciekawe, ponieważ nigdy ich nie widziałam. Ciekawość zastąpiła monotonność i nuda. Od tamtej pory dzień w dzień widzę świat w barwach czarnych i szarych. 

Kolejna noc, w której płaczę. Szepty, zachęcające mnie do siebie. Jego głos. Cichy głos. I smutny. Kochanie, przyjdź do mnie. Ja tu na ciebie czekam. Tam, gdzie ty jesteś, nikt na ciebie nie czeka. Wycieram łzy o skrawek poduszki. Nienawidzę spać. Nienawidzę zasypiać. Nienawidzę słyszeć tych głosów. Każde zdanie ich jest prawdziwe. A jednak nadal wierzę, że uda mi się uwolnić od koszmarów. Że wojna tak naprawdę nie istniała. Że wszyscy, którzy mnie kochali nadal żyją. A jednak nie. Przeszłość jest przeszłością, a rzeczywistość rzeczywistością. Świat zamydlił się.  Stał się niewyraźny i mroczny.

Często widzę jego śmierć. Jak zostaje uderzony klątwą prosto w serce. Tą najbardziej złowrogą, która nie powinna istnieć. Później już tylko zamknęłam mu powieki, aby nie móc patrzeć w te szkliste i martwe oczy. I znowu mgła. Od tamtej pory widzę tylko przez mgłę, stworzoną przez nieustanne łzy. Tęsknię za Tobą, Theodorze. Pragnę cię mieć przy sobie. Dotknąć twojego ciepłego ciała, a nie tego, którego ostatni raz dotknęłam. Wybacz mi, że nie mogę jeszcze pójść do ciebie. 

Żyję, ale nie żyję. Mówię, lecz stałam się niemową. Słyszę, ale nie to, co powinnam. Jestem, choć stałam się przeciwieństwem tego, kim zawsze chciałam być. Przesiąknięta twoimi obietnicami, że zawsze będziemy razem, że nic nas nie rozłączy, nawet śmierć, czuję zawód. Teraz wiem, że te słowa były warte nic, a jedynie co dostarczyły, to tylko żmudną nadzieję i tymczasowe szczęście, które później szybko je odebrano i zastąpiono  czymś, którego nigdy wcześniej nie czułam. Nie żałuję jednak tych wspólnych chwil. Tej bliskości i inności, która nas łączyła. Twój uśmiech został w mej pamięci na zawsze i przywołuje dawne emocje, przynosząc równocześnie płacz, ból i strach. Wiedz, że cię kocham nadal, mimo że nie prowadzisz mnie przez ten trudny czas za rękę. Wierz mi, że do ciebie przyjdę, gdy minie mój żywot w tym czarodziejskim świecie. Dalej będziemy razem kroczyć. Nie przeszkodzi nam już żadna, głupia bitwa. Ja będę sobą,  a nie smutną Luną Lovegood. Ty będziesz Theodorem Nottem. Już wtedy nikt nas nie rozdzieli. Już wtedy nie będzie żadnych obietnic, bo one wszystko niszczą. Będziemy szczęśliwi. 

Tak po prostu. 

2 komentarze:

  1. Współczuję Lunie, która nawet we śnie nie może choćby i na chwilę pozbyć się tego uczucia pustki i żalu :/ Twoje miniaturki zmuszają do zastanowienia się nad ważnymi aspektami naszego życia i to właśnie w nich uwielbiam 💕

    OdpowiedzUsuń