poniedziałek, 20 marca 2017

Pusty most

Witam!
Po dłuższej przerwie zapraszam na kolejną miniaturkę Tuny ♥

------------------------------------------------------


       Chyba każdy o zdrowym rozsądku czarodziej zaczął by się zastanawiać nad tym, co robi samiutka, drobna dziewczyna w Zakazanym Lesie. Jednak wszelkie wątpliwości, rozwiewało imię dziewczyny. Tak. To była Luna Lovegood i już każdy wiedział, że to normalne znajdować się w takim miejscu dla tej nienormalnej osoby. Dziewczyna miała rozmarzony wyraz twarzy, a w powietrzu unosiła dłoń, powoli i gładko przesuwając nią po niczym. Dla innych niczym… Dla tych, którzy nie widzieli śmierci kogoś, kogo kochali i nie byli świadomi tego co się dzieje. Luna jednak była wyjątkową osobą, jedyną w swoim rodzaju. Ekscentryczną, ale inteligentną. Wiedziała, że testrale to cudowne stworzenia, tak bardzo niechlubnie nazywanymi „zwierzętami śmierci” lub „te, które przynoszą pecha”. Luna mimo wszystkich uwag, kochała je. Tak samo jak świerkające  ptaki nad ranem, grające piękną muzykę składającą się z piskliwych dźwięków, tak samo piękną jak muzyka ciszy w nocy-  czarna jak smoła, oświetlona milionami gwiazd. Kosmos można porównać z Ziemią. Ludzie to gwiazdy, a próżnia to oceany i lądy. Lovegood umiała docenić naturę, a natura umiała docenić to, co ona dla niej robi. Odwdzięczała się miłością zwierząt do dziewczyny, dobrą pogodą, gdy wychodziła na błonia i spokojem, którego bardzo brakuje na tej planecie. Luna boso stała na trawie jeszcze mokrej od porannej rosy i karmiła surowym mięsem testrale, nie martwiąc się wczesną porą. Usiadła po chwili na kamieniu, robiąc wianek z białych stokrotek i cichutko zaczęła śpiewać. Las tworzył rytm i w ten sposób jednoczył się muzyką z młodą Krukonką. Luna miała bardzo delikatny głos, który idealnie pasował do jej wiecznie rozmarzonej twarzy, choć zdarzało się, że jej skronie marszczyły się, gdy była zmartwiona bądź zdenerwowana, a tak mało ludzi w to wierzy. Zawsze była brana za osobę pogodną i dziwną. Pasowało jej to. Nigdy nie chciała upodabniać się do normalnych ludzi, takich, którzy żyli samą monotonią. Teraz będzie jeszcze gorzej. Zbliża się wojna, której nie da się uniknąć. Zginie mnóstwo młodych czarodziei, świat pogrąży się w smutku i minie bardzo dużo czasu zanim ludzie ponownie zaczną wierzyć w dobro. Uśmiechnęła się jednak z nadzieją ku błękitnemu niebu, jakby niebo mogło odwzajemnić promienny uśmiech, a może potrafi? Może jego uśmiechem jest słońce wychodzące zza chmury? Luna czekała na kogoś. Usłyszała ten sam szorstki głos, który jeszcze nigdy jej nie zawiódł.
                - Lovegood – praktycznie zawsze mówił do niej po nazwisku, nawet wtedy, kiedy zaczął do niej czuć coś więcej niż nienawiść. – Znowu uśmiechasz się bezsensownie do nieba? – zapytał ironicznie.
                - A ty, Theodorze, znowu mówisz do mnie po nazwisku – westchnęła i odwróciła się w stronę chłopaka.
                Nott podszedł do dziewczyny, przyjął od niej wianek, układając go na jej pięknych długich lokach i czule pocałował w czoło, wdychając przy okazji przyjemny zapach truskawek. Spojrzał się w jej błękitne oczy i z uczuciem dumy obserwował różowe rumieńce pojawiające się na policzkach Krukonki, które jeszcze tak niedawno miały odcień białej kredy. Spotykali się już bardzo długo. Zaczęło się od przypadkowej rozmowy w tym samym miejscu, gdzie teraz się znajdują. Użyto wtedy wiele obelg w kierunku dziewczyny, lecz z każdym spotkaniem było ich co raz mniej. Po kilku miesiącach, gdy zaczęły kwitnąć piękne lilie, Ślizgon zrozumiał coś z czym nigdy wcześniej nie miał do czynienia. Wtedy po raz pierwszy poczuł motyle w brzuchu. Gdy dziewczyna podchodziła bliżej chłopaka, jego serce biło mocniej, a on spinał się na całym ciele. Powiedział jej to jednak po dłuższym czasie. Nie wiedział jak ująć w zdanie słowo „kocham”, które wydaje się takie niepozorne i łatwe, ale udało się. I w ten sposób codziennie, o tej samej godzinie spotykają się w Zakazanym Lesie, nie ujawniając nikomu oprócz sobie uczuć, jakimi się darzą. Nie wiedzą co będzie dalej. Czy przeżyją wojnę, a jak tak, co zrobią później? Jak rodzina Notta zaakceptuje jego wybór? Nie umieli odpowiedzieć na te pytania, więc ich nie zadawali.
                - Przykro mi, ale musisz się przyzwyczaić .
                - A dlaczego ty nie możesz się przyzwyczaić  do mojego imienia?
                - Ponieważ jestem Theodorem Nottem.
                - To nic nie zmienia – zaśmiała się łagodnie.
                - Myślę, że tak. Zresztą jak mówię do ciebie po nazwisku, to wydaje mi się, że mnie lepiej słuchasz – powiedział, a po dłuższym spojrzeniu na roześmiane oczy Krukonki, szepnął. - Pięknie wyglądasz w wianku.
                - Dziękuję – wymamrotała, przytulając się  do torsu chłopaka, zawstydzając się przy okazji.
Wzrok Theodora był przeszywający i często doprowadzał dziewczynę do stanu, gdzie nie wiedziała co robić i wtedy najczęściej wtulała się w jego ciepłe ciało. Nott natomiast zawsze widząc jej reakcję, szczerze się uśmiechał, pokazując swoje białe zęby, kontrastujące z jego czarną czupryną. Theodore był znacznie wyższy od Luny. Różnili się wyglądem i charakterem. Praktycznie wszystkim, ale jednak ani on, ani ona nie mogli pokochać nikogo innego poza sobą. Może właśnie to, że byli przeciwieństwem do siebie sprawiło, że zakochali się w sobie? 
                                                                          ***
Wszędzie ciemno. Chmury zasłoniły gwiazdy i księżyc. Jeszcze nigdy nie było tak ponurej nocy,  jak ta – noc początku i końca. Dziś wszystko miało się wyjaśnić. Złoty Chłopiec walczył razem z uczniami Hogwartu. Teraz ci, którzy bali się własnego cienia, walczą z najgorszymi mordercami i sługusami Voldemorta, a ci najbardziej niewinni i dobrzy leżeli martwi, pozbawieni wszystkich uczuć wśród innych bladych twarzy. Wokół panował chaos. Gdzie się nie patrzyło leżał gruz, pozostałości zamku. Jedynie w sowiarni był spokój i harmonia. W nim dwie osoby. Ostatni pocałunek w usta, jakby już nigdy nie mieli się zobaczyć. Złapanie za rękę. I wojna. Luna rozeszła się w jedną stronę, a Nott w drugą. Jeśli obaj przeżyją, odejdą. Jeśli jedno zginie… Spotkają się razem w innym świecie. Lovegood biegła szybko w kierunku Ginny, która walczyła z jednym Śmierciożercą. Obie walczyły o wolność. Wszędzie latały kolorowe zaklęcia, na które Luna z całą przyjemnością poobserwowałaby z rozmarzeniem, niestety atmosfera na to nie pozwalała. Po bardzo długich godzinach, nadszedł czas, kiedy zrobiło się jaśniej. Ktoś krzyknął „patrzcie” i po chwili młoda Weasley ryknęła. Lovegood spojrzała się w stronę mostu, gdzie ujrzała dziesiątki czarnych szat. Dziesiątki złych twarzy. Dziesiątki paskudnych uśmieszków, a wśród nich, on. Złoty Chłopiec, Wybawiciel… Harry Potter leżał bezwładnie w rękach Hagrida. Wyglądało to jakby spał. Jakby dla niego wszystko się skończyło. Luna też marzyła o skończeniu tej wojny… Ale nie tak. Widziała łzy jej przyjaciółki. Ból na wszystkich poranionych twarzach. Ujrzała jego. Swojego obrońcę. Theodore patrzył na nią  beznamiętnym wyrazem twarzy. Stał wśród popleczników Czarnego Pana, mimo że nie chciał. Wiedziała, że nie chciał. Dobrze pamiętała jak płakał przy niej z bezsilności. Jak dawała mu nadzieję. Teraz sama ją gdzieś zgubiła. Jakby wypadła podczas tych wszystkich światełek rozstrzeliwanych na wszystkie strony świata. Wyłączyła się już, nie słuchała Neville’a, który jeszcze nie porzucił nadziei. Jedna łza popłynęła po jej policzku, ale szybko wyschła, kiedy usłyszała znany głos Harry’ego. Oczy znów zaczęły wyraźnie widzieć. Jednak nie wszystko stracone. Nie wszystko poszło na marne. Ci ludzie nie zginęli na nic. Później stało się wszystko bardzo szybko. Hermiona i Ron zabili Nagini, a Harry pokonał Voldemorta. Jednak Luna szukała kogoś wzrokiem. Chodziła szybkim krokiem wśród kolumn i w końcu zobaczyła jego. Stał i szybko biegł ku niej. Zbliżył się, przytulił i złapał za rękę. Jego uścisk był bardzo silny. Jakby nie wierzył, że się udało. Słońce całkowicie ukazało się zza chmur. A na pustym moście, wszyscy uczniowie oglądali odchodzącą dwójkę. Po chwili było już widać tylko dwie malutkie postacie, które w spokoju oddaliły się od tego miejsca. Miejsca, gdzie wszystko się zaczęło i skończyło. Albo jeszcze nie… Nadal trwa. Ich miłość.

2 komentarze:

  1. Uwielbiam jak piszesz, trafiłam tu nie dawno i muszę szczerze powiedzieć (napisać) cudo!!😏

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa! Cieszę się, że jest osoba, której podobają się moje miniaturki ♥ Pozdrawiam serdecznie!~
      Arbuzek^^

      Usuń