sobota, 15 kwietnia 2017

Promień słońca




Witam kochani! 
Czas na Dralunę, zapraszam serdecznie ♥
------------------------------------------------
Nigdy bym nie pomyślała, że ja, Luna Lovegood, będę chodziła po soczyście zielonej trawie, przypatrując się złotym motylom przy wielkiej rezydencji Malfoyów przy szumiącym morzu. Sadziła z najmłodszym synem różnej długości drzewka i podlewała dla przyjemności  mugolską konewką różnobarwne kwiaty. Siadając przy wielkim konarze, trzymając malutką rączkę i pokazując drugą wolną ręką odlatujące ptaki w stronę zachodu, w poszukiwaniu cieplejszej krainy oraz wdychając równomiernie świeże i czyste powietrze. Tak… To ja, zwariowana Pomyluna Lovegood, która wierzyła i nadal wierzy w nieistniejące zwierzątka, pobrała się i zamieszkała z Draconem Malfoyem. Jestem szczęśliwa. Bardziej szczęśliwa niż, gdy po raz pierwszy udałam się do Hogwartu, poleciałam testralem i tańczyłam z tatą na ślubie Fleur i Billa.

                                                           ***

            Znowu poczułam zimno. Od pewnego czasu tylko zimno czuję… W końcu znajduję się w lodowatych lochach w Malfoy Manor, gdzie jest jedno okno, pełno pleśni i trudno się oddycha. Na dodatek w nozdrza wbija się krew. Śmierciożercy zabrali mnie przez artykuły mojego ojca w Żonglerze, a jego wciąż poddawają torturom. Czasami ja też otrzymuję zaklęciem Crucio, ale bardziej boli mnie myśl o ojcu niż piekło we wszystkich kończynach ciała. Razem z panem Ollivanderem opowiadamy sobie śmieszne historie, które pomagają nam przetrwać pośród wszystkich Śmierciożerców, okrucieństw i samego Voldemorta. Przywołują nas dość często na sale, abyśmy mogli patrzeć jak umierają wspólni więźniowie, jaka przyszłość nas czeka jeśli nic nie powiemy. Ale co my mamy mówić? Może oni po prostu chcą się nami zabawić? Chyba tak… Chyba właśnie o to im chodzi. W tym domu (o ile można tak to nazwać) jest zło. Tym złem jest Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Choć tak naprawdę ja się go nie boję, wręcz mu współczuję, że nie czuje i nigdy nie czuł miłości. Nie mógł mieć przyjaciela, bo on był dla samego siebie przyjacielem. Ja wiem co to znaczy mieć kogoś bliskiego… Harry, Ginny, Hermiona, Ron, Neville… Może jest ich niewielu, ale są. Tylko… Czemu teraz ich nie ma? Często zadaję sobie to bezsensowne pytanie, ale natychmiast odpowiadam by poczuć się lepiej. Wiem, że nawet kłamstwo uśmierza ból z braku bliskości osoby. Pewnie mają bardzo dużo spraw na głowie i zapomnieli o takim małym drobiazgu jak ja, na pewno tak jest. Często, gdy patrzę w oczy Voldemorta nie widzę nic, wtedy najczęściej obrywam jakimś złowrogim zaklęciem i wypowiadam ciche słowa „ Oczy to dusza, a dusza to ty. Czyli jak nic nie masz w oczach, jesteś nikim”. I następuje cisza, przerywana krzykami Bellatrix. Wloką mnie ponownie do kamiennej, zimnej jak lód celi, spoglądają z obrzydzeniem i uderzają nogą w żebra, albo w brzuch. Zależy od Śmierciożercy… Aktualnie siedzę na posadce i śpiewam moją ulubioną piosenkę:
„Chodź, chodź” – zawołaj, a ja przybędę.
Staniesz naprzeciw mnie, ja naprzeciw ciebie
I zobaczysz jaką noszę w sobie przerażającą i smutną głębie.

Chodź, chodź króliczku wielkanocny,
Nie bój się tych zajęcy.
Ty jesteś takim króliczkiem,
A ja złowieszczym i pustym zającem.

Chodź, chodź i nie patrz się za siebie,
Bo to co ujrzysz może mieć w sobie przerażającą i pustą głębie.
„Chodź, chodź” – zawołam jeszcze raz.
Pójdziesz za mną, gdzieś, gdzieś daleko w dal.
Pan Ollivander też jej się nauczył i śpiewał razem ze mną. Nasze głosy; on zachrypnięty, ja łagodny i jedwabisty, rozchodziły się jak echo w naszych głowach. Sama ją wymyśliłam, wydzierając słowa paznokciem na twardej, kamiennej ścianie, pokrytej pleśnią z powodu wilgoci .Teraz widać małe, skośne literki ozdabiające ponure wnętrze lochów. Kilkakrotnie zauważyłam jak podchodzi pod stalowe kratki Draco Malfoy. On też patrzył jak cierpimy, jak śpiewamy i opowiadamy śmieszne bajeczki. Raz chyba widziałam jak niemo poruszał ustami podczas naszej piosenki. Pewnie on nie wie, że go widzę, że wiem jak spogląda na nas smutną, ale nie pokazującą skruchy twarzą.. Przynosi nam zawsze jeden posiłek dziennie, zazwyczaj coś dziwnego, co tak naprawdę nie dało się jeść. Pan Ollivander był już na wykończeniu, wiec dawałam mu część swojej porcji, na co Ślizgon grymasił, że co ja będę jadła. Wiedziałam, że nie potrzebuję tak dużo jedzenia jak mój starszy „współlokator”. Krzywiłam się na twarzy, chcąc się uśmiechnąć, lecz ból na to nie pozwalał. Było tak samo i tym razem.
- Lovegood zjedz coś, nie możesz nie jeść, rozumiesz? – mówił, spoglądając na jej wystające łopatki.
- Ja jestem jeszcze młoda i mam więcej sił niż pan Ollivander – szepnęłam, choć powiedziałam to o wiele ciszej, niż było zamierzone.
- No właśnie… Jesteś młoda! Potrzebujesz jeść by żyć! – syknął, wyszedł i za chwilę wrócił z czymś w rękach.
- Co to? –zapytałam, badając wzrokiem lepką, różowawą masę. Już dawno zapomniałam jak wyglądał mój ukochany budyń malinowy.
- Budyń… Wiem, że lubisz – powiedział srogo i podał Krukonce łyżeczkę. – Jedz, albo sam ci wepchnę tą łyżkę do gardła.
Wzięłam delikatnie metalową, czystą łyżeczkę i włożyłam do miski, nabierając budyń i wkładając powoli do gardła. Dawno nie czułam tego smaku. Słodki aromat kusił moje podniebienie, aż łyżeczka nie miała już czego nabierać.
- Dziękuję, Draco – powiedziałam, nie zastanawiając się jakim cudem przemycił miskę malinowego budyniu do podziemnych lochów w Malfoy Manor. Zanim się obejrzałam, blond czupryna już wychodziła i zniknęła w głębokiej ciemności, pozostawiając mnie i innych więźniów samych ze sobą. Lub można inaczej to ująć… Samych w złowrogim milczeniu.
I tak było dzień w dzień. Często spoglądam w okno z nadzieją, że ujrzę tam Harry’ego, Hermionę i Rona. Ale nic się nie wydarzyło. Wiatr tylko powiewa, powodując dygotanie naszych ciał. Nie mamy nic. Nic poza sobą. Sobie nawzajem dajemy życie i iskierkę nadziei na jakąkolwiek ucieczkę z tego okropnego miejsca. O moim ojcu dawno nie słyszałam. Martwiłam się o niego, wyobrażając wszystko co najgorsze. Choć nie jestem pewna co jest lepsze. Tortury czy śmierć? Może jednak śmierć? Chociaż jak wyobrażam sobie, że już nigdy nie wyjdę na świeże powietrze, nie poczuję uczucia swobody, nie dotknę świeżej trawy lub nawet nie poczuję kropli na swym ciele myjąc się pod prysznicem, ogarniała mnie pustka w środku, nogi mi drętwiały, odmawiając posłuszeństwa, a w brzuchu panował dziwny zamęt. Nie wiadomo tylko czy to przez głód czy właśnie przez te straszne wyobrażenia. Siedziałam bezczynnie, czekając na moją kolej. Nie wiedziałam co tym razem mi zrobią. Rzucą Crucio? Walną z  całą siłą o ścianę czy wymówią te dwa przeklęte słowa… Avada Kedavra… Ale i tak wracałam jakoś do tej samej, znienawidzonej przez wszystkich celi. Jedyną rzeczą, która sprawiała na mojej twarzy nikły uśmiech był Draco. Tak, ten sam Draco. Cyniczny i arogancki. Tutaj współczuł. W tym miejscu widział zbyt wiele rzeczy i zbyt wiele bladych, trupich twarzy, by stać się takim jak dawniej. Mówią, że człowiek się przyzwyczaja do danej sytuacji, ale ja wiedziałam, że on nigdy tego nie zrobi. Nie Malfoy. Nikt go nie przekona do tak paskudnej śmierci. Do tortur i do zabijania. Po prostu musi udawać, ale czy to naprawdę tak „po prostu”? Czy nie łatwiej jest być więźniem, nawet tutaj, ale móc być sobą i nie ukrywać się pod maską złego Ślizgona bez uczuć? Co raz częściej przychodził do lochów, przemycał z kuchni malinowy budyń, karmiąc mnie, gdy nie miałam siły podnieść ręki. Spoglądałam w jego stalowoszare oczy, pełne smutku i cierpienia, lecz nadal był poważny i poważny zostanie. Na zawsze… Wieczorami udawało mu się wymknąć i leżał razem z nami na zimnej posadce śpiewając tą samą piosenkę i powtarzając słowa „Ty jesteś takim króliczkiem, a ja złowieszczym i pustym zającem.” Głaskał mnie delikatnie po włosach, a ja wtulałam się w jego ciepłe ramiona. Rozmawiał z nami jak człowiek z człowiekiem, a tu tego brakowało, bo w tym miejscu nie istniało takie coś jak człowieczeństwo. Patrzyliśmy beznamiętnie jak odchodził, wiedzieliśmy co nas czeka jutro, pojutrze za tydzień… O ile dożyjemy… Co raz więcej więźniów nie wracało i co raz więcej przybywało. Nas zostawi na koniec, aby cieszyć się oglądając nasze poranione, zmęczone, z uczuciem beznadziejności i pozbawionych marzeń  twarze. Ale my mieliśmy marzenia, mógł nam wlewać tysiącami litrów veritaserum, a i tak odpowiemy „Tak, mylisz się Voldemorcie. Mamy marzenia i nadzieję i nigdy nie pozbawisz nas tego uczucia, bo  jesteś słaby. Za słaby by nas z tego wykorzenić”. Voldemort nie wie czym jest miłość. Dla niego to tylko niepotrzebne „coś”. „Coś” co nie powinno nigdy istnieć na tym świecie. Twierdzi, że powinniśmy żyć mechanicznie, w strachu. By nie wiedzieć co to znaczy i czym się objawia. Do każdego podchodził i pytał:
- Co czujesz? – patrzył czerwonymi źrenicami, przewiercając na wylot każdą myśl danej osoby. Podnosił chudy i spiczasty palec, który wbijał się w nasze szyje i powodował ostry ból.
- Strach…
- Przed kim?
- Przed myślą, że już nie ujrzę słońca.
On nie chciał takiej odpowiedzi. Żądał byśmy jego się bali, a nie bezużytecznej myśli o słońcu.  To było, jest i będzie głupie. Raz zdążyłam zobaczyć, wchodząc do ponurej, srogiej sali mały promień, on dodał mi otuchy. On powiedział mi, że jest dobrze, bo być tak musi. Draco pomagał mi ścierać wąskie strużki krwi na mej twarzy, oczywiście gdy nie było żadnego patrolu na korytarzu. Moje oczy, mimo że spoglądały codziennie na tyle cierpień ludzkich nadal były rozmarzone i nie miały ani cienia lęku. I dobrze… Ponieważ, gdy pewnego dnia usłyszałam głuchy krzyk Lestrange, a później wystrzeliwane dziesiątki zaklęć zrozumiałam, że przyszli po nas. Zostaniemy wolni, usłyszymy ponownie śpiew ptaków. Nagle Harry zjawił się w lochach i uwolnił nas od długiej męki. Nie mogłam od razu się teleportować, musiałam kogoś znaleźć, podziękować, zabrać ze sobą. Biegłam przez dobrze mi znany, dłużący się za każdym razem korytarz. Oglądałam każdy pokój, może tam się znajdzie. Modliłam się w duchu, aby go nie zabili. Żeby mógł wrócić ze mną i wydostać się z tego chorego miejsca na zawsze. Oglądałam pozawieszane obrazy, ilustrujące morderstwa, Voldemorta i wijące się węże. Byłam pewna w tym momencie dwóch rzeczy. Nienawidzę węży i muszę odnaleźć Dracona. Bałam się, że znajdę go martwego na czerwonym dywanie, a obok jego różdżkę. Byłaby już bezużyteczna. Nie mogłam dopuścić tych ponurych myśli, które ogarniały mną z każdą chwilą, z każdym krokiem, pochłaniając moje myśli jak sucha, spragniona wody gąbka. Dotarłam. Słyszałam krzyki i zaklęcia, których nazwa powodowała dreszcze na plecach. Szukałam wzrokiem jasnej czupryny wśród czarnych peleryn. Omijałam zwinnie rzucane zaklęcia, by żadne z nich nie trafiło mnie  w tym momencie, kiedy w końcu mogę być wolna. Leżał tam, ale widziałam równomiernie unoszającą się klatkę piersiową, do której jeszcze niedawno się tuliłam i która oddawała mi ciepło tak bardzo potrzebne do dalszego funkcjonowania. Uklęknęłam przy nim, przybliżając swoją rękę do jego policzka i delikatnie gładząc wierzch kciukiem. Odwróciłam się szybko, słysząc jakieś dziwne szumy za sobą i zobaczyłam jasny promień, zbliżający się ku mnie. Szybko złapałam różdżkę Dracona i wypowiedziałam jedno, proste zaklęcie. Poczułam więź z różdżką, jakby tworzyła ze mną jedną całość. Moc, która drzemała w tej różdżce była niesamowita, ale Draco przecież żył… Mieliśmy wspólną więź. Byliśmy jak dwie krople wody. Ocknęłam go i pomogłam wstać, bo mimo że moje nogi były słabe jak wata cukrowa, to on dawał mi tą niewyobrażalną siłę. Zdążyłam się teleportować, upadając na wielką, piaszczystą plażę, której drobinki piasku boleśnie wbijały się w poranione twarze. Przytuliłam się gwałtownie do Ślizgona, nie odrywając się od jego bladego ciała. Po chwili obróciłam się i rozejrzałam dookoła mnie, gdzie Harry trzymał martwego Zgredka. Miał wbity sztylet, prosto w serce. W serce, gdzie zawsze pozostanie dla niego Harry, tak jak we mnie pozostanie Draco. Ostatnie łzy spłynęły po moim policzku i spojrzałam na szumiące morze. Fale lekko moczyły nasze nogi, które natychmiast wysuszało słońce. Po kilku dniach wytłumaczyłam wszystkim co czuję do Malfoya, a on do mnie. Wiedzieliśmy, że będziemy razem, bez względu na wszystko i wszystkich. 

                                                              ***
Wybudowaliśmy swój własny dom, dokładnie w tym samym miejscu i słuchamy grających dzwoneczków przy naszym oknie. I tak pewnego chłodnego wieczoru, Draco pocałował mnie delikatnie w usta, głaskając mnie po policzku i uśmiechał się promiennie po tym co przed chwilą usłyszał.
- To jak go nazwiemy? – zapytałam.
- Scorpius… Tak, na pewno – odpowiedział pewnie i zdecydowanie, nie wahając się ani przez chwilę. Nawet nad taką rzeczą jak imię naszego dziecka.
Bo Draco Malfoy nadal był poważny i poważny zostanie. Na zawsze…


2 komentarze: